Advertisement
Klasyka z FilmawkaPublicystykaRecenzje

Klasyka w dniu premiery – “Coś za mną chodzi”

Michał Piechowski
It follows

David Robert Mitchell nie jest zainteresowany rzucaniem widzowi pod nogi mylnych tropów i trzymaniem go w niepewności odnośnie tego, co dzieje się nie ekranie. Już pierwsze sceny Coś za mną chodzi nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do paranormalnej natury tytułowego Cosia. Ale z kimś bawić się trzeba. Padło na bohaterów, którzy widzą i wiedzą mniej od oglądających film.

Geneza zła pozostaje nieznana. Powoli podążający za ofiarą, niewidoczny dla innych i przenoszony drogą płciową demon nie daje się zaklasyfikować, a szczątkowa wiedza na jego temat wynika jedynie z obserwacji, nie zawsze celnych wniosków i stosowania metody prób i błędów. Kolorytu dodaje mu brak wyraźnych intencji i enigmatyczne zasady, którymi kieruje się podczas śledzenia. Niezidentyfikowany zwiastun śmierci uosabia wrodzoną nieufność każdego człowieka, pierwotny lęk przed tym, co pozornie jest bezpieczne. To także katalizator, wyzwalający w nas zachowania, których nie sposób się spodziewać, może być również odbierany jako metafora niebezpieczeństwa wynikającego z uprawiania przygodnego seksu, a jednocześnie perfekcyjnie działa zarówno w charakterze dosłownego toposu horrorowego strachu, związanego z wyobrażeniem o przenikaniu się naszego świata z jego nadnaturalnym odpowiednikiem, jak i jako ucieleśnienie znanego już Starożytnym fatum, wiszącym nad głowami nieszczęśników niczym miecz Damoklesa.

Coś za mną chodzi

Centralne miejsce w całej opowieści zajmuje nastoletnia Jay, która zostaje “zarażona” przez niedawno poznanego chłopaka – zdesperowanego w celu pozbycia się zagrażającego jego życiu brzemienia. Wie on już, że po śmierci ofiary klątwa wraca na jego poprzednika, więc pechowa dziewczyna otrzymuje od niego kompleksowe wyjaśnienie dotyczące natury niebezpieczeństwa, z którym przyjdzie się jej teraz zmierzyć. Razem z grupą przyjaciół próbuje zawalczyć o przeżycie i znaleźć sposób na permanentne pozbycie się Cosia.

Zobacz również: „Tajemnice Silver Lake” – Najnowszy film twórcy „Coś za mną chodzi” – Recenzja

Sposób kreowania świata, w jakim przychodzi nam zmierzyć się z tym fatalnym zjawiskiem przypomina o wcześniejszym, debiutanckim filmie pełnometrażowym Mitchella, czyli Legendarnym amerykańskim piżama party. Reżyser potwierdza, że świetnie czuje się na spokojnych przedmieściach, gdzie może opowiedzieć o burzliwym życiu młodocianych bohaterów. Tym razem problem ambiwalencji wchodzenia w dorosłość i funkcjonowania relacji międzyludzkich zostaje pozornie przyćmiony przez tragiczną walkę o przetrwanie, ale wybrzmiewa on tym mocniej w chwilach wytchnienia przed nieustanną ucieczką i sprawia, że niesamowicie istotna w opowiedzianej historii jest niedojrzałość bohaterów, ich wewnętrzne rozterki spotęgowane w obliczu śmierci i pełne rozpaczliwej dezynwoltury próby ocalenia.

Coś za mną chodzi

Poruszający się wraz z Jay przyjaciele nie potrafią w pełni zrozumieć dramatu swojej towarzyszki. Po części wynika to z tego, że nie wyciągnęli oni nauki z wierszy Mickiewicza i nie potrafią uwierzyć w to, co widzi tylko ona, ale równie istotna jest niewidzialna granica, która została wyznaczona przez zmiany w zachowaniu śledzonej ofiary. Doprowadzona w wyniku nieustającego zagrożenia na skraj psychicznej wytrzymałości dziewczyna skupia się już tylko na jednej rzeczy – przetrwaniu. Początkowo Jay odrzuca od siebie myśl o tym, by przekazać klątwę na kolejną osobę, nie chce narażać innych ludzi, ale stopniowo zamykające się kolejne wyjścia z sytuacji weryfikują jej plany i prowokują ją do zachowań, o które kilka dni wcześniej nawet by się nie podejrzewała.

Zobacz również: Kulturawka #2 – Pod słońcem Pialata

Nieświadomość i beznadzieja całej sytuacji nie wybrzmiałaby tak celnie, gdyby nie perfekcyjna strona formalna Coś za mną chodzi. Długie, statyczne, szerokie ujęcia pogłębiają osaczającą atmosferę i jeszcze wyraźniej zarysowują podział pomiędzy tym, co wiemy my oraz perspektywą filmowych postaci. Kamera patrzy za plecy niczego nieświadomych bohaterów, prowokuje oglądającego do wytężania wzroku w oczekiwaniu na pierwszy sygnał zagrożenia, bawi się jego wyobraźnią i sprawia, że widz w empatyczny sposób także boi się niepokojem Jay oraz jej znajomych. Całość dopełnia eklektyczna i wyzywająca muzyka autorstwa Richa Vreelanda, która z niesamowitym wyczuciem współgra z obrazem i potęguje napięcie.

Coś za mną chodzi

Niekonwencjonalność tego jednego z najpopularniejszych współczesnych amerykańskich horrorów artystycznych przysporzyła mu tyle samo zagorzałych fanów, co zdecydowanych przeciwników. Coś za mną chodzi igra z oczekiwaniami widza, rezygnując z porywającej akcji i budujących ulotne napięcie zabiegów, ale z odpowiednim nastawieniem pochłania już od pierwszej sekundy i nie puszcza do samego końca.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.