Advertisement
KomiksKultura

The Black Holes – punk rock, samotność i… czarna dziura [RECENZJA]

Tomasz Małecki
The Black Holes / fot. Non Stop Comics
The Black Holes / fot. Non Stop Comics

Choć tęgie głowy tego świata przykładają wszelkich starań, by pojąć fenomen “czarnych dziur”, to w gruncie rzeczy ich poznanie zdaje się dla nas równie abstrakcyjne, co dla XVIII-wiecznych naukowców, którzy zjawisko to mogli opisywać wyłącznie poprzez pryzmat teorii. Jednak pomimo ich kompleksowości oraz oczywistych trudności w definiowaniu, “czarne dziury” zagrzały sobie cieplutkie miejsce w naszej kulturze, zyskując najczęściej charakterystykę osobliwości, potrafiącej przełamywać granice czasu i przestrzeni, lub – będąc bardziej precyzyjnym – samej osobliwości, w której te granice ulegają zatarciu.

Oryginalnym w tym aspekcie być nie postanowił kataloński ilustrator Borja González, który ekspozycji niniejszego motywu dokonuje już w tytule swej debiutanckiej powieści pełnego wymiaru.”The Black Holes” to bowiem nazwa dziewczyńskiej kapeli punkrockowej, co już w pierwszym skojarzeniu sugeruje pewną naiwność i niewymierność użycia niniejszego pojęcia – i to pomimo faktu, że liryczka zespołu zaczytuje się w pracach Stephena Hawkinga. I faktycznie – jedyne co muzyczki mają wspólnego z astronomią to to, że w mniej lub bardziej nieuświadomiony sposób uczestniczą w niecodziennym załamaniu czasoprzestrzeni.

The Black Holes / fot. Non Stop Comics
The Black Holes / fot. Non Stop Comics

Zabiegiem stylistycznym, który charakteryzuje The Black Holes jest podział narracji powieści na dwie płaszczyzny czasowe. Pierwsza z nich umiejscawia bohaterki w kontekście epoki wiktoriańskiej i lansu mody na romans gotycki, z którego to zresztą González czerpie mnóstwo inspiracji w kreowaniu własnego świata. Zawieszona w papierowym powietrzu nostalgia, tęsknota i protoschopenhauerowska agonia istnienia biją z każdej strony jego zeszytu równie mocno, co z kart powieści Emily Brontë. Element romantyczny, o którym tu mowa, nie ma jednak nic ze swojej pospolitej, spersonifikowanej formy, a funkcjonuje właśnie w indywidualnych i niedopowiedzianych odczuciach, związanych z utratą i pragnieniem emocjonalnej rekonwalescencji. To romantyzm jednostkowy, melancholia i nadwrażliwość nadają ton zarówno pierwszej, jak i drugiej, wydawałoby się zupełnie odmiennej, a faktycznie niemal identycznej linii czasowej.

Przeczytaj również:  "Koniec Świata w Makowicach" [RECENZJA]

Druga płaszczyzna przedstawia bowiem czasy nam współczesne. To właśnie w tym momencie dowiadujemy się, że nasze bohaterki planują umilić sobie czas radosnym, punkowym brzdękaniem na instrumentach. I choć w ostateczności działalność muzyczna zdaje się nie mieć jakiegokolwiek wpływu na wydźwięk powieści, to spina jeszcze jeden ważny motyw historii, jakim jest szeroko rozumiana odmienność. González z nieskrywaną radością afirmuje w zasadzie każdą opisywaną w powieści przesłankę odrębności, posługując się w tym celu często przesadnie naiwną i iście dziecięcą retoryką. Bohaterka “współczesności” odnajduje siebie w coraz to dziwniejszych przebraniach, raz będąc potworem z bagien, a innym razem Kopciuszkiem; w przeszłości poznajemy natomiast postać młodej arystokratki, której łaknąca historii o duchach, wampirach i szkieletach wyobraźnia jest tłumiona przez belferskie wymogi przedwiktoriańskiej poezji logicznej. Co je łączy, to właśnie poczucie nie-przynależności i świadomość wiążącej się z nią samotności, której nie zrozumie nikt poza nimi samymi.

The Black Holes / fot. Non Stop Comics
The Black Holes / fot. Non Stop Comics

Wyżej opisywane stany emocjonalne i afekty osiągane są nie tylko poprzez skromne acz wyjątkowo wymowne wypowiedzi (już na początku otrzymujemy wypowiedź o brzmieniu: Miałem wrażenie, że nie znajduję się tam, gdzie powinienem. Jakby wszystko działo się zbyt szybko, a ja zostałem z tyłu. Albo odwrotnie. Ale teraz to chyba bez znaczenia) postaci, lecz przede wszystkim przez kipiącą od niedookreśleń oprawę graficzną. Softcore’owa groza ilustracji The Black Holes wyraża się tyleż w wybiórczości szczegółów (minimalistyczne projekty postaci przywodzą na myśl oniryczną właściwość “zakładania obecności”, a nie “rozpoznawania” osób), co w sugerowanym barwą oraz zawartością kadrów mroku, będącym jednak na tyle “miękkim”, aby nie popadać w gotycki konwenans. Gdyby poszukać estetycznego powinowactwa tego stylu w innych mediach, to za przykład najlepiej posłużyłaby niezależna platformówka The Missing: J.J. Macfield and the Island of Memories lub film animowany Sekret księgi z Kells. Obie te propozycje odznaczają się pewnym magicznym minimalizmem, sugerującym w obrazowych niedopowiedzeniach istnienie detali, mrocznych atomów, składających się na widoczny dla naszego oka ogół. I tą samą specyfiką określić można styl ilustracji The Black Holes.

Przeczytaj również:  Kryzys Bohaterów - trauma i fanserwis [RECENZJA]

Co jednak stanowi najmocniejszy punkt powieści, czyli spotkanie dwóch linii czasowych w tańcu nieodwzajemnionych przez rzeczywistość emocji, może świadczyć również o jej słabości. Pewna czasowa niekoherentność jest oczywiście niejako wpisana w formułę The Black Holes już choćby z racji samego tytułu, ale jej egzekucja zakrawa momentami o losowość i nieład, przez co całość traci tym samym atut emocjonalnej identyfikacji czytelnika z postaciami. Puenta zeszytu, skądinąd konkretna i niezwykle gorzka, zdaje się wybrzmiewać w abstrakcji od fluidalnej konstrukcji poprzednich stron, sprawiając w najbardziej skrajnych skojarzeniach wrażenie dopisanej na prośbę wydawcy. W przypadku filmów utarło się już twierdzić, że jedną z największych bolączek debiutantów jest umiejętność sprawnego storytellingu. Być może ma to również przełożenie na świat komiksu.

The Black Holes / fot. Non Stop Comics
The Black Holes / fot. Non Stop Comics

Sumarycznie jednak rzecz ujmując González sprostał wyzwaniu, jakie rzucił sobie już w punkcie wyjścia The Black Holes. Projektując wspartą na sile uroku banalności naczelnej metafory powieść, osiągnął właśnie taki efekt – powieść uroczą i sprowadzającą na czytelnika poczucie niespokojnego rozkojarzenia, podobne z kolei do tego, jakiego doświadcza się przez nostalgiczny ogląd fotografii z lat młodzieńczych. Stworzył iluzję uniwersalnego uczestniczenia w “pamiętaniu”, z którą utożsamić się może tak naprawdę każdy. A czy to nie właśnie taka zdolność świadczyła o ponadczasowości prozy stawianej tu za wzór Emily Brontë?

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.