„Wielki Marty” – w pogoni za wielkością [RECENZJA]
Po reżyserskim rozwodzie braci Safdie ciężko było przewidzieć, jak dalej potoczą się ich kariery. Zrządzeniem losu obaj postawili na filmy o zabarwieniu sportowym. Benny ciałem i duszą Dwayne’a Johnsona sportretował zawodnika MMA Mike’a Kerra w intymnym, wyciszonym, płynącym wolno Smashing Machine. Josh postanowił kontynuować obraną wcześniej ścieżkę. Wielki Marty jest duchowym zwieńczeniem umownej trylogii (Good Time, Nieoszlifowane diamenty) o dupku, który biega po Nowym Jorku i uprzykrza ludziom życie. I chociaż Benny za swój film otrzymał na festiwalu w Wenecji najwyższe reżyserskie wyróżnienie, to nie mam wątpliwości, że dłużej zapamiętamy produkcję jego starszego brata. Wielki Marty to obraz elektryzujący i – nie bójmy się użyć tego stwierdzenia – nomen omen WIELKI.
Prędko można przyczepić się, że Wielki Marty to w zasadzie Good Time 3. Ciężkawa atmosfera, maratonowe tempo, krew buzująca w żyłach od pierwszej do ostatniej sekundy, napięcie, które Safdie tnie reżyserską brzytwą i oldschoolowe zdjęcia. A w ich centrum Naczelny Nowojorski Dupek. Conniego zastępuje tym razem Marty Mauser – sprzedawca butów, a w wolnych chwilach manipulator, drobny krętacz i wybitny tenisista stołowy. Safdie ze stałym współscenarzystą Ronaldem Bronsteinem rzucają nas do lat 50., luźno opierając swoją historię na postaci tenisisty stołowego Marty’ego Reismana. W fabule odnajdziemy również polskie akcenty – pierwowzorem węgierskiego zawodnika Béli Kletzkiego był Alojzy Ehrlich, trzykrotny wicemistrz świata. I tak, historia z miodem miała wydarzyć się naprawdę.
Świat liże rany po II wojnie światowej, a twórcy prezentują eksplodującą feerię pomysłów. Realistyczne i błyskotliwe dialogi leją się strumieniami, zaskakując czasem żartem z kategorii „za wcześnie”, wydarzeniom na ekranie towarzyszy elektronika Daniela Lopatina, gdzieniegdzie urozmaicona kompozycjami Petera Gabriela, New Order oraz Alphaville, a Marty próbuje zrealizować swój własny, osobisty amerykański sen. Pomimo dwóch i pół godzin na liczniku, nie ma tu niczego, czego byśmy u Safdiech nie widzieli. Jest jednak lepiej i co ciekawe – bardziej przystępnie.

Wielki Marty nie zrywa ze stylistyką Good Time i Nieoszlifowanych diamentów, a podaje ją w formie dostosowanej do szerszego widza. Marty rzecz jasna wpisuje się w galerię antybohaterów, jednak pozostawia najszerszy margines na możliwą sympatię i doping. „Mierz wysoko”/„Dream big”, głosi tagline filmu. Ambicja, ciągłe stawanie się lepszym oraz dążenie do zwycięstwa są dla Mausera narkotykiem. (Anty)Bohater jest jednocześnie na ciągłym haju i głodzie. Mało co jest go w stanie zatrzymać, a co za tym idzie, Marty przyjmuje upokorzenia, zgrabnie lawiruje w zawiłościach międzyludzkich relacji, często wykorzystując słabości innych i niejednokrotnie łamie prawo. Jest przy tym postacią irytującą, toksyczną, wyniszczającą każdego, kto się do niego zbliży. Nic więc dziwnego, że kiedy życie rzuca mu pod nogi pół tartaku, koniec końców może liczyć tylko na swoją determinację. Safdie niejako wyłamał się poza sportowy schemat, budując bohatera-maszynę. Paradoksalnie jedyną słabością Marty’ego może wydawać się zasobność portfela, którą szybko jest w stanie powiększyć dzięki swoim cechom – nie do końca pozytywnym, ale skutecznym.
