“Avengers: Koniec gry” [“Avengers: Endgame”] – Największe zaskoczenie roku? [RECENZJA]

Można tych filmów nie lubić, bohaterów nie trawić, a seansów w kinie unikać jak ognia, ale nie można zaprzeczyć – filmy, które Marvel wypuszcza na wielkie ekrany już od ponad (!) dekady to coś bardzo specjalnego. Właśnie z tą myślą powinniśmy wchodzić na salę kinową, gdy na naszym bilecie widnieje tłusty druk Avengers: Koniec gry. Jeśli jednak mimo wszystko, bardzo chcielibyśmy temu zaprzeczyć, to Marvel nam na to nie pozwoli. Nie pozwoli, bo zdaje sobie sprawę ze swojej świetności. Już otwierające sceny ostatniej części Avengers wykrzykują w naszą stronę nostalgiczne – to już naprawdę jest koniec. A ja, choć rok temu byłam pewna, że Marvel już nigdy nie będzie konsekwentny i nie zdecyduje się na żaden duży i ważny krok, powtarzam – to naprawdę jest koniec. 

Zobacz również: “Avengers: Wojna bez granic” [RECENZJA]

Za nami jedenaście lat filmów MCU, choć trochę chciałoby się powiedzieć, że było to jedenaście lat superbohaterstwa w ogóle. Proszę, wstrzymajcie się z buczeniem. Doceniam to co zrobił Burton, Raimi czy Nolan, ale przecież nie można ich równoważyć z produkcjami wchodzącymi w skład Marvel Cinematic Universe. Nawet kiedy zdarzały się (a okresami nawet przeważały) te słabsze produkcje, to zawsze jawiły się niczym puzel większej układanki…

Jako fani dużo o tym mówiliśmy, marzyliśmy i szukaliśmy chociażby najmniejszych powiązań między filmami. Realnego pomostu nie mieliśmy aż do 2012 roku, gdy na duże ekrany weszła pierwsza część Avengers i choć wtedy ten crossover był czymś naprawdę ambitnym, tracił na świetności z roku na rok, gdy Marvel zdawał się nie mieć pieniędzy ani ambicji na coś więcej niż jedynie suche zestawienie bohaterów. Tak, napięcie i uczucia między nimi rosły, ale zawsze brakowało mi czegoś więcej… większej dumy z tego czym te filmy są. 

Avengers: Koniec gry

Dziś mogę przyznać, że do tej pory nie widziałam filmu bardziej dumnego ze swojej historii, kontekstu niż Koniec gry. Bracia Russo jeszcze jeden raz pokazali nam, że są prawdziwymi włodarzami i wielkimi umysłami sprawującymi pieczę nad tym uniwersum. Nikt nie wywinął jeszcze czegoś takiego jak oni, a słowa „wywinął” używam nie bez kozery. Ciężko to co zrobili opisać innym słowem. Jestem osobą, która od lat powtarza, że mnie w kinie już nic nie zaskakuje (a tym bardziej w superbohaterskim, tfu!), ale tu ze zwrotu fabularnego na zwrot fabularny uśmiech coraz bardziej rozciągał się na mojej twarzy… 

Zobacz również: “Kapitan Marvel” [RECENZJA]

… Ale tak. Można oczywiście powiedzieć, że pewne elementy filmu są przewidywalne, ale hej – przecież żyjemy w czasach, gdzie na naszych facebookowych tablicach co rusz wyskakują wywiady z aktorami, a w sklepach możemy zobaczyć zabawki, które niejako spoilerują film. Na szczęście Koniec gry bywa tak zawiły, że nawet najwredniejsze trolle internetowe będą miały problem z popsuciem frajdy z tego filmu – a jeśli już gdzieś rzuciły wam się w oczy nazwiska poległych/poległego/poleglej w tej produkcji… nie przejmujcie się. Uwierzcie mi, to bardzo mała cząstka całego impaktu emocjonalnego tego finału.

Trudno za pomocą słów opisać to jak bardzo potrafi chwycić za gardło. Wojna bez granic była przy tym naprawdę niczym, zaledwie kolejnym zlepkiem perypetii naszych ulubionych herosów i pierwszym zderzeniem światów, które po prostu musiało nastąpić. Jedynie koniecznym wstępem do czegoś znacznie lepszego, do czegoś prawdziwie epickiego.

Avengers: Koniec gry

Dziś to wszystko może się Wam wydawać przesadzone (aż do seansu, mam nadzieję), ale w Końcu gry epickość jest o wiele lepiej zarysowana niż nawet w Gwiezdnych wojnach, które przecież się nią żywią. To wielki zlepek nie tylko jedenastu lat budowania wszechświata, charakterów postaci, ich zalet i wad, które w tym filmie są nader dobrze rozpisane. Doświadczycie niemalże namacalnego ludzkiego dramatu po przemienieniu świata za pomocą pstryknięcia. Najlepsze we wszystkim jest to, że można w niego uwierzyć – wszystko jest konsekwencją czegoś co już widzieliśmy, nic nie jest nam obce. 

