FilmyKinoRecenzje

„MaXXXine” jest już gwiazdą. Ale to nie wystarczy [RECENZJA]

Daniel Łojko
„MaXXXine” jest już gwiazdą. Ale to nie wystarczy [RECENZJA]
kadr z filmu „MaXXXine” / materiały prasowe United International Pictures

Po bardzo dobrze przyjętych X oraz Pearl, Ti West ostrożnie kładzie wisienkę na szczycie slasherowego tortu i domyka trylogię o byciu filmową gwiazdą. Ciężko w tym przypadku uniknąć oklepanych frazesów o tym, że West wpuścił nieco świeżego powietrza do pokoiku, w którym od jakiegoś czasu kisili się Leatherface, Michael Myers czy Jason Voorhees. X szybko okrzyknięto współczesnym slasherowym klasykiem, Pearl było obiektem pochwał od takich postaci jak Martin Scorsese. Wydawać by się mogło, że MaXXXine jest w zasadzie samograjem: dwie udane produkcje, które ten film poprzedzały, intrygująca bohaterka, świetna Mia Goth, równie duże nazwiska w obsadzie (Kevin Bacon, Elizabeth Debicki, Giancarlo Esposito, Lily Collins, Bobby Cannavale i Michelle Monaghan), reżyser i scenarzysta mający głowę na karku, studio A24. Na papierze wszystko się zgadza. Jak jednak doskonale wiedzą fani wszelkich sportów, a zwłaszcza kibice reprezentacji Polski w piłce nożnej, nazwiska na papierze nie grają.

Po pozornie sielankowej wiejskiej scenerii rodem z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, Ti West przenosi nas do oblanego dusznymi neonami Los Angeles połowy lat 80. XX wieku. Maxine jest gwiazdą filmów dla dorosłych, jednak zakorzenione w niej od dzieciństwa marzenia i ambicja nie pozwalają, aby się na tym zatrzymała. Ugruntowawszy swoją pozycję w branży porno, bohaterka zamierza podbić srebrne ekrany w Stanach Zjednoczonych i zostać „pieprzoną gwiazdą filmową”. Wszystko to w momencie, kiedy w kraju trwa tzw. satanistyczna panika, a okręg Los Angeles nękany jest przez seryjnego mordercę nazywanego Nocnym Prześladowcą. Na domiar złego, wydarzenia z teksańskiej farmy, które miały miejsce przed kilkoma laty, powoli zaczynają doganiać Maxine. Hollywood rządzi się jednak swoimi prawami. West lubi parę razy o tym przypomnieć m.in. za sprawą postaci reżyserki Elizabeth Bender i jej monologu porównującym przemysł do wygłodniałej bestii, przewożąc jednocześnie widzów po studiu filmowym, kończąc wycieczkę pod motelem Normana Batesa z Psychozy. Zagrać symboliką bardziej się chyba nie dało, co nie oznacza, że jest to coś złego.

Przeczytaj również:  „Spadek" – jakości polskiego kina [RECENZJA]
„MaXXXine” jest już gwiazdą. Ale to nie wystarczy [RECENZJA]
fot. „MaXXXine” / materiały prasowe United International Pictures

West przemyca z resztą wiele filmowych smaczków, czyniąc MaXXXine bardziej swego rodzaju hollywoodową pocztówką, aniżeli filmem kończącym slasherową trylogię. Sama wizualność odgrywa tutaj niemałą rolę, kiedy reżyser wplata odwołania do kampowych horrorów w postaci wybuchających, ociekających krwią części ciała czy westernów, gdy opierający o rewolwer dłoń Kevin Bacon mierzy Maxine wzrokiem, bredząc coś o rozliczaniu grzechów i sprawiedliwości. Na drobnych nawiązaniach ciężko jednak zbudować fabułę i ten element w MaXXXine wyraźnie kuleje. Podobnie, jak w warstwie wizualnej, tak i tutaj West wykorzystuje wielogatunkowość, najmocniej zasadzając się głównie na kinie noir. Reżyser skupił się jednak bardziej na zrobieniu wielu filmów w jednym, robiąc to raczej w myśl „wszystkiego po trochu, nic porządnie”. Przeszkodził w tym scenariusz, bo Maxine sporą część czasu ekranowego spędza na przemieszczaniu się po Los Angeles w rytm synth-popowych hiciorów lat 80. i dusznej ścieżki dźwiękowej Tylera Batesa. Na myśl od razu przychodzi tu Pewnego razu w… Hollywood. Różnicą między tymi filmami jest jednak to, że Tarantino z marszu komunikował, iż jego obraz fabuły raczej nie ma i faktycznie jest pocztówką ozdobioną dwoma cool kolesiami jeżdżącymi autem po Los Angeles.

