Advertisement
Recenzje

“Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

Michał Piechowski

Żyjemy w doskonałych czasach dla horroru. Tym zdaniem powinna zaczynać się każda recenzja współczesnego filmu spod znaku kina grozy. Wiecie, tak po prostu, żeby przypadkiem o tym nie zapomnieć, gdy ostatecznie wyjdzie na jaw, że jakość opisywanej tym razem produkcji każe powątpiewać w prawdziwość tego stwierdzenia. Czy Godzina oczyszczenia jest właśnie jednym z takich filmów? O tym dowiecie się w dalszej części recenzji. A tymczasem nie zamierzam ryzykować.

Max (Ryan Guzman) i Andrew (Kyle Gallner) to dwójka długoletnich wspólników, którzy – wydaje się – znaleźli naprawdę doskonały sposób na zdobycie pieniędzy i/lub popularności. Przedsiębiorczy przyjaciele założyli internetowy kanał, na którym streamują na żywo nagrania z fałszywych egzorcyzmów odprawianych przez Maxa (czy raczej – Ojca Maxa) oraz reżyserowanych i ogólnie aranżowanych przez Andrew oraz kilka innych osób. Ten cieszący się dość niezłą oglądalnością spektakl pozornie jest zaledwie niewinną rozrywką, kolejnym sposobem na przyciągnięcie uwagi wymagających widzów doby XXI wieku. Ale czy faktyczne siły nieczyste uważają tak samo? Spoiler alert: nie uważają. I o tym właśnie jest ten film.


Zobacz też: “Dziewczyna z trzeciego piętra” [RECENZJA] @ 4. Fest Makabra

Przed nami kolejny odcinek show. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności prowadzi do tego, że w fotelu opętanej dziewczyny siada odpowiedzialna w programie za charakteryzację – a prywatnie narzeczona Andrew – Lane (Alix Angelis). Transmitująca obraz na cały świat kamera zostaje włączona, ale na tym kończy się zgodność faktycznych wydarzeń z planami filmowców. Już w pierwszych minutach nagrania na jaw wychodzi niepokojąca prawda: tym razem internetowe show wcale nie jest udawane. Tu zaczyna się cała zabawa.

Przeczytaj również:  "Pinokio", czyli ekonomiczna opowieść o kukiełce, która chciała zostać chłopcem [RECENZJA]

Powiedzmy to od razu: horrorowy arsenał odpowiedzialnego za reżyserię Damiena LeVecka nie jest przesadnie imponujący, ale wystarcza do zapewnienia widzowi odpowiedniej rozrywki przez cały, trwający mniej więcej półtorej godziny, seans. Największą siłą jest tutaj przede wszystkim koncept filmu, jednocześnie prosty, aktualny i naprawdę frapujący. Taka zaleta pozwala wybaczyć naprawdę wiele, przez co twórcy Godziny oczyszczenia nie silą się na formalną kreatywność i garściami czerpią ze wszelkich zabiegów i rekwizytów charakterystycznych dla filmów grozy traktujących o opętaniu.

Złowieszcza muzyka, hektolitry krwi, piekielne ognie, wyimaginowane (lub nie) potwory – na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na to, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, ale ostatecznie trudno odgonić się od mimowolnej nudy. No ale jeżeli coś – chociaż trochę – działa, to nie sposób na to w pełni narzekać. Zwłaszcza że ta zależność od tego, co już było (niezależnie od faktycznych intencji twórców), bardzo ładnie wpasowuje się w autotematyczny kontekst filmu. Wszak dlaczego mielibyśmy oczekiwać oryginalności od programu, który w samej swojej istocie jest zlepkiem tego, co już było.

O wiele ciekawiej sprawy wyglądają na tej bardziej fabularnej płaszczyźnie. Damien LeVeck rzuca tutaj kilka bardzo interesujących tropów takich jak: niezagojona trauma z przeszłości, kłamstwa, zdrady, wyrzuty sumienia. Wszystko to, w ramach umiejętnego manipulowania ludźmi przez demona, przewija się przez cały czas trwania filmu, dając nadzieję na niezmiennie interesujący wątek, w którym tytułowe oczyszczenie dotyczyć będzie głównych bohaterów, a nie tylko ich podstawionych ofiar opętania. Na nadziejach się niestety kończy, a z dużej chmury ponownie spada mały deszcz. Żaden z poruszonych tematów nie daje tutaj rady w pełni wybrzmieć. Ale co sobie pomyślimy o tym wszystkim sami, po zakończeniu seansu, to nasze.

Przeczytaj również:  "Gniazdo" – Solidny fundament i ściany z kartonu [RECENZJA]

Zobacz też: Klasyka z Filmawką – “Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Na osobny akapit zasługuje internetowy aspekt Godziny oczyszczenia. A dokładnie ta garstka niezbyt odkrywczych myśli, o których warto sobie raz na jakiś czas przypominać. Wiecie, jak to jest. Ludzie nie czują się odpowiedzialni za to, co piszą w sieci. Kontrowersje i przemoc oznaczają oglądalność. Wszyscy jesteśmy manipulowani i powinniśmy wylogować się do życia itd, itp. Technologicznie odświeżona wariacja na temat egzorcyzmów to bardzo fajna rzecz. Silenie się na moralizatorskość – wręcz przeciwnie. Dobrze, że można skupić się na tym pierwszym i przymknąć oko na to drugie.

Żyjemy w doskonałych czasach dla horroru. Nie ma co ryzykować. Godzina oczyszczenia ani nie jest filmem dobrym, ni też filmem złym. To doskonały pomysł, który został rozwinięty w niedoskonały sposób, co ciężko rozpatrywać jednoznacznie w kategoriach wad produkcji. Bo przecież nie każdy projekt powinien mieć ambicje na bycie kinem analizującym klasyczną ambiwalencję duszy ludzkiej. Produkcja LeVecka to poprawna rozrywka i równie poprawny straszak. To także film, w którym pojawia się doskonały plot twist z wykorzystaniem dopełniacza saksońskiego. Koło takich filmów nie można przechodzić obojętnie.


Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.