Klasyka z Filmawką: „Giulietta i duchy” (1965) | FEDERICO FELLINI: ciao a tutti!
Fellini na swój pierwszy barwny film wybrał temat oczywiście jak zwykle osobisty. Jednak zamiast skupiać się wyłącznie na sobie, barokowej i wizyjnej wiwisekcji poddał swoje małżeństwo. Reżyser stara się być w nim rzecznikiem swojej żony, nie oszczędzając siebie, co więcej, próbuje orędować w imieniu wszystkich kobiet, zamkniętych w sprzecznych mieszczańskich rytuałach. Brzmi jak samograj. Jednocześnie był to też pierwszy film Felliniego, który ani nie za bardzo spodobał się krytykom, ani widzom, a z grającą tytułową rolę żoną tylko się o niego kłócił. O co więc chodzi z Giuliettą i duchami?
Nie jest tak, że Fellini nie próbował wcześniej z kolorem. Do nowelowego Boccaccio ‘70 z 1962 r. zrealizował Kuszenie doktora Antoniego, satyrę na męską histerię seksualną. Nowela, choć trwa ok. 50 minut, jest zrealizowana z rozmachem i przywodzi na myśl rewię, ze swoim przepychem, mnogością statystów, wielkimi planami i operetkową fabułą. Właściwie w Kuszeniu… Fellini zrealizował wszystkie oczekiwania, jakie można by mieć wobec jego fabuły, a fabuły barwnej zwłaszcza. Mamy w Kuszeniu… zacieranie granicy między jawą i snem, cyrkowy sznyt, krytykę społeczną, a to wszystko w technikolorze, i to jak użytym! Reżyser znany z maksymalistycznych zapędów w Kuszeniu… sobie ewidentnie folguje, to korzystając z mocnych kontrastów, to ustawiając dekoracje i kostiumy w monochromatyczne bloki. A jednak w Giuliettcie… Fellini przyjmuje inną strategię artystyczną i wykorzystania barw. Akcja filmu rozgrywa się w mieszkaniach, małych biurach, buduarach, zamkniętych przydomowych ogródkach – na rozmach nie ma za bardzo przestrzeni. Nawet gdy bohaterowie pojawiają się na odkrytym terenie, jak plaża czy lasek, odgradzają się od reszty świata parawanami, a w lasku chowają się w domku na drzewie. Przy tak pomyślanych przestrzeniach i dekoracjach i użycie koloru jest mniej narzucające się, a jednak wciąż bardzo malarskie. Ma w sobie jednak więcej z melancholijnego przenikania się palety barw w secesji niż barokowego grania kontrastami. Nawet gdy mamy do czynienia z luksusową posesją stworzoną na kształt domu publicznego, landrynkowe barwy są jakieś zgaszone, a światło wpadające przez wymyślne witraże rodem z art deco jest ciepło, ale i sentymentalnie popołudniowe. Jest w tym wyborze estetycznym smutek, przenikający wszystkie dzieła reżysera, najbardziej jednak kojarzący się z jego twórczością najbliżej włoskiego realizmu i innych filmów z Giuliettą Masiną w głównej roli – La Stradą i Nocami Cabirii. Realizacyjnie może jednak sprawiać wrażenie cofnięcia się o pół kroku względem rozbuchanych – choć czarno-białych – 8 i ½ i Słodkiego życia.

Ta decyzja realizacyjna jest ściśle powiązana z fabułą. Fellini kieruje obiektyw tym razem nie na swoje niepokoje i obsesje czy na włoskie społeczeństwo, ale na swoje małżeństwo. Główna bohaterka, nosząca to samo imię co żona reżysera, Giulietta, jest gospodynią domową z zamożnej mieszczańskiej sfery. Całe swoje życie zorganizowała wokół swojego męża. Staje się jednak coraz bardziej ewidentne, że jest zdradzana. Giulietta pogrąża się więc w świecie swoich fantazji i obsesji. Świat realny miesza się z wyobrażonym: realne dostaje pluszowe obicia, by nie kłuło tak bardzo, a jednocześnie fantazje dostają rogów i zaczynają dręczyć główną bohaterkę. Wizje Giulietty kształtowane są przez dwie tour de force ówczesnych Włoch – telewizję i wychowanie katolickie. Programy, które ogląda Giulietta w oczekiwaniu na wiecznie spóźniającego się i zmęczonego męża, to prawdziwy brain rot lat siedemdziesiątych – tak głupie, że aż zabawne, monetyzujące opakowaną w plastik wizję sentymentalnej, acz zoptymalizowanej kobiecości. Przejawiają się w technikolorowych rojeniach Giulietty o idealnej miłości, które wraz z rozwiewającymi się iluzjami dotyczącymi małżeństwa zaczynają zaludniać głowę Giulietty. W nich Fellini przez chwilę może zanurzyć się w swoim ulubionym cyrkowym ekscesie – w przedstawieniach hiszpańskiego flirtu w oparach romantycznej mgły czy haremu frywolnej sąsiadki Suzy. Z frywolnym kiczem w głowie Giulietty prowadzi walkę kicz katolicki. Wspomnienia z prowadzonej przez zakonnice szkoły i organizacji przedstawienia żywotu, a przede wszystkim śmierci świętej zarówno dręczą Giuliettę, jak i przynoszą pewnego rodzaju pocieszenie. Konfrontacja dwóch typów kobiecości, zbudowanych na zupełnie innych fundamentach – popkultury i katolicyzmu, rezonuje z ówczesną fascynacją Felliniego psychologią jungowską, a sprzeczne obrazy kobiecości konkurujące w głowie Giulietty o palmę pierwszeństwa to skrzywiony przez telewizję i kościół archetyp Świętej Prostytutki, rozpadający się na znoszącą wszystko spolegliwą Madonnę, i bezmyślne wcielenie męskich fantazji w postaci Dziwki. Fellini jako twórca jest tutaj obserwatorem, ale i rzecznikiem kobiet uwikłanych nie tylko romantycznie czy małżeńsko, ale i tożsamościowo w związki z mężczyznami oraz nawigujących sprzeczne koncepcje kobiecości narzucane przez kulturę.

