KulturaMuzyka

Muzyka pod groźbą śmierci. Historia zespołu Al-Namrood

Tomasz Małecki
Fot. Al-Namrood / Ten Years of Resistance (2018)

Trupioblade twarze, czarne, podarte ubrania, nieludzkie wrzaski, asłuchalne brzmienia i satanistyczna symbolika. Black metal dał się poznać jako prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjna gałąź muzyki ekstremalnej* i to nie tylko ze względu na podjęcie takich, a nie innych tropów identyfikacyjnych. Za tą muzyką szła najczęściej w parze ideologia, która – jak się zapewne domyślacie – nie ma nic wspólnego z odnajdywaniem wspólnego języka i krzewienia konsensualnych wartości. Choć de facto pierwsze zespoły określane mianem blackmetalowych powstawały w wyniku introwertycznych skłonności poszczególnych jednostek (Hellhammer, Celtic Frost) lub głupich, insiderskich żartów (Venom), to do skrajnej stylistyki już wkrótce zaczynali lgnąć złaknieni pożogi odchyleńcy, którzy w ostateczności nadali ton właściwej scenie czarnego metalu.

Casus Norwegii wczesnych lat 90. i historię Varga Vikernesa zna w tym kontekście chyba każdy. Dla ontologicznego porządku wspomnę tylko, że na początku wspomnianej dekady Norwegię nawiedziła plaga podpaleń i morderstw, za które odpowiadało blackmetalowe podziemie, a konkretnie Black Metal Inner Circle – grupa fanatyków zbierających się wokół jedynego naówczas sklepu z płytami sygnowanymi znakiem jakości samego Lucyfera. Sprawa nabrała rzecz jasna międzynarodowego rozgłosu, a na kanwie radykalnego podejścia pionierów bakcyla czarnego metalu złapali skrajniacy z całego świata. Ci zaczęli jednak z czasem dystansować się od fanatycznej i zbrodniczej historii swoich skandynawskich kolegów, spychając tzw. true kvlt black metal (klasyczna forma black metalu, którą najbardziej twardogłowi miłośnicy brzmienia uznają za jedyną właściwą) na osobny tor biegu historii.

W całym tym “odejściu” i niezależnie od stopnia jego zaawansowania w poszczególnych przypadkach wszyscy zachowali natomiast myśl zasadniczą – black metal musi stanowić całkowicie swobodną i w pełni ekspresywną formę wypowiedzi dla najbardziej zindywidualizowanych postaw życiowych. Brzmi to jak ponury żart w kontekście morderczej przeszłości gatunku, ale dziś black jest obok doom metalu najpopularniejszą odmianą muzyki ekstremalnej, a dzieje się tak m.in. właśnie ze względu na jego stylistyczną i tematyczną chłonność oraz otwartość.

Tym samym black w dużej mierze przestał być zabawą “zbuntowanych nastolatków”, jak o pierwszych blackmetalowcach zwykli mówić ich krytycy, i począł rekrutować swych zaklinaczy spośród muzyków o wszelakich charakterystykach i celach. Trudno nawet oszacować rozpiętość tej anihilacji różnorodnych stylów muzycznych, ale niech za dobitny przykład posłuży fakt, że black metal, będący w istocie podgatunkiem muzyki metalowej, obecnie rozgałęzia się w miliony stron, a niektóre zespoły wykazują się tak daleko idącą oryginalnością, że są zmuszone nadawać swemu brzmieniu osobne nazwy (jak w przypadku polskiej Furii, która określa swój styl mianem nekrofolku, lub izraelskiego Melechesh, legitymującego się łatką metalu mezopotamskiego).

Jednak nie tylko formą stoi niniejsza transformacja tożsamościowa black metalu. Zmieniła się również treść, a prócz bezpośrednich ataków na instytucje religii, społeczeństwa i kolektywne wartości, cenne stały się teksty poruszające problematykę humanistyczną i/lub społeczną. Dla wielu twórców black jest swoistym głosem sumienia, które w odniesieniu do konkretnych okoliczności okazuje się jedynym orężem do walki z instytucjonalnymi ograniczeniami ludzkiej wolności i swobód.

