“Podły, okrutny, zły”, czyli natchniony Efron, wybitna Collins i chory świat [RECENZJA]

Ted to wieczny król parkietu. Wyprasowana koszula, ułożone włosy, szarmancki błysk w oku i perliście białe zęby. Ma do tego niespotykane poczucie rytmu, twistowy dryg i duży dystans pozwalający podbijać kobiece serca i zawstydzać innych studentów prawa. Pewnego dnia wszystko jednak się zmienia, bo po drugiej stronie baru spostrzega Elizabeth, zabójczo inteligentną samotną matkę, dla której to szybko traci głowę, wiedząc, że poznał tę jedyną. I choć przez pewien czas będą prowadzić sielankowe życie, uprawiać miłość i spijać słowa z własnych ust, to jego nazwisko nie zapisze się w historii złotymi zgłoskami jako synonimu dobrego ojca i partnera. Bundy stanie się symbolem psychopaty, który z niewytłumaczonych do dziś powodów decydował się mordować niewinne studentki.

Jeśli jednak przed sensem nie będziemy wiedzieli kim jest Ted Bundy, nasza percepcja jego persony będzie całkowicie inna. W końcu nikt tak jak on nie potrafił dbać o własny wizerunek, a bardzo atrakcyjna aparycja działała jedynie na jego korzyść. Patrząc na niego, spokojnie można odnieść wrażenie – tym samym przyjmując perspektywę Elizabeth – że jest to ofiara amerykańskiego systemu sprawiedliwości. Nie będziemy wtedy osamotnieni, bo w jego morderstwa wątpić będzie nie tylko partnerka, ale i tłumy protestujące pod sądami. Na pytanie czemu sądzą, że jest on niewinny, mówią: “Jest za piękny, by móc coś takiego zrobić”.

Tytuł Podły, okrutny, zły przez długi czas będzie sprzeczny z portretem głównego bohatera, jaki oglądamy na ekranie. Podłość będzie się tu jawić jako wrodzony spryt i zdolność do uciekania od odpowiedzialności. Jego okrutność nie ujawni się również nawet na sali sądowej, gdzie często jego poczucie humoru i pozorna łagodność pozwoli mu deprecjonować zarzuty strony oskarżycielskiej. Ekranowy morderca wcale nie będzie zły, ba – trudno wskazać człowieka bardziej zasługującego na tytuł ojczyma roku.  Gdyby nie świadomość, kim był naprawdę, i ja zostałbym zaślepiony przez czar jego charyzmy, który jak nikt inny potrafił rzucać na swoich bliskich.

Joe Berlinger obrał bardzo trudną drogę. Nie zdecydował się ukazać zbrodni Bundy’ego ze wszystkimi szczegółami – są one jedynie tłem jego normalnego życia. Nie uświadczymy tutaj realistycznych aktów przemocy i lejących się hektolitrów krwi – zamiast tego wrodzona agresja Teda będzie oddawana przez małe gesty, które, tak jak inni, początkowo ignorujemy. Geniusz reżysera polega jednak na tym, że ponownie analizując poszczególne sceny zaczniemy dostrzegać, że mrok tkwiący w naszym protagoniście był widoczny od pierwszej chwili.

Podły, okrutny, zły często przypominał mi jeden z najwybitniejszych seriali XXI wieku, czyli American Crime Story: People vs O.J. Simpson. Widać, że Berlinger – podobnie jak Murphy tworząc serial dla FX – spędził bardzo dużo czasu analizując każdy element sprawy Bundy’ego, co poskutkowało nie tylko w rzeczonej fabule, ale również znakomitym dokumencie Taśmy Teda Bundy’ego. Mimo swojej niewątpliwej wiedzy na temat mordercy zachowuje idealny balans między oddaniem ówczesnych realiów i przełożeniem ikonicznych scen z procesu jeden do jeden a zdolnością do adaptowania historii tak by była jak najbardziej intrygująca (swoją drogą, udaje mu się nadać całej produkcji niesamowitą rytmikę, przez co przypomina ona strukturą muzyczny hit lat 80.).

