“Avengers: Koniec gry” – recenzja ze spoilerami

Od kilku dni w całym kraju tłumy widzów szturmują kina w każdym mieście, żeby obejrzeć zwieńczenie trwającej niemalże 11 lat historii o superbohaterach. To dobry czas, żebyśmy porozmawiali otwarcie o tym, co w produkcji było dobre, a co mogło wybrzmieć lepiej. Będą spoilery, dużo spoilerów, więc wchodzicie na własną odpowiedzialność, ale, powiedzmy sobie szczerze: musimy o tym pogadać. Bez dalszego przynudzania przejdźmy do konkretów.

Pierwsze 15 minut produkcji to swoisty prztyczek w nos wymierzony przez braci Russo zagorzałym fanom. Przez cały rok mnożyły się przeróżne teorie spiskowe i debaty, w jaki sposób Avengersi pokonają Thanosa, jak Tony wróci na Ziemię itd. Okazuje się, że wszystkie te kwestie zostają rozwiązane w kwadrans; w prologu rozliczającym się z oczekiwaniami widzów i wprowadzającym nas do aktu pierwszego.

Śmierć Thanosa to posunięcie doskonałe. Tytan, którego bohaterowie spotykają w chatce na odludnej planecie to istota nie do pokonania – istota, która spełniła swoje marzenia i jest pewna słuszności swych czynów. Stormbreaker pozbawiający go głowy nic nie zmienia: on wygrał, oni przegrali. Thanos był silniejszy, sprytniejszy, bardziej zdeterminowany. Lepszy.

Avengers: Koniec gry

Być może to kolejny krok; godzina poświęcona głównie dialogom i interakcjom między postaciami była najodważniejszą decyzją, którą podjęli twórcy w filmie. Przez kolejne kilkadziesiąt minut akcja wyraźnie zwalnia i… mam z tym pewien problem. Nie zrozumcie mnie źle: sam zamysł tego jest rewelacyjny. Ekspozycja emocji i bezsilności protagonistów, połączona z małymi kroczkami stawianymi w nowej rzeczywistości na papierze wygląda genialnie. Problem w tym, że o ile bohaterowie MCU sprawdzają się doskonale w przerzucaniu się zabawnymi lub podniosłymi one-linerami, o tyle braciom Russo zabrakło finezji w ukazaniu głębszych pokładów emocji. Poza Hemsworthem i momentami Downeyem Jr., aktorami, którzy kradną show, poważne deklaracje ich kolegów z planu wydawały mi się trochę tekturowe i wymuszone. Wszystko jest zrealizowane poprawnie i nie czułem tutaj nudy, ale zwyczajnie zabrakło warsztatu reżyserskiego, żeby wycisnąć z kilku scen coś więcej. Nie jest to mocny zarzut i zdaję sobie sprawę z jego subiektywności, ale tak to odczułem.

Przejdźmy teraz to tego, co było dobre! Absolutnie rewelacyjna była mroczna kreacja Hawkeye’a! Krwawe rozliczenie z azjatycką mafią czy meksykańskimi kartelami to coś, czego chciałbym zobaczyć więcej w zakapturzonej wersji wspaniałego łucznika. Podobnie Thor udowodnił po raz kolejny, że jest świetną postacią z ogromem potencjału i twardym, doskonale wymierzonym w czasie poczuciem humoru. Ten humor tak doskonale pasuje do Strażników Galaktyki, że niezwykle się cieszę, że połączyli oni siły w finale! Znacznie słabiej na tle poprzedników wypada Hulk. Profesor Hulk. W jednej ze scen Walkiria mówi, że wolała, gdy był w jednej lub drugiej formie, czym wyraziła także moje odczucia. Ciało Hulka z umysłem Bannera to koncept, który powinien działać jako rozrywkowy samograj. A trochę nie działa. To nadal przede wszystkim comic relief (choć często udany!), do tego Banner z genialnego fizyka został sprowadzony do roli… przeciętniaka z niewybrednym humorem. Rozumiem, że miało to stanowić kontrapunkt dla Tony’ego Starka, geniusza, filantropa, milionera, dla którego był to finał historii, ale nadal uważam, że Profesor Hulk stał się ofiarą tej koncepcji.

