Czego słuchaliśmy w pierwszej połowie 2026 roku? Muzyczne rekomendacje Filmawki
Muzyczne gusta redakcji Filmawki nie dają się zamknąć w gatunkowych szufladkach, a pierwsze pół roku 2026 tylko to potwierdziło. Powroty po latach mieszały się z odważnymi metamorfozami, legendy szukały nowych środków wyrazu, a nowa generacja twórców zacierała granice między niszą a mainstreamem, industrialne techno spotykało się z rockiem, turecki folk z psychodelią, hyperpop z tęsknotą za końcówką pierwszej dekady nowego millenium, a rap z gorzkim rachunkiem sumienia.
Każda z poniższych płyt opowiada inną historię. O artystach, którzy postanowili zaryzykować, o gatunkach przepisywanych na nowo i o inspiracjach, które potrafią prowadzić od klubowego rave’u przez stambulskie ulice aż po gitarowe brzmienia z lat 70. Wspólnie tworzą muzyczny portret pierwszej połowy 2026 roku – czasu, w którym, jako się okazało, artyści chętnie sięgali do przeszłości, ale równie często wykorzystywali ją jako punkt wyjścia w zupełnie nowym kierunku. Mamy nadzieję, że wśród naszych rekomendacji znajdziecie nie tylko swoich ulubieńców, ale też tytuły, które zostaną z Wami na dłużej.
Nine Inch Noize – Nine Inch Noize | Electro-Industrial

Zaczęło się w 2024 roku, kiedy Boys Noize, niemiecki producent i DJ, został zaproszony przez Trenta Reznora i Atticusa Rossa do zremiksowania ścieżki dźwiękowej Challengers. Noize brał również udział przy tworzeniu muzyki do filmu Tron: Ares, a następnie supportował Nine Inch Nails w trakcie ubiegłorocznej trasy koncertowej. Wspomniałem, że w trakcie występu NIN dołączył do zespołu, który przeniósł się na mniejszą scenę, aby zagrać krótki, elektroniczny set składający się z remiksów Noize’a? No to już wspominam. Ukoronowaniem tej współpracy była premiera Nine Inch Noize i występy na Coachelli. Reznor, Ross i Ridha posklejali płytę z wycinków swoich dyskografii w pokojach hotelowych, samolotach i gdziekolwiek indziej, gdzie rzucało ich Peel It Back Tour.
Płyta jest świeżym tchnieniem w utwory Nine Inch Nails. Niektóre z nich doczekały się solidnej reinterpretacji (Heresy, Came Back Haunted). Inne zostały odkopane z czeluści zapomnienia (Memorabilia, Parasite). Jeszcze inne przeszły mniejszy lub większy lifting (Closer, Copy of A). NINoize stanowi jednocześnie skręt w stronę industrialnego techno – czegoś, czego w dyskografii NIN jeszcze nie było (a przynajmniej nie w takim stopniu). To zarówno płyta koncertowa, jak i album z remiksami. Na płycie wokalnie udzieliła się również żona Reznora, Mariqueen, która nadała kompozycjom jeszcze bardziej sensualny charakter. Boys Noize wprowadził Nine Inch Nails na drogę rave’u i miejmy nadzieję, że obudził w zespole pociąg do dalszej przygody w tej stylistyce.
Daniel Łojko
Madeon – Victory | Electropop

