“Shadow” [Ying] – Szare Miraże [RECENZJA]

Yin i Yang – harmonia czerni i bieli, symbol niezwykle rozpowszechniony i rozpoznawalny. Symbolizuje idealny balans pomiędzy dobrem a złem, rozumem a szaleństwem itd. Itp. W pewien dziwny, pokręcony sposób najnowszy film Yimou Zhanga – twórcy Domu latających sztyletów – również jest dobrze reprezentowany przez ten symbol, bowiem połowa Shadow to koszmarna, przesycona nadęciem intryga polityczna, a druga połówka to wyolbrzymiona do niemalże komediowego absurdu sekwencja niewyobrażalnie zwariowanych potyczek i zdrad. I jak tu taki film ocenić…

Z zasady staram się porównywać filmy znanych reżyserów do ich wcześniejszych dzieł, by doszukać się podobieństw, typowych zabiegów narracyjnych, stylistyki i fachu, które łączą każdą produkcję danego reżysera. W przypadku Zhanga miałem przyjemność zapoznać się z jego wielokrotnie nagrodzonym filmem Zawieście czerwone latarnie (1991) i rozpoznawalnym Domem latających sztyletów (2004) i choć nie jestem znawcą kina azjatyckiego, to byłem w stanie docenić świetnie rozpisaną tragedię miłosną w przypadku Zawieście […] oraz efektowne, pompujące adrenalinę do żył pojedynki z Domu […]. Shadow to bardzo dziwne połączenie głównych elementów z obu filmów, choć bliżej mu do drugiej ze wspomnianych produkcji, głównie za sprawą głównej osi fabularnej bądź tego, co zwykło się tak nazywać.

Shadow

Shadow opisuje historię z prastarych czasów Trzech Królestw Chin – konkretnie konflikt o jedno miasto pomiędzy najbardziej potężnymi klanami. Naszym zbiorowym bohaterem jest jeden z klanów, dowodzony przez rozpuszczonego, kapryśnego króla, który uczuciem darzy wyłącznie swoją siostrę. Za jego plecami, w ukrytym pośród murów zamku lochu za sznurki pociąga Generał, szkolący swego sobowtóra do walki z potężnym klanem wojowników, którzy obecnie kontrolują przeklęte miasto. Przez ponad połowę filmu widz ma wątpliwą przyjemność wysłuchiwania aktorów nakreślających obecną sytuację polityczną i wojskową co do najmniejszych detali, dając jednocześnie do zrozumienia, że gdzieś pomiędzy tymi liniami sztampy kryje się zdrada.

Tu pojawia się problem z fabułą – jest skomplikowana, przegadana i zwyczajnie usypiająca, choć aktorzy starają się zachować jak najlepiej tradycje chińskiego teatru poprzez przemyślaną gestykulację i dynamiczny ton głosu, by podkreślić wagę wypowiadanych słów. Nie ratuje to niestety fabuły, która z resztą traci na znaczeniu poprzez nagromadzenie zwrotów akcji w ostatniej części filmu, czyniąc całą historię jak najbardziej absurdalną, a także… śmieszną.

I tu trafiamy na najważniejszy powód, by pójść do kina – ostatni akt. W momencie rozpoczęcia walki o wspomniane miasto historia nie tyle nabiera pędu, co spada na łeb na szyje ze stromego urwiska, ale w bardzo spektakularnym stylu. Ta część filmu ma wiele wspólnego ze wspomnianym Domem latających sztyletów, dzięki wciąż doskonale zorganizowanej choreografii potyczek z wykorzystaniem spowolnienia akcji i dźwięku. Kamera w wysmakowany sposób podąża za płynnymi ruchami wojowników, oddając potęgę i szybkość walczących, krew leje się często i gęsto, a ludzie zdają się przeżywać zadziwiającą ilość śmiertelnych ran kłutych. Problemem (bądź błogosławieństwem) tej części jest absurd – zarówno ja, jak i publika zgromadzona na sali kinowej wybuchała śmiechem raz za razem, patrząc na niewyobrażalne sytuacje dziejące się na ekranie.

Shadow

Chociaż walka sprawia jak najbardziej pozytywne wrażenie, ciężko się przyzwyczaić do komputerowej biedoty, którą ten film epatuje. Z jednej strony warto docenić sceny w pałacu królewskim, doskonale skomponowane tony i walory czerni i bieli z grą szarości, mającą na celu oddanie efektu tzw. „chienese ink wash”, który jest znanym i docenianym stylem malarskim. Kilka scen treningu we wspomnianym lochu również zachwyca, gdyż wojownicy ścierają się ze sobą na gigantycznym symbolu Yin i Yang wśród lejącego się deszczu. To jednak tyle i aż tyle, bowiem każda scena poza pałacem to prawdziwy koszmar dla oczu – wybitnie sztuczna komputerowa scenografia z kiepskimi teksturami i paskudną brunatną kolorystyką, dodatkową przyciemnioną filtrem. Być może jest to komentarz reżysera do beznadziei i brzydocie walki i przemocy, dla mnie jednak był to powrót do czasów Playstation 2, szczególnie w połączeniu z okropnym komputerowym deszczem, skutecznie wybijającym widza z filmu.

Shadow to Yin i Yang – produkcja zarówno artystyczna, zachwycająca i przejmująca jak i paskudna, nudnawa, odpychająca i miejscami męcząca. Widzom lubującym się w azjatyckim kinie walki zdecydowanie mógłbym ten film polecić, z pewną dozą ostrożności. Reszcie zaś wolałbym ów film wyłącznie zaprezentować jako coś, co ma wiele potencjału na dobrą rozrywkę, szczególnie po przebrnięciu przez otępiający początek, lecz ryzykowną, ze względu na prawdopodobieństwo zaśnięcia zanim cokolwiek ciekawego zacznie się dziać na ekranie. Ostatecznie przyznać muszę, iż śmiałem się szczerze, więc jest w tym filmie coś wartego uwagi, chętni i odważni powinni spróbować poświęcić te dwie godziny życia dla dziwactw pana Zhanga.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.