“Stan wyjątkowy”, czyli mały kraj, wielki smutek [RECENZJA]

Powiedzieć, że sytuacja geopolityczna krajów bałkańskich należących do byłej Jugosławii nawet dzisiaj jest napięta i niejednoznaczna, to jak nic nie powiedzieć. Zdajemy sobie z tego sprawę my i zdaje sobie z tego sprawę chorwacki reżyser Vinko Brešan, na co doskonałym dowodem jest jego najnowszy film o uroczym i niepozornym tytule Stan wyjątkowy. Tytule, który, mimo że nie jest przetłumaczony dosłownie, do treści pasuje jak ulał. Bo jak inaczej wstrząsnąć kruchymi, glinianymi podstawami chorwackiego państwa, jeżeli nie przez wprowadzenie stanu wyjątkowego, którego przehiperbolizowana absurdalność już sama w sobie wskazuje na słabość krytykowanego rządu?


Zobacz również: “Irlandczyk”, czyli Scorsese tworzy Kino, a trawa jest zielona [RECENZJA]

Całość zaczyna się – dość niepozornie – od zasłużonego generała próbującego popełnić samobójstwo. Potem pojawia się minister, który zamyka się w więziennej celi i domaga się kilkunastoletniego wyroku, a cały poczet domyka, nieżyjący od  prawie dwudziestu lat, pierwszy prezydent Chorwacji Franjo Tuđman i jego trumna. Na połączenie rozrzuconych po różnych planach czasowych i przestrzennych nitek łączących poszczególne wątki reżyser daje sobie bardzo dużo czasu i chociaż z każdą kolejną minutą odkrywa coraz to większy rąbek tajemnicy, to całość zaczyna składać się do kupy dopiero na sam koniec. Ale na puentę warto poczekać.

Szeroko pojęty surrealizm pełni tutaj dwojaką rolę. Z jednej strony, łączenie pozornie nielogicznych i przeciwstawnych elementów oraz bawienie się chronologią (włączając w to przedstawianie tych samych scen z różnych perspektyw) to dobra rozrywka, próba uniknięcia nudy i pokaz umiejętności twórców, którzy bardzo dobrze odnajdują się w wykreowanym przez samych siebie uniwersum. Surowy i absurdalny zarazem klimat całości udziela się widzowi i w dużej mierze stanowi o sile wypychającej Stan wyjątkowy ze zbioru nieróżniących się od siebie w gruncie rzeczy bałkańskich filmów o traumach przeszłych i teraźniejszych.

Z drugiej zaś strony, odrealnienie świata przedstawionego to doskonała pożywka do snucia rozważań będących osią całego filmu, czyli tych, które dotyczą kondycji współczesnej Chorwacji. Czasami trzeba wyjść poza „tu i teraz”, by w pełni zaprezentować na ekranie pewne idee i emocje. Tragizm dręczonego suicydalnymi myślami weterana wojennego zostaje spotęgowany do odpowiedniego poziomu przez oniryczne zapętlenie, a gęsty komizm związany z wizytą ministra w zakładzie karnym w pełni daje wybrzmieć wyrzutom sumienia.


Zobacz również: “Jojo Rabbit” – Dorastanie pod okiem Hitlera [RECENZJA]

Nie od dziś wiadomo, że do grozy najłatwiej przejść od uśmiechu i pozornej sielanki. Widać to wtedy, gdy absurdalnie rozpaczliwe próby zareagowania przez członków rządu na samouwięzienie kolegi po fachu odkrywają patologiczne trybiki politycznego mechanizmu i widać to również w momencie, w którym ubrani w garnitury oraz piłkarskie koszulki złodzieje stają się uczestnikami samochodowej stłuczki i być może chociaż na chwilę zapominają o dręczącym ich głębokim smutku. Zresztą te piłkarskie trykoty to nie tylko element groteski, ale również ostry komentarz społeczny. Chorwacka reprezentacja doskonale zaprezentowała się na zeszłorocznym Mundialu w Rosji, ale czy ten zewnętrzny sukces jest czymś więcej niż tylko maleńkim plastrem na głęboką ranę wewnętrznej niestabilności? Dość powiedzieć, że wybrany MVP całych mistrzostw (a następnie nagrodzony Złotą piłką) Luka Modrić to w środowisku chorwackich kibiców i nie tylko persona non grata oraz wróg publiczny numer dwa (tuż za skorumpowanym Zdravko Mamiciem).

Chociaż Stan wyjątkowy dobrze oddaje ducha filmu, to warto także pochylić się nad jego oryginalnym tytułem. „Koja je ovo država!”, tłumaczone jako przepełnione lamentacją wykrzyknienie „Co to za kraj!”, oddaje wspomnianego ducha równie dobrze. Co to za kraj, który – cytując za jednym z bohaterów – najwięcej zyskałby wtedy, gdyby został rozwiązany? Przepełniony bólem traumatycznych wydarzeń lat dziewięćdziesiątych i nie tylko lud Chorwacji nie wierzy już w ideały, za które kiedyś umierał i mordował. Obraz ojca, który z ukrycia obserwuje przyzwalającego na bestialskie okrucieństwo syna każe jednak podejrzewać, że ten brak wiary to za mało, by wyjść z marazmu. Zmiana wychodzić winna od młodszego pokolenia, od następców, ale co zrobić, jeżeli świeża krew jest równie zepsuta?


Zobacz również: Trzy filmy Noah Baumbacha, które warto poznać przed premierą “Historii małżeńskiej”

Wypada również wspomnieć o być może głównym powodzie, dla którego w ogóle ten film trafił do polskich kin, czyli o Danielu Olbrychskim wcielającym się w Stanie wyjątkowym w chorwackiego prezydenta i uświetnia produkcję swoją obecnością w kilku scenach. Nie jest to rola duża, więc ciężko coś o niej napisać, ale z pewnością nie zasługuje ona na ani jedno złe słowo. Zresztą jeżeli faktycznie było tak, że obecność polskiego aktora wpłynęła na decyzję, zgodnie z którą ten chorwacki projekt stanie się pierwszą produkcją wprowadzoną do kin w ramach dystrybucyjnych zapędów TVP, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko cieszyć się z tego faktu i po cichu liczyć na to, że w najbliższych miesiącach i latach na rodzime ekrany będzie wchodzić więcej obrazów podobnego kalibru.

Bo – wbrew pozorom – filmowi Vinko Brešana daleko od tworu, który w pełni wybrzmiewa wtedy i tylko wtedy, gdy widz doskonale zaznajomiony jest z meandrami historii bałkańskiego kotła. Stan wyjątkowy to kolejny (po m.in. rumuńskim Nie obchodzi mnie czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy) dowód na to, że rozliczenie z tematyką narodowościową można przedstawić na ekranie tak, że jej uniwersalne składowe wybrzmiewają mocniej niż te bardziej hermetyczne elementy. Nie jest to ani wichura, ani trzęsienie ziemi, ale lekka bryza formalnej zabawy i delikatny wstrząs fabularnych rozważań to wystarczająco satysfakcjonujące połączenie.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.