Advertisement
Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Hair” Miloša Formana

Michał Piechowski

Zmarły niecały miesiąc temu w wieku 86 lat Miloš Forman pozostawił po sobie bogaty dorobek filmowy, pełen istniejących do dzisiaj w szerokiej świadomości i docenianych przez krytyków dzieł. Cztery lata po premierze Lotu nad kukułczym gniazdem stworzył on film w pewnym sensie podobny, bo też traktujący o potrzebie walki z systemem, czyli kultowy już musical Hair.

Zawsze byłem fanem filmów, które potrafiły opowiedzieć o wojnie bez umieszczania akcji na polu bitwy. Wszak nie ma nic łatwiejszego niż pokazywanie wszechobecnego terroru, gdy wokół latają kule, a w oddali (i w pobliżu) słychać wybuchy. O wiele ciekawsze i bardziej wartościowe były dla mnie produkcje, w których twórcy szli trudniejszą drogą i potrafili przekazać ten dramat za pomocą innych środków. Umocniony w swoim idealistycznym przeświadczeniu stopniowo odkrywałem takie kino i przez długi czas zachwycałem się podążającym ścieżkami chwały Kirkiem Douglasem (okopy zawierały się w mojej definicji braku pola bitwy) czy urodzonym czwartego lipca Tomem Cruisem, aż wreszcie obejrzałem w całości (z jakiegoś powodu wybrane fragmenty, w tym ostatnią scenę, kojarzyłem już od wczesnego dzieciństwa) powstałe w 1979 roku Hair i wiedziałem, że dalsze poszukiwania nie są potrzebne.

Choć, oczywiście, dużym uproszczeniem będzie stwierdzenie, że film Miloša Formana opowiada o wojnie. Jest ona tłem wydarzeń i motorem napędowym całej produkcji, a ukazanie wydarzeń z perspektywy ruchu hippisowskiego służy przedstawieniu antywojennych poglądów twórców, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że ta dość luźno oparta na wystawionym po raz pierwszy w 1967 roku musicalu rockowym opowieść to przede wszystkim apoteoza wolności i historia przyjaźni ludzi, wierzących w nadejście ery wodnika i wiernym hasłom pokroju Make love not war czy All people are one. Społeczeństwo dzieci kwiatów zostaje przedstawione tutaj momentami bardzo dosadnie i widać negatywny wpływ wcielania ich postulatów w życie, ale w ostatecznym rozrachunku twórcy idealizują odrobinę wizję takiego świata.

Poznajemy Claude’a Hoopera Bukowskiego (John Savage), który wsiada właśnie do autobusu jadącego do Nowego Jorku, by móc zaciągnąć się do armii. Wyrusza kilka dni wcześniej, aby spędzić trochę czasu w mieście, ale jego zamiary zostają jednak brutalnie zweryfikowane tuż po dotarciu do Wielkiego Jabłka, ponieważ natrafia on na George’a Bergera (fenomenalny Treat Williams) oraz towarzyszącą mu grupę i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w pochodzącej z wyższej warstwy społecznej kobiecie. Od tej pory, z pomocą swoich nowopoznanych towarzyszy, próbuje zdobyć serce nieznajomej, ulegając jednocześnie coraz większej fascynacji stylem życia hippisów. To dla niego pierwsza okazja, by poważnie skonfrontować swoje patriotyczne ideały i wyobrażenia na temat świata, w którym żyje. Przepaść pomiędzy prowincjonalną Oklahomą, a światem wielkich miast jest na tyle duża, że Berger celnie określa w jednym z utworów przyjazd Claude’a jako “pierwszy dzień w Ameryce”.

Przeczytaj również:  Grímur Hákonarson: "Problemy Islandii nie są widoczne na pierwszy rzut oka" – mówi nam twórca "Daleko od Reykjaviku" [WYWIAD]

Oczywiście z perswazji protestujących przeciwko obowiązkowemu poborowi nic nie wynika i Bukowski trafia na szkolenie do Nevady, gdzie przygotowuje się do lotu do Wietnamu. Dalsza część filmu prowadzi do tego, że jego nowojorscy przyjaciele postanawiają go odwiedzić, ale nad dokładnym przebiegiem końcowych sekwencji nie ma co się rozpisywać i niepotrzebnie spoilerować tym, którzy seans mają jeszcze przed sobą – to po prostu trzeba zobaczyć. Wyzwalające olbrzymi ładunek emocjonalny ostatnie minuty z “Let the Sunshine In” lecącym w tle to niesamowite przeżycie i jeden z najlepszych finałów w historii kina. Dzięki tej scenie, ale również dzięki wszystkim ją poprzedzającym, Hair stał się filmem nieśmiertelnym, i bynajmniej nie ma zamiaru umierać.

Ale nie można zapominać o tym, że jest to musical. Przełożona z sceny na plan filmowy oryginalna muzyka świetnie komponuje się z wyreżyserowaną przez Miloša resztą. Wszechobecny chaos jest odpowiednio podkreślony za pomocą montażu i choreografii, tworząc eklektyczną i adekwatnie przesadzoną całość, która nawet jeżeli na dłuższą trochę męczy, to i tak zachwyca. Większość utworów na czele z “Hair”, “Manchester England” czy wspomnianym już “Let the Sunshine In” po latach trzymają się co najmniej tak samo dobrze jak w dniu premiery i chwała im za to.

Jeżeli ktoś jeszcze tego cuda nie widział, niech nie zwleka i nadrabia jak najszybciej. Jeżeli ktoś już tej zaległości nie ma, może po prostu wrócić do ścieżki dźwiękowej i chociaż na kilka minut przenieść się z powrotem do tego świata. Podobno (ale to nie jest nic potwierdzonego) po spędzeniu dwóch godzin na oglądaniu Hair włosy każdego widza zauważalnie rosną. Jeżeli faktycznie jest tak, że im są one dłuższe, tym więcej na świecie równości i zrozumienia, to w sumie czemu by nie zaakceptować tych skutków ubocznych?

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.