Amerykański sen w perspektywie Safdiego znacząco zrywa ze współczesnym rozumieniem tego terminu. Twórcy sięgnęli po bardziej tradycyjny, oryginalny przekaz. Chociaż Marty chętnie rozbija się po Ritzach i jada najdroższe pozycje z menu, jego postawa nie wynika z dorobienia się. Płynie ze słusznego przekonania o talencie, wyjątkowości i możliwości bycia kimś wielkim, co bohater stara się udowadniać przy stole do tenisa stołowego. Dlatego też rywalizacja z Japończykiem Koto Endo (bazowanym na Hirojim Satoh oraz tenisiście Koto Kawaguchim, który gra go w filmie), pomimo zamknięcia jej w dwóch meczach, jest celem ostatecznym. Amerykańskim snem samym w sobie. Jednocześnie zręcznie dekonstruuje tę postawę. Pomimo ogromnego talentu, ambicji i determinacji, Marty wielokrotnie zalicza twarde lądowanie w rzeczywistości. Mógłby dwoić się i troić, a mimo to zawsze będzie ktoś nad nim. Ktoś, od kogo zależne są jego dalsze losy. Czy to w sprawach finansowych, czy organizacyjnych pod kątem turnieju. Wszystko, co dzieje się pomiędzy początkiem a finałem, to wyboista droga. Kontrolowany chaos. Pomimo mnogości wątków i przeładowania treścią, Safdie nie traci z oczu finału, chociaż niepotrzebnie wydłuża nowojorski segment tej imponującej historii. Upust chorej ambicji Mausera oglądamy w ekscytujących rozgrywkach tenisa stołowego, których niestety nie ma też zbyt wiele. Ich realizacja jednak imponuje: od kamer ustawionych gdzieś ponad stołem, pośród widowni, przez nerwowe zbliżenia, wyczerpujące fizycznie efektowne wymiany, po ostatnie serwy przekraczające zenit emocji. Pamiętacie, jak Forrest Gump stał się mistrzem tego sportu? Podziękujcie Diego Schaafowi, któremu zawdzięczamy mecze w obu filmach oraz tenisistce Wei Wang, będącej trenerką Timothéego Chalameta.

23 lutego 2025 podczas gali SAG Awards aktor odebrał statuetkę za rolę Boba Dylana w Kompletnie nieznanym (moja recenzja tutaj). W przemówieniu jasno zakomunikował, że chce zostać jednym z tych wielkich i jest obecnie w pogoni za wielkością. Był już wówczas po zdjęciach do Wielkiego Marty’ego, co w 100% usprawiedliwiło jego słowa – my jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Rola w nowym filmie Josha Safdiego to najlepsza kreacja Chalameta w karierze. I pewnie jedna z lepszych, jakie w ostatnich latach oglądaliśmy na dużym ekranie. Aktor jest niesamowicie elektryczny i energetyczny. Jego obecność w kamerze Dariusa Khondjiego raz po raz doprowadza krew w żyłach do bulgotu. Chalamet stanowi swoistą przeciwwagę dla swojej postaci. Mimo przywar Marty’ego, wydobywa z widza odrobinę sympatii dla ping-pongowego mistrza. Swoją charyzmą, pół-uśmieszkami, wciąga nas do swojego świata. Jednocześnie staje się nieznośny, odpycha, żenuje i wywołuje żal, kiedy włącza Mauserowi tryb krętacza. Słowa leją się z jego ust, niczym wodospady, nie dając wytchnienia i przykładając rękę do ogromnego szumu, jakim jest cały film. Jeśli poznaliście kiedyś jakiegoś cwaniaka, to wyobraźcie sobie jego ostateczną ewolucję. Jest nią Timothée Chalamet w filmie Wielki Marty.
Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z teatrem jednego aktora, jednak nic bardziej mylnego. Tenis stołowy może i jest sportem indywidualnym, ale Wielki Marty to gra zespołowa. Chalameta z drugiego planu wspiera całkiem interesujący przekrój obsady: świetni nowicjusze i starzy wyjadacze. Odessa A’zion świetnie odnajduje się jako przyjaciółka/kochanka Marty’ego, która pomimo bycia nierozerwalnie związaną postacią z Mauserem (na dobre i, co gorsza, na złe), stoi na własnych nogach. Bohaterka jest wrażliwa, ale swoją przebiegłością dorównuje kochankowi. Tyler, The Creator grający Wally’ego częściowo wprowadza energię comic reliefu, a częściowo uzupełnienia duetu do buddy movie, który nigdy nie powstanie. Kontrowersyjny biznesmen Kevin O’Leary sprawdził się z kolei jako jeden z antagonistów tej historii. Wystarczy jednak zerknąć w sekcję „Political activity” na wikipedyjnej stronie tego protrumpowskiego showmana, aby z dużą dozą przekonania stwierdzić, że po prostu gra siebie. Wielki powrót w półbiograficznej roli zalicza Gwyneth Paltrow. Dawna aktorka Kay Stone stanowi przeciwwagę Marty’ego – tam, gdzie Mauser dopiero zmierza, ona już dawno była. Drugi plan uzupełnia także Abel Ferrara, który kilka razy pojawia się na ekranie jako lekko przeszarżowany, nowojorski gangster.

