Advertisement
Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Jules i Jim” Françoisa Truffauta

Michał Piechowski

Nieco w cieniu nie tylko jako przedstawiciel francuskiej nowej fali, ale także jako film François Truffauta – tak, krótko i boleśnie, można podsumować Jules i Jim. Krótkość wyjaśnień nie wymaga, ale bolesność? Wynika ona z niesprawiedliwości takiego stanu rzeczy. Bo jednak dużo elementów tutaj zasługuje na o wiele więcej atencji, nawet jeżeli nie ma tutaj formalnej i fabularnej siły przebicia charakterystycznej dla 400 batów czy Do utraty tchu, a będąca kluczową częścią historia miłosna elektryzuje w innych sposób niż w przypadku Hiroszima, moja miłość.

Ale o co właściwie się rozchodzi? Z pomocą przychodzi tytuł – jest to opowieść o przyjaźni, pochodzących odpowiednio z Niemiec oraz z Francji, Julesa (Oskar Werner) i Jima (Henri Serre). A raczej o tym, co z niej pozostanie, gdy przeróżne czynniki (a jeden bardziej problematyczny od drugiego, bo jest tu i wojna, i piękna kobieta) wystawią ją na próbę. Obaj panowie początkowo w beztroski sposób spędzają czas na graniu w domino, ćwiczeniu sztuk walki, rozmawianiu o swoich miłościach oraz o odrobinę bardziej przyziemnych sprawach pokroju sztuki i literatury.  Przełomem w ich relacji okazuje się być poznanie Catheriny (Jeanne Moreau), która, mimo bycia darzoną uczuciem także przez Jima, zostaje żoną Julesa. To wydarzenie zbiega się z wybuchem Wielkiej Wojny, która zmusza przyjaciół do zwrócenia się przeciwko sobie i rozdziela ich na kilka lat.

Wyraźny jest podział filmu na dwie odmienne, ale uzupełniające się części, których granica przypada właśnie na przełomowe dla bohaterów wydarzenia. Pierwsza połowa to beztroski portret przyjaźni, pełen formalnej dezynwoltury i czerpania radości nie tylko z tego, co dzieje się na ekranie, ale też z kina samego w sobie, zaś druga zauważalnie zwalnia, pochyla się nad poszczególnymi postaciami, pogłębia ich psychologię i wynosi ukazany romans ponad prozę fizycznej fascynacji. W tym trójkącie nie ma zwycięzców i nikt nie może czuć się bezpiecznie. Fatalna siła miłości z godną greckiej tragedii konsekwencją oddziałuje na bohaterów, doprowadzając do rozwiązania akcji, któremu daleko do satysfakcjonującego kompromisu.

Przeczytaj również:  Anielska podróż w świat żywych. Omówienie "Nieba nad Berlinem" Wima Wendersa

Chociaż uczucia nie muszą przecież ograniczać się tylko do damsko-męskich duetów. Daleki jestem od doszukiwania się niuansów świadczących o homoseksualnym charakterze przyjaźni Julesa i Jima, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że film Truffauta ma kilka wspólnych elementów z młodszym o pół wieku Mistrzem Paula Thomasa Andersona i także traktuje o swoistej miłości idei.

Wszak główni bohaterowie to artyści, a łącząca ich więź stoi ponad przyziemnymi uprzedzeniami i konwencjonalnymi przeciwnościami. Jest ona niczym sztuka; nie należy w pełni do naszego świata, żyje na granicy sacrum i profanum i nawet jeżeli nic nie jest w stanie jej zgładzić, w swojej autodestrukcyjnej naturze sama wbija sobie gwóźdź do trumny. Pojawiający się w pewnym momencie motyw palenia książek w innym wydaniu powraca w końcowych minutach, rzucając nowe światło na to jak reżyser postrzega swoich bohaterów. Ale to oczywiście tylko luźne przemyślenia, którym na szczęście sprzyja fakt, że nikt nie narzuca jedynej słusznej ścieżki odbioru filmu…

Na osobny akapit zasługuje także to, co dzieje się poza główną osią fabularną, czyli audiowizualny i aktorski aspekt Julesa i Jima. Cieszy precyzja kadrów i staranność zdjęć i montażu (którego chaotyczność czasem tak bardzo daje się we znaki w tych starych, francuskich filmach…) oraz dopełniająca całość sielankowa ścieżka dźwiękowa, której najjaśniejszym punktem zdecydowanie jest utwór śpiewany przez Jeanne Moreau. Jeanne Moreau, którą najłatwiej przestawić za pomocą słów jednego z jej amantów: “Nie jest wyjątkowo piękna, ani inteligentna, ale jest prawdziwą kobietą”. Złego słowa nie powiem także o towarzyszących jej tytułowych bohaterach, bo wyciszony i stonowany Oskar Werner idealnie dopełnia się z odrobinę bardziej przebojowym Henrim Serre’em. Na dalszym planie wyróżnia się zjawiskowa i emanująca naturalnym wdziękiem Marie Dubois. Aż szkoda, że jej czas na ekranie jest o wiele krótszy niż w przypadku Strzelajcie do pianisty!

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Andriej Rublow” Tarkowskiego

Może jednak warto więc o tym filmie pamiętać, bo tak solidne i wielowarstwowe historie, nawet jeżeli miłosne, na to zasługują. Z cienia zawsze można wyjść, zwłaszcza jeżeli ma się z czym, a zarówno Jules jak i Jim nie mają się czego wstydzić.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.