Francuski producent i wokalista powrócił po aż 7 latach nieobecności. W muzyce to wieczność, szczególnie w reprezentowanym przez niego EDM, gdzie nurty nieustannie się przeplatają, znikają po to, żeby za chwilę wrócić w zmienionej konwencji. Wielu jego fanów zawiodła długość Victory – to zaledwie 10 piosenek, łącznie trwających 32 minuty. Kolejnym szokiem okazało się też to, że Madeon znacznie odszedł od słodkiego, festiwalowego EDM – spragnieni kolejnego You’re On czy Shelter nie mają tu czego szukać. Z resztą współautor tego drugiego kawałka – Porter Robinson – na ostatniej płycie SMILE! :D zaliczył dość podobną transformację, co Madeon na Victory – z wrażliwego, lekko introwertycznego producenta w pop-punkowego wokalistę. Sama okładka płyty może wskazywać inspiracje Francuza – biała koszula z cienkim czarnym krawatem i spocona czupryna, sugerujące brzmienie zakorzenione w estetyce indie sleaze, od razu potwierdza otwierający album Hi!, gdzie artysta wyciąga dłoń do słuchacza i od razu zaczyna nią wymachiwać do rockowego riffu. Jeszcze intensywniej robi się na kolejnym Car Crash Baby. Tam do gitarowych partii dochodzi electroclashowy beat – tylko po to, by nagle, na wysokości 2 minuty, ustąpić funkującej melodii, przywołującej porównania z rodakami Madeona, Daft Punk. Naprawdę wiele rzeczy się na tej płycie dzieje – żeby wspomnieć indie rockowe, porywające Dancing On Your Grave czy coldwave’owe Chaos Magic z earwormowym refrenem (częściowo interpolującym melodię z wiolinowej solówki z Rebellion (Lies) Arcade Fire, serio!). Dla mnie – jedno z zaskoczeń roku i potencjalna topka najbardziej przebojowych wydawnictw w tym naprawdę dobrym dla fanów popu roku!
Wiktor Małolepszy
Altın Gün – Garip | Neo-psychodelia

Cztery lata temu, po urlopie w Stambule powiedziałem sobie (i tym, którzy chcieli słuchać), że spędziłem tam dobry czas, ale wątpię, żebym prędko chciał wracać. A jednak serce wraca. W tym roku tęsknotę za nieustającym pulsem nocnej Turcji ukoił, a jednocześnie rozpalił, Garip, najnowszy album Altın Gün.
Amsterdamska grupa przystąpiła do nagrywania po trzyletniej przerwie bez jednego ze swoich największych atutów, wokalistki Mervy Daşdemir, która zdecydowała się na solową karierę. Muzycy zdecydowali się więc na jedyne sensowne rozwiązanie – męską nostalgię. Garip składa się z dziesięciu reimaginacji pieśni Neşeta Ertaşa, tureckiego klasyka, artysty folkowego, specjalisty od gry na bağlamie, którą w Altın Gün dzierży frontman, Erdinç Ecevit Yıldız.
Ten album to spacer po ogrzewanej zachodzącym słońcem Turcji i wejście w noc wypełnioną dymem, gwarem oraz tęsknotą za obiektem westchnień. Poetyka twórczości Ertaşa bez trudu splata się z charakterystycznym brzmieniem Altın Gün. Neredesin Sen to perfekcyjne otwarcie – energiczna rytmika, pełne niepokoju melodie bağlamy i nostalgiczne wokale. Jeżeli chcecie „spróbować” albumu jednym utworem, to koniecznie tym. Öldürme Beni ma rytmiczno-akustyczny fundament, którego nie powstydziłby się pop-rockowy hit lata 2016, ale gdy w połowie utworu pojawia się narastający synthowo-gitarowy akord, mój mózg przenosi całość uwagi tylko na niego, choćby nie wiem, co działo się wokół mnie. Zülüf Dökülmüş Yüze to pełne riffów tło dla najlepszych (i fałszywych) anegdot nocy. Wieńczące album Bir Nazar Eyledim to zaś wyjątkowy finał. Synthowa kompozycja – spokojna, doniosła i smutna – wydaje się pożegnaniem z fragmentem historii zespołu, ze słuchaczem, z nocą, przez którą razem przeszliśmy, a przede wszystkim, z Neşetem Ertaşem. Wszystko kiedyś cichnie.
Garip to dla mnie stambulskie wspomnienie, którego nigdy nie miałem.
Rafał Skwarek
Dea Matrona – Hate That I Care | Rock alternatywny