Jednym ze specjalistów w ograniczaniu owych wolności i swobody została w obecnym świecie Arabia Saudyjska. Jak zapewne większość z was wie, państwo to jest monarchią absolutną wspartą o prawo szariatu, co w praktyce oznacza ścisłe poddaństwo jednostki wobec boskich praw wytyczanych przez islam i jego ziemskich reprezentantów w służbie władzy. Aby znowuż to poddaństwo względem władzy egzekwować, na tamtejsze społeczeństwo nałożono szereg obyczajowych i kulturowych obostrzeń. Jednym z nich jest całkowity zakaz odsłuchu muzyki, która nie spełnia warunków muzyki sakralnej. Wyobrażacie sobie zatem, jakim ryzykiem byłaby obłożona próba założenia na terenie Arabii zespołu blackmetalowego, który nie tylko nie respektuje zasad religijnych, ale staje się ich jawnym zaprzeczeniem? Jeśli nie macie pomysłu, to spieszę z odpowiedzią – za apostazję grozi w Arabii kara śmierci.

Oczywiste zdaje się więc przypuszczenie, że region ten nie obfituje w śmiałków gotowych rzucić wyzwanie represyjnemu systemowi. Nieobliczalna okazuje się jednak najszczersza potrzeba wolności, która nawet pod przemożnym wpływem wirusa religijnej opresji jest w stanie wykształcić własne przeciwciała – choćby ich liczba miała się zamknąć w trzech istnieniach.

Tylu członków** liczy bowiem Al-Namrood (arab. Niewierzący) – zespół już od ponad dekady idący pod suchy i drażniący skórę wiatr islamskiej indoktrynacji. Formacja została założona w 2008 roku w Al-Khobar*** z inicjatywy multiinstrumentalisty znanego pod pseudonimem Mephisto, do którego wkrótce dołączyli muzycy o ksywkach Ostron (perkusja) oraz Humbaba (wokal). Ich muzyczną identyfikacją pozostaje black metal w wydaniu bluźnierczym, ale spektrum wykorzystywanych środków nie pozwala zakwalifikować Al-Namrood do reprezentantów stylu klasycznego****. Niezwykle istotną funkcję stylistyczną oraz narracyjną pełnią w ich rękach bowiem natywne instrumenty arabskie – wykorzystując barwę brzmienia oraz oryginalne przeznaczenie rytmiczne przykładowego oud czy qanoon, dokonuje Al-Namrood zespolenia melodyjności muzyki ludowej z drapieżnością buńczucznego blacka, odpowiadając w ostateczności za powstanie arabskiej odmiany folkowego black metalu.

Choć to połączenie może wydawać się nader egzotyczne, to w muzyce metalowej stanowi dość częsty kierunek poszukiwań wielu artystów. Prawdopodobnie najsłynniejszym zespołem wykorzystującym motywy arabskie w swojej twórczości jest amerykański zespół deathmetalowy Nile, którego nazwa wskazuje zresztą, w jakich okresach historii cywilizacji arabskiej gnieżdżą się generalne inspiracje podobnych formacji. Są to zwykle poprzedzające znany nam, monoteistyczny porządek rzeczy światy, gdzie natura jednała się z kulturą na każdej możliwej płaszczyźnie, a każdy jej wyraz (w tym wypadku muzyczny) oddawał istotę tejże kultury w możliwie najpełniejszy sposób.

Muzyka ta nie jest rzecz jasna grzeczną afirmacją przedmonoteistycznych ustrojów społecznych. W tekstach Al-Namrood prym wiodą śmierć i mrok wywoływane wraz z duchami arabskiego antyku. Choć nazwę zespołu dosłownie tłumaczy się jako niewierzący, to jej etymologia sięga znacznie głębiej, do autentycznej postaci autokratycznego władcy Babilonii Nimroda, który zwykł przypisywać sobie cechy boskie. Na tej kanwie Saudyjczycy przeprowadzają zresztą w swojej muzyce przewrotną krytykę społeczności i systemów opartych o autorytety i roszczenia do władzy nad innymi ludźmi. W ujęciu Al-Namrood, które przynajmniej w teorii doświadcza ów roszczeń na własnej skórze, najgroźniejszego zamachu na wolność jednostki dokonuje religia, służąca w ludzkich rękach wyłącznie do przeciwdziałania wolnemu sumieniu.