BossLogic fanart

Absolutnym majstersztykiem jest z kolei podejście do podróży w czasie. Rok temu, po premierze Infinity War, wahałem się, jak ocenić pół filmu perspektywie nadchodzącego Endgame, które mogło obrócić w pył cały dramatyzm poprzednika po prostu przywracając świat do punktu wyjścia. Na całe szczęście, twórcy zadbali o to, żeby każda czynność miała określone konsekwencje, których nie da się odczynić. Dotychczasowe podejście do podróży w czasie, znane choćby z Terminatora, Harry’ego Pottera czy Powrotu do przeszłości opierały się na konkretnej linii czasowej, w przeszłości bohaterów, którą należało zmienić, żeby zapobiec strasznej przyszłości. Koncepcja jakkolwiek ciekawa, nastręcza wiele problemów takich jak brak wolnej woli i determinizm postaci. Avengers zrobili to lepiej: tutaj nie ma możliwości zaingerowania w przeszłość ze skutkiem w teraźniejszości. Każda interwencja w wydarzenia minione tworzy nowe odgałęzienia rzeczywistości, natomiast “główna” linia czasowa, z której przybywają podróżnicy pozostaje nietknięta. Proste, genialne i pozbywa się paradoksu!

Oczywiście rodzi to pytanie: co z powstałymi wszechświatami. Co ze światem, w któym Loki uciekł z Kamieniem Nieskończoności? Co z wszechświatem, w którym Strażnicy Galaktyki nigdy się nie spotkają i z którego zniknął Thanos? Pozostaje sprawą otwartą, czy Disney zarzuci nas teraz historiami z tych różnych wątków czasu i przestrzeni, czy skupi się na głównym, a pozostałe odwiedzimy jedynie w serialowej serii What if? Czas pokaże.

Kolejna kwestia, za którą należy się pochwała twórcom to balans postaci. Wprowadzona wiosną Kapitan Marvel to bohaterka na miarę Thanosa, przewyższająca swoją siłą każdego z pozostałych bohaterów. Dlatego jej rola zostaje w filmie mocno ograniczona, co zostaje zgrabnie wytłumaczone jedynym ograniczeniem, które faktycznie ma: czasem. Pani Kapitan musi zając się nie tylko Ziemią, ale też innymi planetami. Dlatego zjawia się na początku i na końcu, żeby pomóc w zabiciu Thanosa. Ja to absolutnie kupuję. Film to historia Thora, Kapitana Ameryki i Iron Mana; oryginalnych Avengersów, którzy posiadają swoje ograniczenia. To oni muszą stanąć przeciwko tytanowi i robią to w rewelacyjnym pojedynku, do którego zaraz przejdziemy, ale…

mat. prasowe, Disney

Czas na jeszcze jedną, podwójną szpilę. Endgame nigdy nie uniknie porównań do Infinity War. Niestety, z tych dwóch filmów to wcześniejszy uważam za lepszy jako całość. Zeszłoroczna Wojna bez granic, wbrew tytułowi, nie była produkcją o Avengersach, ale miała swojego silnego, dobrze napisanego protagonistę, którym był Thanos. Kreacja Josha Brolina, zademonstrowana rok temu to zdecydowanie najlepszy czarny charakter w MCU, a być może przejdzie do historii jako jeden z najlepszych w historii kina. Pisałem już to wyżej, ale powtórzę: Thanos w Infinity War wygrał z Terranami. Wygrał nie przypadkiem, ale inteligencją, bezwzględnością, siłą, wytrzymałością, sprytem i innymi cechami, które w połączeniu sprawiły, że bohaterowie mogli wspólnymi siłami wycisnąć z niego najwyżej kroplę krwi. Do tego dochodzi fakt, że pod względem dramatycznym poprzednik Końca gry był dużo lepiej rozplanowany. Akcja mieszała się z momentami wytchnienia, żarty przeplatały się zgrabnie z dramatyzmem. Oprócz kilku przestojów, najnowszemu filmowi MCU brakuje zwyczajnie protagonisty.

Z jednej strony jest nim Iron Man, z drugiej strony Kapitan Ameryka, z trzeciej strony protagonista to bohater zbiorowy: superbohaterowie, którzy walczą o uratowanie Ziemi. Żaden z nich nie ma niestety tyle uwagi, którą miał Thanos w poprzednim filmie. Ten ostatni zresztą zostaje bardzo boleśnie zdegradowany. W ciągu trzech finałowych godzin staje się dość archetypicznym “złym”; postacią okropnie płaską. Najbliżej zastąpienia Thanosa w roli głownego bohatera jest Tony Stark (dziwi to o tyle, że bracia Russo byli odpowiedzialni wcześniej głównie za rozwój Kapitana Ameryki), którego motywację są jasne i którego ostateczne poświęcenie naprawdę daje się odczuć. Wzruszająca jest też rozmowa z ojcem i świadomość nieuchronności losu. Zresztą to właśnie starcie Starka i Thanosa; dwóch wizji ojcostwa: liberalnej oraz despotycznej, zdaje się napędzać dylogię.