Pora wyraźnie to powiedzieć: młode irlandzkie gitarowe zespoły w ostatnich latach zjadają swoich kolegów i koleżanki zza oceanu bez popity. Jestem w 99% przekonany, że dopiero w trakcie czytania tego tekstu po raz pierwszy słyszysz o duecie Dea Matrona. Na swoim drugim studyjnym krążku Hate That I Care, Mollie McGinn i Orláith Forsythe wprowadziły do europejskiej muzy coś, co na dużą skalę ostatnimi czasy robili chyba tylko Aurora i Hozier: coś w rodzaju leśnego mistycyzmu. Wiecie – rusałki, świetliki, skrzaty, elfy. Nie zrobiły tego jednak ani w sposób dosłowny, infantylny i rozdmuchany, a bardziej przyziemny, nieco bardziej mroczny, delikatnie psychodeliczny.
Mollie i Orláith głęboko zanurzają się w estetyce oraz muzyce lat 70., podlewając je swoim własnym, autorskim sosem szczerej normalności. Nie kombinują na siłę, nie udziwniają, dając nieść się prostocie muzyki. W John Doe przygrywa rockowy riff. Przyjemny bas oraz taneczny refren Magic Spell idealnie nadadzą się do energetycznego doładowania z samego rana. Na Hate That I Care nie brakuje również wpływów folkowych, przepuszczonych przez współczesne soczewki. Chociaż panie poruszają się w określonej stylistyce, ich muzyka bynajmniej nie brzmi na inspirowaną danymi czasami. Bardziej, jakby Mollie i Orláith kilkadziesiąt lat temu schowały ją w skrzyni i zakopały w lesie, czekając na odpowiedni moment. Obie są multiinstrumentalistkami oraz wokalistkami. Obie śpiewają delikatnie, uwodzicielsko, przejmująco i dumnie. Obie stworzyły i wyprodukowały płytę głównie w ich wspólnym busie koncertowym. Pod płaszczykiem DIY kryje się jednak ogromna świadomość i doświadczenie w tym, co robią.
Daniel Łojko
underscores – U | EDM, hyperpop

Trzeci album underscores poprzedzony był imponującym, tradycyjnym rolloutem, których coraz mniej we współczesnej muzyce. Artystka singiel po singlu, teledysk po teledysku wprowadzała nas do świata U. Każdy kolejny utwór podsycał tylko nastroje oczekiwania wśród fanów. Zaczynając od przywołującego na myśl okres pandemii, podniosłego Music, przez soczyście radiowe Do It i wydane jako ostatnie, wolniejsze Tell Me (U Want It) udało się namalować rozbudowany soniczny krajobraz. Estetyka albumu czerpie z obecnych trendów rodem z końca lat 2000, jednocześnie odnosząc się do kultowej już ikonografii charakterystycznej dla hyperpopowej sceny muzycznej. Poza singlami i wizualnymi wrażeniami album oferuje intensywne, równie mocne kawałki, nie nadwyrężając przy tym swojej gościnności. U mieści się w kompaktowych, niepełnych 35 minutach – czasie wystarczającym na codzienną podróż do pracy czy na krótki spacer z psem. Wspomniane single oraz utwory takie jak Innuendo (I Get U) czy Lovefield to idealny podkład dla szybkiego, miejskiego życia. Fanów spokojniejszych brzmień zadowolić powinny The Peace i Bodyfeeling. U jest jak dotąd najbardziej spójnym i najcieplej przyjętym projektem artystki, która wciąż poszerza swoją niszę i buduje rozpoznawalność. Album od pierwszych singli stał się jednym z najbardziej wyczekiwanych wydawnictw 2026 roku. Stąd też z ciekawością i optymizmem należy śledzić dalsze kroki April.
Marceli Jasiński
Rau Performance – Strefa Dyskomfortu | Hip-hop alternatywny

Stary wrócił z mlekiem i dodatkowo przyniósł swój pamiętnik. Jaki w swojej muzyce jest Rau, wszyscy wiemy: kreatywny, zabawny, inteligentny i co najważniejsze – do bólu szczery. Strefa Dyskomfortu to naturalnie zapis ostatnich kilku lat z życia rapera. Lat naznaczonych walką z nałogami, wypaleniem zawodowym, depresją, ale i błogosławionych rodzicielstwem. Na najnowszym wydawnictwie raper całkowicie się odsłania, pozwalając słuchaczowi stać się częścią jego świata. Sprytne zabawy słowem, barwne porównania i soczyste, charakterystyczne dla niego beaty to już od dawna Rau w pigułce. Jestem pełen podziwu, że wciąż udaje mu się wykrzesać z siebie pokłady nowej, twórczej energii, która jednocześnie utrzymuje go w wytworzonej przez niego stylistyce i nadal oferuje coś nowego. Bo czego tu nie ma? Jest punkowy Sony Trynitron, urocze, poświęcone córce Tata Robi Lalala, zadymiony oniryzmem Mrok, ADHD-owy Mój twój kumpel czy kontemplacyjna spowiedź Blantydepresanty. Nie ma ani grama przesady w stwierdzeniu, że Strefa Dyskomfortu to jak dotąd najlepsza płyta w dyskografii rapera. Nikt w Polsce jak on.
Daniel Łojko
Slayyyter – WOR$T GIRL IN AMERICA | Electroclash