W swojej nowatorskości nie wpada jednak w pułapkę, która zgubiła ostatnio Anioła Luisa Ortegi, czyli zbytnie estetyzowanie zbrodni. Mimo, że Podły… to film przyjemny i łatwy w odbiorze, to budowa charakterologiczna Bundy’ego, miejscami uczłowieczająca jego postać, jedynie nadaje mu w finalnym efekcie grozy. Berlinger swoim dziełem chce nas złapać w sidła słynnego mordercy i stawia widza w roli potencjalnej ofiary – która jest mu w stanie zaufać, polubić, a w radykalnych przypadkach nawet pokochać. Jednocześnie na koniec bijąc obuchem po głowie i mówiąc: “jak mogłeś pokochać kogoś takiego?”.

Choć to zwyrodnienie głównego bohatera jest motorem napędowym całej opowieści, to arcydzielność tej produkcji wychodzi przy kreowaniu Elizabeth. W przeciwieństwie do archetypicznego przedstawienia kochanki mordercy, jest ona bardzo złożoną postacią. Z jednej strony w pełni rozumiemy, czemu darzy Teda bezgraniczną miłością – to on wyrwie ją z marazmu, da impuls do ponownego wkroczenia w życie. Z drugiej, jest nam jej okropnie żal, gdy nie jest w stanie odciąć się od swego partnera, dawkując rozmowy z nim jak strzykawki heroiny. Staje się przez to postacią tragiczną, którą los doszczętnie pokiereszował, mimo że na to nie zasłużyła.

Postać Elizabeth wybrzmiewa tak mocno dzięki – nie boję się użyć tego słowa – wybitnej kreacji Lily Collins. Niesamowite jak w jednym spojrzeniu jest w stanie przekazać całe nagromadzenie uczuć – od przeszywającej pustki egzystencjalnej, przez zauroczenie i płomyki pożądania, aż do rozgoryczenia, kiedy po raz wtóry przypadek zamyka przed nią drzwi do szczęścia. Bazuje tutaj na psychologicznym schemacie odrzuceń Younga, gdzie ludzie wchodzą w związki z osobami, które są w stanie dać im jedynie aluzje bezpieczeństwa. Dzięki temu Collins każdą scenę zagarnia dla siebie, grając z tak przejmującym cierpieniem, że chcemy wstać i przychylić jej nieba.

Znacznie łatwiejsze zadanie miał Zac Efron, gdyż mógł opierać się na wielu zapisach zachowań Bundy’ego. Co w żaden sposób nie deprecjonuje jego kreacji, a wręcz potwierdza, że urodził się by zagrać nieobliczalnego mordercę. Żyje każdą minutą spędzoną na ekranie, na którym może błyszczeć i podobnie jak Ted tworzyć show swojego życia. Każda chwila przepełniona jest  natchnieniem, a Efron przeskakuje z emocji na emocje bez żadnego wysiłku, przez co całkowicie ufamy jego kreacji. Nie osuwa się przy tym w nieznośną karykaturę, zakładając na twarz psychopaty znakomitą maskę proceduralnego wodzireja.

Berlinger przykłada uwagę do każdego, pozornie nic nieznaczącego szczegółu. Czy to w postaci znakomitego soundtracku, będącym mieszanką hitów szaf grających i niszowej muzyki z pogranicza rocka, czy przez perfekcyjny dobór castingowy drugiego planu – tu w szczególności wyróżnia się, po raz pierwszy od dawna, John Malkovich, czy kadry, idealnie oddające nastroje między głównymi bohaterami, co znakomicie widać w operatorskiej klamrze narracyjnej.

Do Podłego, okrutnego, złego będę wracał jeszcze nieraz. Trudno bowiem o produkcję, która tak wiele ryzykuje, jednocześnie wygrywając na każdym polu. Jeśli nie boicie się lekkiego chaosu, szaleństwa, a także gry ze swoją moralnością, gdy zatracacie się w swojej percepcji postaci Bundy’ego, to jest to pozycja obowiązkowa. W końcu będziecie mogli sprawdzić jak długo będziecie wierzyć bohaterowi, gdy będzie twierdził “I am not guilty.”.

4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.