Advertisement
KomiksKultura

“Top 10. Smax i inne opowieści”. Dla fanów i fanek Alana Moore’a [RECENZJA]

Paweł Kicman
top smax recenzja
Fragment okładki komiksu / fot. materiały prasowe

Alan Moore jest już żyjącą legendą. O takich tytułach jak Strażnicy, Prosto z piekła czy V jak Vendetta słyszały nawet osoby, które nigdy w życiu nie trzymały w rękach żadnego komiksu – nawet Kaczora Donalda. Scenarzysta z Northampton popełnił jednak dużo więcej świetnych historii, a w moim top 3 plasuje się – nomen omen – Top 10. Mniej znany tytuł stworzył razem z artystami Genem Ha i Zanderem Cannonem. Jest to proceduralny (skupiony w każdym zeszycie na innej sprawie) komiks detektywistyczny. Oczywiście nie takie zwyczajny, bo w konwencji sci-fi. Jego akcja rozgrywa się w mieście Neopolis, w którym każdy jest superherosem albo superprzestępcą. A kiedy wszyscy są niezwykli… tak naprawdę nikt nie jest.

Na takich podwalinach udało się tercetowi twórców stworzyć zabawny, inteligentny i cholernie wciągający serial komiksowy. Nic dziwnego, że Egmont ponownie sięgnął po to uniwersum, wypuszczając Top 10: Smax i inne historie. To zbiór trzech opowieści, z których dwie napisał Moore, a jedną Paul Di Filippo. W roli artystów powrócili Ha i Cannon, którym towarzyszy Jerry Ordway.

W roku 1949

Pierwsza część nosi tytuł „W roku 1949” i opowiada historię niedawno powstałego Neopolis i bohaterów wojennych, którzy stali się bezużyteczni dla państwa po zakończeniu II Wojny Światowej. Leni Muller, Podniebna Wiedźma oraz Steven James trafiają do miasta, szukając świeżego startu. Leni zaciąga się do policji, natomiast Steve szuka swojego miejsca pośród weteranów. Oboje będą musieli zmierzyć się ze spiskiem, wampirami i podróżami w czasie, ale sednem ich problemów będzie szukanie tego co naprawdę czyni ich bohaterami.

top 10 smax
Plansza z Top 10: Smax i inne historie / fot. materiały prasowe

To dość klasyczna dla Moore’a konstrukcja składająca się z kilku warstw. Na pierwszym planie mamy tutaj zwroty akcji i większe niż życie przygody. Na drugim stoją ludzie, ich rozterki i dylematy, a także dialog z tym jak traktowani są żołnierze po zakończeniu wojny. Jeszcze głębiej kryje się meta-komentarz na temat tego co czyni herosów wyjątkowymi w mieście pełnym innych herosów. Ten sam, który znamy, choć w nieco innej formie, z oryginalnego Top 10. Jedynym minusem, jaki jestem w stanie wskazać jest brak konkretnego motywu przewodniego. Chociaż wymieniłem wyżej jakie warstwy można odczytać z treści (chociaż to nie jedyne, ale te główne), to scenarzysta jakby nie mógł się zdecydować która ma grać pierwsze skrzypce. Lektura z tego względu się nieco rozmywa, choć oczywiście w sensie stricte znaczeniowym.

Przeczytaj również:  Jak na szpilkach. Recenzja filmu "Dama z Seulu"

Wizualia natomiast bynajmniej się nie rozmywają. Piękne, realistyczne rysunki Gene’a Ha idealnie pasują o historii o herosach z ludzkimi przywarami. Postacie pod jego ołówkiem są piękne, niemal mityczne, ale jednocześnie noszą znamiona znoju, skalania nudną codziennością i wspomnieniami traum. Przygaszona paleta kolorów od Art Lyon z dominującymi brązami i szaroniebieskimi odcieniami maluje świat Neopolis w stylu retro. Buduje to niepowtarzalny klimat.

