Camping #16 – “Ciemna Gwiazda” (1974)

Nie odnosicie czasem takiego wrażenia, że moglibyście zmienić świat na lepsze, gdybyście znaleźli się w posiadaniu sześćdziesięciu tysięcy dolarów? John Carpenter z całą pewnością myślał podobnie i właśnie w tej kwocie zamknął budżet swojego pierwszego pełnometrażowego filmu, czyli rozprawiającej się z na wskroś amerykańskim pionierskim mitem zdobywców-niszczycieli satyrycznej komedii science fiction z elementami grozy o wdzięcznym tytule: Ciemna Gwiazda. Kino, które zarówno czerpie ze swoich poprzedników, jak i inspiruje kolejne dzieła. Czy świat po premierze debiutu reżysera Halloween zmienił się i czy była to zmiana na lepsze? Z całą pewnością.

Czy to R2-D2? Nie, do premiery Nowej Nadziei zostały jeszcze trzy lata

Oto poznajemy członków załogi tytułowego statku, którzy dwadzieścia lat temu opuścili Ziemię z misją polegającą na szeroko pojętym rekonesansie i oraz oczyszczeniu przestrzeni kosmicznej z niestabilnych planet, zagrażających przyszłej kolonizacji odkrytych obszarów. A przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Szybko okazuje się, że niszczenie losowych ciał niebieskich jest powszechnie uważane za najlepszą możliwą rozrywkę i stanowi sens życia naszych podróżników. Nieodzowne przy realizacji tej uciechy są oczywiście bomby, które zostały wyposażone w świadomość oraz możliwość porozumiewania się z ludźmi oraz głównym komputerem pokładowym. Nadanie ludzkiego oblicza i perwersyjny dialog z śmiercionośną bronią, jaką są tutaj ładunki wybuchowe zdolne przebudować każdy układ planetarny porównać można z słynną już sceną ujeżdżania pocisku atomowego wieńczącego Doktora Strangelove.

Podobnie jak Kubrick, Carpenter ironicznie romantyzuje wizję masowej zagłady, ale tym razem stawką nie jest cała Ziemia, lecz życie garstki ludzi, wśród których pogłębia się poczucie zagubienia i desperackiej melancholii. Wyczerpani długim lotem oraz wstrząśnięci niedawną, przypadkową śmiercią swojego komandora, mieszkańcy Ciemnej Gwiazdy oddalają się od siebie i nie potrafią się między sobą dogadać. Nastroje i postawy poszczególnych członków załogi analizowane są z niespotykanie wybuchową mieszanką śmiertelnej powagi i śmiercionośnego komizmu. Portret ten sprawdza się nie tylko jako ważny głos w sprawie postrzegania kryzysu męskości czy wiwisekcja ludzkiego umysłu mająca na celu poszukiwanie kierujących nim wartości, ale również jako parodiująca powszechne wyobrażenie o kosmicznym życiu, niesamowicie celna farsa.

Piłki plażowe z pazurami nigdy nie były bardziej przerażające

Perypetie ludzi to nie jedyne atrakcje, które można znaleźć na Ciemnej Gwieździe. Jest tutaj także kosmita, czyli, by być bardziej precyzyjnym, piłka plażowa wyposażona w doczepione łapy z pazurami oraz nieprzenikniony umysł, który na równi stawia unicestwienie całej ludzkości oraz zakpienie z niej. Śmiercionośna zabawa w kotka i myszkę „maskotki statku” z członkiem załogi trzyma w napięciu nie gorzej niż suszarka w wannie pełnej wody, a klaustrofobiczne korytarze oraz szyb windy sprawiają, że szanse przysłowiowej myszy są tym razem naprawdę niewielkie. Ojcem całej tej historii jest Dan O’Bannon, który wciela się w rolę prześladowanej ofiary, jest odpowiedzialny za wygląd obcej formy życia (również resztę efektów specjalnych) oraz kieruje losami tej bitwy (napisał Ciemną Gwiazdę razem z Carpenterem). Po premierze filmu i pierwszych reakcjach niezadowolonych z humorystycznego wydźwięku  walki z piłką plażową widzów powiedział on, że skoro nie potrafi sprawić, by ludzie się śmiali, być może będzie w stanie ich przestraszyć. Pięć lat później premierę miał dość dobrze znany dzisiaj film z scenariuszem jego autorstwa – Obcy – 8. Pasażer „Nostromo”.

Ale wróćmy do inteligentnych bomb. W życiu każdej z nich przychodzi przecież moment zwątpienia. Chwila, w której zaczyna ona narzekać się na niesubordynacje swoich przełożonych, kwestionować ich decyzje czy po prostu strzelać fochy. Sztuczna inteligencja ma to do siebie, że nie powinna wiedzieć zbyt dużo, a historia Bomby nr 20 jest perfekcyjnym dowodem na to, że w „zbyt dużo” zawiera się także wiedza na tematy związane z filozofią. Sprowokowanie światopoglądowej wymiany zdań z grożącym wybuchem ładunkiem to pomysł dobry tylko w teorii, a jego finalna, skrajnie solipsystyczna, postawa i wnioski z niej płynące sprawiają, że HAL 9000 oraz jego przyziemne problemy mogłyby w ogóle nie istnieć.

Windą na szafot (1958) – reż. Louis Malle

Niebanalna i wielowymiarowa fabuła, perfekcyjnie dopasowana ścieżka dźwiękowa autorstwa samego Johna Carpentera, zdecydowanie przerastające potencjał wynikający z budżetu efekty specjalne (wspominałem, że Dan O’Bannon został po tym filmie zwerbowany przez George’a Lucasa do prac nad wizualną stroną Gwiezdnych Wojen?) i bardzo dużo b-klasowej zabawy. Całe szczęście, że w kosmosie nikt nie usłyszy twojego śmiechu…


„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.