Advertisement
KomiksKultura

“Terra Incognita”. Monochromatyczna wolność formy [RECENZJA]

Paweł Kicman

Nie miałem co do Terra Incognita konkretnych oczekiwań. Autora, Łukasza Ryłko, nie znałem wcześniej (i proszę mi się nie dziwić, ostatni jego solowy album wydano 14 lat temu). Do tego opis czy przykładowe strony nie mówiły zbyt wiele o tym czego się spodziewać. Oczywiście nie przystępowałem do lektury z nastawieniem neutralnym. W końcu komiks wydała Kultura Gniewu, więc liczyłem na coś przynajmniej dobrego. Obiecane odwołania do Lema czy Hasa również nastrajały pozytywnie. A jak wyszło?

Terra Incognita opowiada historię Jedynki. Jedynka to robot, który myśli, że jest człowiekiem… a może to człowiek, który został uwięziony w robocie? Cóż, podobnych dwuznaczności jest tutaj więcej i tym album stoi. Nie będę narzucał żadnej interpretacji, szczególnie, że ciężar znaczeniowy wcale nie jest tak istotny. W każdym razie, Jedynka przemierza planetę, która przypomina Ziemię po apokalipsie. Rzekomo jest to obca planeta, spustoszona po wojnie ludzi i maszyn (ale znowu, czy aby na pewno?). Ciężko jednak stwierdzić czy umowny koniec świata nadszedł sto lat temu, tysiąc czy w zeszły czwartek. Im głębiej w swoją opowieść zaprasza nas Ryłko, tym więcej pytań zadaje, skąpiąc odpowiedzi. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to więc lektura na kilka powtórzeń, która zmusza czytelnika do dogłębnej analizy.

Z tym, że nie do końca. Bo pod kalamburami złożonymi z warstwy fabularnej i graficznej (o tej drugiej później) nie kryje się zbyt wiele. Ot, Terra Incognita to zabawa formą i treścią, która nieco autoironicznie bierze na tapet właśnie… zabawę formą i treścią. Album Ryłki nie przyniesie nam odpowiedzi na pytania o kondycję świata czy człowieka. Jest raczej laurką dla pomysłowości, wolności i twórczego szaleństwa. W żadnym wypadku nie poczytuję tego jako zarzut, bo autor robi to naprawdę dobrze, ale nie mogę jednak nie poczuć nuty rozczarowania.

Przeczytaj również:  "Polaków uczestnictwo w kulturze - Raport z badań 1996-2012" - Janek Koza w każdym domu [RECENZJA]

Szczególnie dlatego, że surrealistyczna wizja Ryłki trąci myszką. Wykreowany przez niego świat, słownictwo i nastrój całości przywodzą na myśl science-fiction lat 60 czy 70. Na ile był to zabieg celowy, nie wiem. Wiem natomiast, że twórca nie wszedł w dialog z retro, ale raczej użył tej formy jako bazy, która poza nostalgią nie wnosi zbyt wiele do gatunku. Mnogość nawiązań do choćby Rękopisu znalezionego w Saragossie, twórczości Stanisława Lema czy polskich surrealistów (jak Brunon Schultz) działa na plus, pewnie. Z tym że to tylko hołd i nic więcej.

Na szczęście w warstwie graficznej, choć znowu bardzo retro (kłaniają się nawiązania do Daniela Mroza), dostajemy coś, co działa znakomicie. Ryłko bawi się tuszem, kreując nastrój, emocje i tworząc wielostronicowe zagadki. Sposób, w jaki rysownik operuje czernią, zasługuje na uznanie. Całość jest czytelna, ale jednocześnie momenty chaosu działają dokładnie tak, jak miał zadziałać. Roztaczając aurę tajemnicy i niepewności.

Choć nie do końca trafił do mnie treścią, tak narracja wizualna potrafi porwać. Moim zdaniem Terra Incognita mogłaby wypaść dużo lepiej jako komiks w pełni niemy (i przez kilkadziesiąt stron nawet, taka jest). Ba, gdyby zupełnie wyciąć tekst z gotowego produktu, nie wątpię, że wciąż większość albumu by działała!

Koniec końców po odłożeniu tomu na półkę obok odrobiny rozczarowania, może nawet rozgoryczenia, czułem satysfakcję. Sposób w jaki Ryłko prowadzi w Terra Incognita narrację obrazem, stawia go w czołówce nadwiślańskich rysowników. Chciałbym zobaczyć więcej komiksów od tego twórcy – mam wrażenie, że świetnie sprawdziłby się w krótkich formach. Na dobre mogłaby mu wyjść też praca nad elastycznym scenariuszem, żeby mógł dać sporo od siebie, ale w ramach dobrze napisanej historii.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.