Przez całość narracji obserwujemy walkę Giulietty z tymi sprzecznościami i postępujący wraz z nią rozpad osobowości, po którym następuje coś w rodzaju wyzwolenia – Giulietta opuszcza cztery ściany swojego wygodnego domu i znika w lesie, gdzie pierwszy raz widzimy ją w pełnym planie, małą osóbkę na otwartej przestrzeni wśród potężnych drzew. I to zakończenie było powodem konfliktu Masiny z Fellinim. Aktorka krytykowała psychologiczne prawdopodobieństwo takiego rozwiązania – bo „ostatnie, na co masz ochotę, gdy dowiadujesz się, że mąż cię zdradza, to spacer po piniowym lasku”. Masina mówiła z własnego doświadczenia, wszak Giulietta i duchy to wiwisekcja problemów małżeńskich aktorki i reżysera. I to prawda, trudno uwierzyć, że po takich emocjonalnych przeżyciach można pozostawić za sobą niewygodną i tragiczną sytuację po prostu dlatego, że się podjęło taką decyzję. Jest do dość optymistyczne podejście, a jeśli prezentuje je w dodatku zdradzający mąż i każe je jeszcze odegrać zdradzanej żonie, to jest to faktycznie, delikatnie mówiąc, irytujące myślenie życzeniowe. Filmowa Giulietta jest też tym typem charakteru, nad którym raczej się użala, niż konfrontuje. Jest to pewne powtórzenie postaci Gelsominy i Cabirii. Mamy jednak do czynienia z inną sytuacją i filmową, i artystyczną – w La Stradzie i Nocach Cabirii Fellini opowiadał o innych środowiskach i relacjach oraz nie zwracał się ku sobie i prawdziwym życiowym sytuacjom. Zakończenie Giulietty i duchów obnaża też inną rzecz: Fellini nie ma za bardzo pomysłu, jak poprowadzić narrację o kobiecie, która uwolniła się od konieczności odnoszenia się do mężczyzny. Więc tę narrację zwyczajnie kończy. Wydaje się zatem, że reżyser nie tyle pokazuje borykanie się kobiet z romantycznymi relacjami i społecznymi wymaganiami, co obnaża siebie i swoje własne fantazje: o żonie, której łatwo współczuć, ale która nie będzie się bardzo stawiać, o happy endzie dla tej żony, który nie wymaga żadnego wysiłku z jego strony czy faktycznego skonfrontowania się ze swoim postępowaniem i o mężu, który może i jest słaby, ale nie jest okrutny czy przesadnie zły.

Być może i krytycy, którzy chłodno przyjęli Giuliettę…, i widzowie, którzy nie pchali się tak bardzo na seanse, jak w przypadku poprzednich filmów reżysera, wyczuli tę maskaradę i uznali ją za fałsz. Po latach tę podwójną grę łatwiej jest zdemaskować i wskazać palcem, jednocześnie więc łatwiej o bardziej pobłażliwy ogląd, demonstrowany raczej przewracaniem oczami niż odrzuceniem. W Giuliettcie i duchach mimo męskiej nieporadności w interpretacji kobiecych zmagań wciąż wiele jest bystrych obserwacji i celnego satyrycznego zacięcia. Fellini może zbyt beztrosko próbuje wcisnąć widzom, bohaterce i swojej własnej żonie pozytywne zakończenie, ale jednocześnie poprzez kadrowanie, operowanie światłem i cieniem akcentuje, jak bardzo to właśnie oczy jego żony, jej dziecięcy uśmiech, policzki z dołeczkami i drobna figurka mają dla niego więcej życia, więcej urody i o ile więcej inspiracji dla niego stanowią niż wszystkie posągowe i zmysłowe piękności, przewijające się przez drugi plan.
Korekta: Oliwia Kramek
Tekst powstał we współpracy patronackiej ze Stowarzyszeniem Kin Studyjnych nad przeglądem „FEDERICO FELLINI: ciao a tutti!”.
Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.