Historia w MaXXXine toczy się ślimaczym tempem, a w punkcie kulminacyjnym West przypomina sobie o tym, że wypadałoby ten film jakoś skończyć. Niczym bohater serii o szybkich autach i wściekłych kierowcach, wrzuca zatem trzeci, czwarty, siódmy, ósmy bieg, pędząc, aby postawić kropkę na końcu tejże historii. Sam finał to zresztą jedynie kolejny punkt do odhaczenia z listy „do zrobienia”, a poprzedzający go wspomniany moment kulminacyjny zahacza o parodię. West do puli nawiązań dorzuca tu w dodatku krótką scenę rodem z ejtisowych akcyjniaków, kiedy dwójka dzielnych gliniarzy wymienia się ołowiem z bandą niezbyt rozgarniętych pachołków głównego antagonisty. West – niczym Chazelle w Babilonie – podjął próbę zbudowania filmowego pomnika dla Hollywood, ale przestrzelił już w momencie, kiedy zadecydował, aby zrobić to w produkcji zamykającej trylogię X.

Przeczytaj również:  „Do granic” – krzesło, stół i nieludzka machina [RECENZJA]

Nie da się ukryć, że główną siłą napędową dwóch poprzednich filmów była Mia Goth. Aktorka nadal błyszczy, chociaż już nie tak, jak w przypadku X i Pearl. Jest jakby bez energii, zblazowana, prowadzona przez obraz na autopilocie, a najwięcej umiejętności pokazuje chyba w scenie otwierającej MaXXXine, kiedy nomen omen, jest na castingu do horroru. Kevin Bacon z kolei wygrzebał się spośród przeciętnych występów, którymi raczył nas przez ostatnie lata i zaprezentował ciekawą próbkę mówiącą o tym, aby może jeszcze go nie skreślać i dać mu szansę. Szkoda jest tu z kolei Lily Collins i Giancarlo Esposito. Brytyjska aktorka pojawia się raptem w jednej scenie, zaś Esposito wbrew pozorom nawet tu nie uniknął type-castingu w postaci inteligentnego, zimnego gościa à la Gustavo Fring (chociaż było blisko). To wszystko ma jednak swoje uzasadnienie, bo trylogia X to jednak one-woman show. Show Mii Goth. Niestety nie tym razem.

„MaXXXine” jest już gwiazdą. Ale to nie wystarczy [RECENZJA]
fot. „MaXXXine” / materiały prasowe United International Pictures

I oto jest MaXXXine: film, który można wrzucić do słownika jako przykład pojęcia „niezdecydowanie”. Bo West mocno pogubił się w tym labiryncie nawiązań, kokainy, dymu papierosowego i litrów krwi. Był zgubiony już na etapie przedprodukcji i pisania scenariusza. Czym w zasadzie miał być jego najnowszy obraz? Hołdem dla filmu jako nadrzędnej idei? Zamknięciem trylogii slasherów czy neo-noirowym thrillerem? A może metakomentarzem na temat tego, że wnętrze Hollywood w zasadzie nie zmienia się od kilkudziesięciu lat? Na to pytanie sam chyba sobie nie odpowiedział. MaXXXine jest wisienką na torcie tego, co Westowi udało się zrobić w przeciągu ostatnich lat. Bo zarówno X, jak i Pearl mają swoich fanów. Nie wątpię w to, że jego najnowsza produkcja również takich znajdzie, jednak owa wisienka, która znajdzie się na pysznym slasherowym cieście, jest nieco robaczywa.

korekta: Anna Czerwińska

Ocena

4 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

X, Pearl

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.