Recenzje

“Portret właścicieli”, czyli kocia teleportacja [FRONT WIZUALNY]

Michał Piechowski

Nie od dziś wiadomo, że wielcy myśliciele gustują w historiach z drugim dnem. Jezus Chrystus, Ignacy Krasicki, Joaquín Maito – lista jest długa. O dwóch pierwszych panach z pewnością słyszeliście na lekcjach języka polskiego i właśnie tam odkrywaliście sens ich bajek czy przypowieści, więc pozwólcie, że od razu przejdziemy do trzeciego z tych dżentelmenów, a właściwie – żeby być bardziej precyzyjnym – do jego najnowszego filmu o wdzięcznym i dźwięcznym tytule Portret właścicieli.

Tytule, który jednocześnie jest także dość przewrotny, bo tych, których zwykło nazywać się właścicielami, jest tutaj pozornie niewielu. Jak na porządny film przyrodniczy przystało, w obrazie tego argentyńskiego reżysera dominują zwierzęta, a dokładnie psy i koty (co jakiś czas pojawiają się tutaj ryby, jeleniowate oraz pingwiny, ale to tych „domowych” czworonogów jest tutaj najwięcej). Zwierzęta te żyją sobie dziko (koty) albo w schroniskach (psy) i całymi dniami robią, najprawdopodobniej, dość typowe dla ich sytuacji rzeczy, a twórcy dzielnie (i statycznie) obserwują je, nie okraszając bynajmniej tego, co rejestruje kamera jakimkolwiek komentarzem.

Portret właścicieli

Portret właścicieli można łatwo porównać do innego, polskiego dokumentu, który niecałe dziesięć lat temu był nawet nominowany do Oscara. Pomysł na Królika po berlińsku Bartosza Konopki w całości oparty był na alegorii, zgodnie z którą tytułowe, uwięzione pomiędzy dwiema częściami Muru Berlińskiego gryzonie, reprezentować miały zamkniętych w okowach totalitaryzmu ludzi. Wszystko było tam przejrzyste i w miarę jednoznaczne, a uroku i zrozumienia przydawał głos Krystyny Czubówny, który doskonale opisywał to, co w danym momencie działo się na ekranie. Joaquín Maito, jak już wspomniałem, zrezygnował z klasycznego komentarza i zostawił widza sam na sam z jego przemyśleniami. To dobry, choć ryzykowny pomysł. Brak jednoznacznej interpretacji przedstawionych na taśmie filmowej wydarzeń może wszak poskutkować tym, że uważny oglądający wyciągnie z tego wszystkiego coś, czego reżyser w swoich planach nie przewidział. Czy to dobrze, czy też może źle – to już zależy od wielu zmiennych.

Przeczytaj również:  "Ptaki nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)", czyli w chaosie nie ma metody [RECENZJA]

Na szczęście sprawa nie jest całkowicie beznadziejna. Portret właścicieli zaopatrzony jest w klamrę kompozycyjną, a mianowicie w puszczony zarówno na początku, jak i na końcu filmu fragment przemówienia słynnego hiszpańskiego anarchisty, niejakiego Buenaventury Durutti. Reżyserowi bardzo zależy na tym, żeby te słowa, o wyraźnym nacechowaniu komunistycznym i prorobotniczym, zostały przez widza zarejestrowane. W filmie pojawia się nawet ujęcie grobu Duruttiego, a zabieg powtórzenia tych samych słów w pierwszej i ostatniej minucie filmu świetnie sprawdza się jako czynnik zwiększający szanse na to, że potencjalny odbiorca odbierze tę wiadomość chociaż jeden raz.

No i zwierzęta chyba posłuchały, bo albo już wyszły na ulicę, albo są bardzo niezadowolone z tego, że ktoś trzyma je w niewoli i zmusza do ciężkiej pracy bez otrzymanych w zamian godziwych zarobków i odpowiedniego statusu społecznego, czyli elementów, które wskazywałyby na to, że ktoś docenia ich pracę. Dobrze, że z takimi problemami borykają się tylko i wyłącznie psy i koty, a nie – nie daj Boże – ich właściciele, prawda? I to jest właśnie ta pozorna przewrotność tytułu. Czasami kamera zatrzyma się na ludziach i także tutaj widać pewną konsekwencję w filmie Maity. Niezmiennie statyczne ujęcia albo z bliska obserwują robotników, albo z góry patrzą na tych, którzy pracą fizyczną się nie trudnią i od razu wiadomo, z kim sympatyzuje reżyser.

Wszystko to ogląda się dość nieźle, ale tylko relatywnie krótki czas trwania pozwala zachować pełne skupienie i nie odrzuca od Portretu właścicieli. Pomysł na film krótkometrażowy zostaje tutaj rozciągnięty do prawie osiemdziesięciu minut i już po ułamku tego czasu widać, że pan reżyser zaczyna się kręcić w kółko. Ale może właśnie w tym tkwi siła tego filmu – po co pokazać coś raz, skoro można to zrobić cztery razy i mieć większą pewność, że dana idea zagnieździ się w głowie widza? Będę sobie to tak usprawiedliwiać, bo ostatecznie nie mogę przejść obojętnie obok filmu, w którym pojawia się wątek kociej teleportacji. Myślę, że ani Jezus, ani Krasicki by tego nie wymyślili.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.