Najgorsza dziewczyna w Ameryce? Na pewno poważna kandydatka do tytułu najlepszej płyty roku. Slayyyter w końcu, na wysokości czwartego materiału (wliczając debiutancki samozwańczy mixtape), udało się przebić do sfery popu nie tylko dla zbyt wkręconych w hyperpop i przesiadujących godzinami na rymie. Zrobiła to bezkompromisowo, w niektórych miejscach serwując najbardziej radykalną muzykę w całej karierze. Tak jest chociażby na dusznym, hałaśliwym CRANK z industrialowym wiertłem zastępującym refren, które naprawdę nie przypomina nic, z czym mieliśmy kontakt w relatywnym mainstreamie. W kolejnym GAS STATION natomiast Slayyyter puszcza oko do tych, którzy czują nostalgię do Crystal Castles i terenów szeroko rozumianego witch-house’u. Generalnie sporo jest tutaj grania na owej nostalgii do późnych lat zerowych i estetyki bloghouse’u czy indie sleaze. Słodkie i przebojowe UNKNOWN LOVERZ przenosi nas w dreampopowe regiony, a OLD FLING$ brzmi jak coś, co mogłoby się znaleźć na electroclashowych klasykach. Sukces Slayyyter polega chyba po prostu na tym, że w każdym z tych wydań jest autentyczna i efektowna – nieistotne, czy akurat drze mordę na moim ulubionym YES GODDD, czy imituje oldskulową Keshę w BRITANNY MURPHY. Konsekwentnie budowała swój rodzaj intensywnego, chaotycznego popu i cieszy, ze po 8 latach na scenie zbiera owoce swojej pracy.
Wiktor Małolepszy
Naomi Scott – F.I.G | Sophisti-pop

Debiutancki album Naomi Scott F.I.G (Fall Into Grace) okazał się jedną z największych niespodzianek pierwszej połowy tego roku. Aktorka nigdy jednak nie kryła swojego wokalnego potencjału. Największą rozpoznawalność przyniosły jej disneyowskie role w kultowym, choć nieco zapomnianym, musicalu Lemoniada gada i Jasmine w nowej wersji Aladyna. Z muzyką na dużym ekranie łączy ją też fikcyjna gwiazda popu Skye Riley, główna bohaterka horroru Uśmiechnij się 2. Role te pozwalały na okazjonalny flirt z muzyką. Nie dawały jednak Scott przestrzeni, aby na własnych zasadach rozwinąć skrzydła. Wreszcie, po wielu singlach i kilku EPkach na przestrzeni ostatniej dekady przyszedł czas na wydanie debiutanckiego albumu. Utrzymany jest on w klimacie lat 80., czerpiąc silnie z elementarza R&B i popu tamtej epoki. Najbardziej słyszalne jest to na singlowej Gracie czy intensywniejszym Losing You. Na albumie nie brakuje też bardziej współczesnych muzycznych brzmień. Idealnym przykładem jest jeden z singli, Cherry, gdzie minimalistyczna wokalna maniera Naomi idealnie wtapia się w pulsujący podkład. Pomimo zmieniających się muzycznych trendów i renesansu synth-popu, w ostatnich latach gatunkowe eksperymenty Scott brzmią świeżo. Czas trwania projektu utrzymany w zgrabnych, niepełnych trzydziestu minutach wpisuje się w obecny klimat branży. Pozostaje też jednak pewien niedosyt napędzający tylko apetyt fanów, których z każdym wydaniem przybywa.
Marceli Jasiński
Korekta i opracowanie: Anna Czerwińska, Magda Wołowska