Zobacz również: “Kapitan Marvel” – Drugie spojrzenie [FELIETON]

To również wielki hołd dla całego Marvela od kuchni. Każdy dostał swoje w pełni usprawiedliwione pięć minut, a w filmie zobaczycie najbardziej nieoczywiste występy gościnne postaci znanych z poprzednich produkcji (wydawałoby się tak bestialsko porzuconych). Zapewniam, że wielu z Was będzie miało cięzżko wyjść z podziwu i jedynie wymamrocze pod nosem – jak oni ich tu wszystkich zebrali? Jak to możliwe, że było ich na to stać? Nie tylko możemy się tu dopatrywać niesamowitego aktorskiego przepychu, ale i pochwał w stronę twórców tych światów. Wracają nie tylko stare utwory muzyczne (wywołując ciarki na plecach), ale i segmenty z poprzednich filmów z poszczególnymi Avengersami w rolach głównych. Wszystko jest tak idealnie wplątane w ten film, że nic nie wydaje się przesadzone. Wszystko jest hołdem, ale nic nie jest pustosłowiem… 

Nawet liczne nawiązania do największych zaskoczeń ze świata komiksu czy małe zapożyczenia i rozwinięcia klasycznych wątków, za którymi płakaliśmy i o których marzyliśmy. Bracia Russo pokazali – nie zapomnieliśmy, po prostu czekaliśmy na lepszy moment. 

A ten nadszedł. Naprawdę nadszedł. Koniec gry to produkcja, którą adepci sztuki filmowej będą mogli brać na warsztat, bo to dzieło ostateczne i pełne. Rzemieślnicza robota złączona z niesamowitą wiedzą twórców i nadzwyczajnym operowaniem kontekstami.

Zobacz również: WE’RE IN THE ENDGAME NOW – Ranking wszystkich filmów MCU

Już w Wojnie bez granic zderzenia światów wyszły naturalnie, a tu jest jeszcze „lepiej, szybciej, dalej”. Wszelkie połączenia sięgają naprawdę daleko, a poszczególne postaci dostają realne zakończenia swoich historii, a jeszcze inne z nich ich nowe początki. A te napawają wielkim optymizmem, bo Marvel się nie wstydzi tego, że często nie jest tak konsekwentny jakbyśmy tego chcieli. Marvel to wie, ale pokazuje nam, że może to przekuć w swoją wielką zaletę. 

Avengers: Koniec gry

I wiecie co? Naprawdę to robi, bo choć z Wojny bez granic z kina wychodziłam zobojętniała, to tu co rusz przecierałam łzy z policzków. Jestem w niesamowitej euforii tego co Marvelowi udało się uczynić.

Największe zaskoczenie roku? Bynajmniej. Największe zaskoczenie mojego całego popkulturalnego życia, bo kto by pomyślał, że z tych niewinnych filmów o perypetiach Tony’ego Starka wyrośnie coś tak monumentalnego? 

P.S. Ocena mogłaby być najwyższa, ale odnoszę wrażenie, że w filmie jest jedna, frapująca mnie luka fabularna. Nie ma ona dość dużego wpływu na fabułę i nie odciska się na jej logice – dlatego ocena się diamateralnie nie różni. 


4.5/5


5 thoughts on ““Avengers: Koniec gry” [“Avengers: Endgame”] – Największe zaskoczenie roku? [RECENZJA]

  1. Film był zaskakujący , zabawny i megaporuszający. Zakończenie mnie osobiście megaporuszyło chociaż ujawniło prawdziwą twarz i charyzmę ulubionej przeze mnie postaci. Nie mniej jednak film bardzo zaskakuje na wielu frontach i w stosunku do wielu postaci. Jest to naprawdę super produkcja która przez cały czas trzyma w napięciu “co będzie dalej” a jednocześnie pokazuje prawdziwe charaktery i siłę bohaterów których wszyscy lubimy. Film ukazuje między innymi jak każdy z bohaterow przeżył porażkę z poprzedniej części Avengers wojna bez granic. Film ogólnie jest bardzo zabawny a zakończenie zapada w pamięć a dużą dawką emocji.

  2. Jak dla mnie najgorsza z części..
    Film przypominał coś na wzór zwiastunów czy reklam gier mobilnych, pełno akcji, akcji i akcji, ale nie wiadomo o co w tym tak naprawdę chodzi i jest dobrze dopuki wybuchy i światełka….

  3. LUDZIE KOCHANI !!!!! KOCHAM MARVELA ALE TO CO ZROBILI Z TĄ CZĘŚCIĄ FILMU TO JEST JAKAŚ KPINA! BAJECZKA DLA DZIECI!!! Jak można z głównego bohatera zrobić ofiarę losu? Jak wszech potężny THANOS mógł się dać zrobić w bambuko?!?! HAHA. Osobiście nie dotrwałem końca i wyszedłem z kina z wielkim śmiechem na sali, wraz za mną 70% osób. PORAŻKA!!!!!!!!!!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.