Film Safdiego w intrygujący sposób pożenił estetykę lat 50. z elektroniczną muzyką Daniela Lopatina. Czasem lekkoduszną, opartą na basowym syntezatorze, przypominającą beztroskę i bieganie po łące. Jeszcze innym razem bardziej futurystyczną, rodem z podwodnych poziomów przygodowych gier wideo. Innym razem przypomina film sensacyjny z lat 80. Tu i tam pojawiają się chóry oraz saksofon. Kompozycje Lopatina zaskakują i działają dwojako: czasem tonują nastrój, jakby chciały dać do zrozumienia, że oglądamy kino bardziej niezależne. Znacznie częściej uderzają jednak w tony towarzyszące Marty’emu – DREAM BIG – i podnoszą film do rangi dużego, kinowego wydarzenia. A żeby było ciekawiej, oprócz okazjonalnych utworów z lat 40. i 50., uwagę zwracają The Perfect Kiss z repertuaru wspomnianego New Order czy Order of Death autorstwa Public Image Ltd.
Być może natknęliście się na kampanię promocyjną filmu, która w pewnych kręgach internetu odbiła się szerokim echem. Marketing mocno kontrastuje z samą produkcją. Sportowe kurtki (które otrzymali m.in. Lamine Yamal, A$AP Rocky czy Susan Boyle), spotkanie na Zoomie, gdzie aktor przedstawia swoją absurdalną wizję reklamowania Wielkiego Marty’ego. Był ogromny, pomarańczowy sterowiec, Chalamet jako pierwszy w historii stanął na szczycie słynnej Las Vegas Sphere, gdzie zapowiedział film. Wisienką na torcie niech będzie nawiązanie do rapowej przygody aktora – jakiś czas temu w sieci pojawiła się teoria, jakoby zamaskowany brytyjski muzyk EsDeeKid miał w rzeczywistości być Chalametem. Jej podstawami były niemałe fizyczne podobieństwa między panami oraz styl ubioru. Teza ta teoretycznie upadła, gdy tuż przed świętami ukazał się fragment remixu utworu Kida 4 Raws, z gościnną zwrotką aktora. Nie da się ukryć, że promocja robi naprawdę dużo. A w decydującą fazę powinna wchodzić dopiero teraz, tuż przed Oscarami.

Film Josha Safdiego w ciekawy sposób kontrastuje z obrazem jego brata. Oba są w teorii opowieściami quasi-sportowymi, biorącymi pod lupę jednostkę. Znacząco różnią się jednak formą. Wielki Marty to produkcja głośna, stale świdrująca głowę bodźcami. Kamera często jest blisko bohaterów, dając widzowi poczucie uczestnictwa w wydarzeniach. Smashing Machine Benny’ego to z kolei film wyciszony, spokojniejszy. Okraszony został onirycznym, relaksującym soundtrackiem: delikatnymi ambientami i eksperymentalnym jazzem. Kamera – niczym w dokumencie – często podgląda bohaterów. Sprawia wrażenie ukrytej gdzieś w oddali. Młodszy brat zaryzykował i zerwał z adrenalinową stylistyką, porzucając również śledzenie historii najgorszego typa w Nowym Jorku. Z tego starcia zwycięsko wychodzi jednak Josh. Pełną recenzję Smashing Machine znajdziecie pod tym linkiem.
Podobnie, jak Marty Mauser, tak i Timothée Chalamet jest w pogoni za wielkością. I sukcesywnie się do niej zbliża, czego dowodem niech będzie jego pierwszy Złoty Glob. Nie mam też wątpliwości, że 15 marca opuści The Dolby Theatre z tą najbardziej prestiżową, filmową statuetką. Jeśli będzie inaczej, możecie tu wrócić i mnie zweryfikować. Zdania o aktorze są mocno podzielone. Pomimo jego dobrych występów, sam przez lata nie pałałem do niego sympatią. Ironicznie – potrzeba było jednego z największych buców na świecie, Boba Dylana, abym zmienił zdanie. Wielki Marty, Wielki Safdie, Wielki Timmy – mamy do czynienia z filmem prawie totalnym. Takim, dla którego wymyślono kino. I jednocześnie takim, który przypomina, dlaczego to kino pokochaliśmy.
korekta: Anna Czerwińska
Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen", „Władcy Pierścieni" filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas", to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż" grupy Rotary.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Good Time, Nieoszlifowane diamenty