Zabrakło mi również większej roli Kamieni Nieskończoności. Przez bite trzy godziny dostajemy tylko jeden moment, w którym ktokolwiek używa pojedynczego kamienia: Thanos wyrywa z rękawicy Kamień Mocy, żeby uderzyć jego siłą Kapitan Marvel. Szkoda, bo moc poszczególnych kamieni dodała sporo różnorodności do Infinity War i dawała duże pole do popisu podczas scen walki. Szczególnie boli fakt, że pomimo dwóch filmów z Kamieniem Duszy, nadal nie wiemy, na czym polega jego moc. Nie został on ani razu wykorzystany oddzielnie (jako jedyny kamień!), przez co, oprócz specyficznych warunków potrzebnych, żeby go zdobyć, wydaje się być jedynie minerałem, który uzupełnia kolekcję.

Sama scena poświęcenia Czarnej Wdowy wymaga osobnego komentarza. To nie jest zła scena, choć mistycyzm miejsca, w którym znajdują się bohaterowie zostaje mocno nadszarpnięty niepotrzebną sceną akcji, doprowadzającą do upadku bohaterki. Jakkolwiek poświęcenie jest godne pochwały i spójne z rysem psychologicznym postaci, blednie w porównaniu z poświeceniem Thanosa, który postawił przed nami rok temu przerażające i filozoficzne pytanie: czy wszechświat naprawdę uznaje toksyczną, samolubną i autorytarną miłość ojcowską za prawdziwe uczucie?

mat. prasowe, Disney

Te mankamenty bledną, gdy nadchodzi czas ostatecznego starcia. Moment, w którym Steve Rogers chwyta młot Thora był chwilą, gdy cała sala kinowa zaczęła bić brawa. Chwila, w której Doktor Strange otworzył portale, przez które zaczęli wychodzić kolejni superbohaterowie zjeżyła mi włosy na całym ciele. Nie mieliśmy w historii science-fiction jeszcze tak wielkiej i tak wspaniałej bitwy,  w której każde ujęcie było okazją, żeby skonsumować relacje między bohaterami budowane przez lata. Absolutne finałowe spełnienie drugiej dekady XXI wieku, z okiem puszczanym w kierunku fanów na każdym kroku. Rewelacyjne momenty feministyczne, Pepper w zbroi, kooperacja Spider-Mana, Kapitan Marvel, oryginalnych Avengersów i wielu innych to sekwencja, która jak tylko pojawi się na Youtube będzie przeze mnie odtwarzana wielokrotnie. Uwielbiam ten podniosły ton muzyki, która zaczyna grać w tle w momencie otwarcia pierwszego portalu, w którego wychodzi Czarna Pantera i osiąga punkt kulminacyjny w chwili, gdy Ant-Man staje się gigantem. Uwielbiam kwestie Avengers assemble oraz I am Iron Man! Tak powinno się budować napięcie!

Niewiele mam do powiedzenia na temat zakończenia. Ono też nabierze kształtu dopiero przez pryzmat czasu. Zakończenie opowieści Iron Mana jest świetne, zakończenie opowieści Kapitana Ameryki jest w porządku. Dziwi chyba najbardziej to, że następcą tego ostatniego został nie Bucky, ale Sam Wilson; postać, której nigdy nie poświęcano do tej pory zbyt wiele uwagi.

Mimo wszystkich powyższych krytycznych uwag, Avengers: Endgame to dobry film. To także godne zwieńczenie serii, która tworzy się na naszych oczach. Kiedy oglądałem wiele lat temu pierwszego Iron Mana i jego próby zbudowania pierwszej zbroi, nie spodziewałem się, że przyjdzie mu kiedyś podróżować w czasie i przestrzeni na kinowym ekranie. Z punktu widzenia kinematografii MCU to bezprecedensowy przypadek serii, która nie służy jedynie do zarabiania ogromnych pieniędzy, ale też jest spełnieniem marzeń całego pokolenia wychowanego na komiksach. W panteonie wielkich znajdzie się miejsce dla Avengersów.

3.5/5

PS Mam nieodparte wrażenie, że największą ofiarą finałowego filmu MCU może stać się Gra o Tron. Jakkolwiek są to produkcje z różnych gatunków, trudno mi uciec od kilku skojarzeń. Zarówno GoT, jak i Avengers to epickie wysokobudżetowe historie, których rozwój zdominował popkulturę ostatniej dekady, finały obydwu następują w niemalże tym samym momencie i mam wrażenie, że celują w podobne grupy odbiorców. Nadchodząca bitwa o Winterfell będzie musiała być naprawdę niesamowita, żeby przebić osiągnięcie MCU. Kto wygra popkulturowe starcie – Anthony i Joe Russo czy David Benioff i D. B. Weiss?