Smax

Druga, parodiująca baśnie, historia to Smax. Znany z oryginalnego Top 10 niebieski bohater wyrusza wraz z przyjaciółką z komisariatu, Robyn – Toybox, w rodzinne strony. Obecność ważnego wątku kazirodczego wzbudziła swego czasu pewne kontrowersje, ale nie rozwodziłbym się nad tym aż tak bardzo. Motyw ten jest solidnie osadzony w treści samego komiksu jak i w settingu, w którym kraina baśni jest miejscem egzotycznym.

To co w kulturze zachodniej uchodzi za dziwne i niezwykłe, jest w krainie Smaxa ponurą codziennością. Krasnoludy, wróżki i elfy dla przyjezdnych pokazują fasadę stereotyp, jakiego się można po nich spodziewać. Pod kolorowymi ciuszkami kryją się jednak mieszkańcy małej społeczności z własnymi grzeszkami, absurdami i zasadami. Moore nienachalnie, ale też niezbyt oryginalnie, przenicowuje utarte tropy fantastyczne. Sama historia odkupienia Smaxa i konfrontacji z rodziną wypada w porządku, ale niestety niczego nie urywa. Brakuje mi w niej typowych dla Moore’a metakontekstów i zwrotów akcji, które w tym komiksie ograniczają się jednak tylko do budowania tła dla właściwej opowieści.

top 10 smax recenzja
Plansza z Top 10: Smax i inne historie / fot. materiały prasowe

Rysunki Zandera Cannona są niemal kreskówkowe, a żywe, płaskie kolory Bena Dimagwaliwa i ekipy Wildstorm FX nadają całości fajny, bajkowy sznyt. Sam Smax w oryginale był raczej „tak czarny, że aż niebieski” i prezentował się potężnie. Tutaj jest po prostu niebieski, a jego postura jest jakby bardziej wątła, co ciekawie koresponduje z motywem powrotu do korzeni i konfrontacji z przeszłością. Sceny akcji są bardzo czytelne, a emocje postaci wyraziste. Niektórym jednak może nie spodobać się ogromny kontrast po rysunkach z poprzedniej historii – przeskok jest naprawdę spory. Nie tyle jakościowy oczywiście, co stylistyczny.

Przeczytaj również:  "Kingdom Come" - Biblia, heroizm i braki w edukacji Zacka Snydera [FELIETON]

Poza najdalszym komisariatem

Ostatnią historią w zbiorze jest napisany przez Di Filippo „Poza najdalszym komisariatem”. Komiks kontynuuje niektóre wątki z Top 10 oraz Smaxa, ale opowiada własną historię. Funkcjonariusze i funkcjonariuszki będą musieli się zmierzyć w widmem zagłady, a także – jak zwykle – biurokracją i wewnętrznymi konfliktami na Komisariacie Dziesiątym. Fabuła jest dość prosta, ale wbrew pozorom nie czuć jakiegoś ogromnego spadku jakości. Di Filippo nie próbował naśladować Moore’a, ale też ze zrozumieniem podszedł do materiału źródłowego. Dostajemy więc niezły suplement, który pewnie mógłby się znaleźć w oryginalnym Top 10 i nikt by nie narzekał. Jerry Ordway na rysunkach sprawuje się wzorowo, zaludniając kolejne kadry mnóstwem postaci, dynamicznymi scenami akcji i bogactwem szczegółów. Jednak dzięki pewnej lekkości stylu i dobrego kadrowaniu nic tutaj nie przytłacza, a lektura jest płynna i przyjemna.

No cóż, jak to w każdym zbiorze, wypadałoby wybrać najlepszą i najgorszą historię. Mi najbardziej do gustu przypadło „W roku 1949”, a najmniej „Smax”. Nie znaczy to, że ta druga historia jest słaba – o nie! W końcu to Alan Moore, więc poniżej pewnego (bardzo dobrego) poziomu na pewno nie zejdziemy. Wszyscy artyści w projekcie też świetnie dopasowali się do klimatu poszczególnych komiksów, tworząc jednocześnie zróżnicowaną stylistycznie mieszankę.

Dla fanów Moore’a i Top 10 – obowiązek, choć pewnie nie top listy priorytetów. Dla pozostałych, dobra, ciekawa lektura, chociaż raczej polecałbym najpierw sięgnąć po poprzednią „część”, żeby nie czuć się zagubionym w niektórych przypadkach. Polecam.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.