Prócz przesłania zawartego w dźwiękach wydawanych przez instrumenty oraz ludzki głos, nie mniej ważne jest dla blackmetalowych zespołów jego wizualne przedstawienie. Logo (te słynne “krzaczaste” litery) zostaje więc już na etapie projektu ściśle powiązane z treścią, a ściślej mówiąc, stanowi tej treści swoistą ekspozycję. Al-Namrood nie stanowi od tej reguły wyjątku. Skrzętnie wkomponowane w obślizgły i ociekający białym kleksem napis litera “A” na okręgu wyraźnie sugeruje, jaka jest retoryczna natura formacji i przeciwko komu konstruuje swój przekaz, choć interpretacja symbolu anarchii nie musi w tym przypadku oznaczać konkretnych, ideologicznych afiliacji. Al-Namrood wyciąga z anarchistycznych wartości to, co rezonuje z publikowaną przezeń treścią, a co w głównej mierze dotyczy idei indywidualistycznego buntu wobec ociężałych i arbitralnie narzucanych przez system struktur myślowych.

fot. Al-Namrood

Rzucająca się w oczy anarchistyczna symbolika jest jednak tylko jednym z emblematów identyfikujących zespół z konkretnymi znaczeniami. Gdy przeanalizujemy pozostałą część grafiki, to dostrzeżemy kolejno: zdewastowany gryf gitary (litera “A”), dwie skrzyżowane karabele (pod literami “R” i “O”) oraz diabelskie widły (litera “D”). I o ile pierwszy oraz ostatni znak są dość czytelne, tak obecność karabeli posiada w tym kontekście szczególne znaczenie – nie tylko dlatego, że naturalnie kojarzą się z arabską kulturą zbrojeniową. Choć istnieją spory co do etymologii samego słowa “karabela”, to wielce sugestywne zdaje się wyjaśnienie, jakoby powstało ono w wyniku połączenia wyrazów kara (tur. czarny) oraz bela (arab. przekleństwo), które wspólnie tworzą sformułowanie czarna klątwa. W odniesieniu do muzyki wykonywanej przez Al-Namrood (wykorzystujący arabski folklor i sprzeciwiający się religijnej indoktrynacji czarny metal) takie wykorzystanie zakorzenionego w ludowej świadomości atrybutu z pewnością stanowi kwintesencję ich pomysłowości.

Przeczytaj również:  Titanic: Odrodzenie [FELIETON]

Przedłużenie wizualnej ekspozycji zespołu stanowią wszelkie “okładkowe” inicjatywy, a być może najbardziej dlań reprezentatywna pochodzi z na tę chwilę ostatniego i wiele mówiącego wydawnictwa pt. Ten Years of Resistance (2018). Fragment coveru mogliście już podziwiać, klikając w niniejszy tekst, z czego zaledwie ten wycinek wystarczy, by zrozumieć, w czym tkwi sedno Al-Namrood. Oto trzech “mędrców” dokonujących na swojej ofierze rytualnej imputacji pająka w miejsce uprzednio i bezznieczuleniowo usuniętego mózgu. Dość bezpośrednia wymowa tej metafory, sugerującej pozbawienie jednostki zdolności do samostanowienia przez uwikłanych w struktury władzy starców (tu, dzięki świątynnemu krajobrazowi, posiadających wyraźne konotacje religijne), jest całościowym ujęciem idei przyświecającej sztuce saudyjskich muzyków.

W odniesieniu do powyższych wniosków aspekt działalności zespołu na terytorium nieprzyjaznej Arabii nabiera więc dodatkowego posmaku. Mimo jednak faktu, że jego funkcjonowanie bezpośrednio wiąże się z fizyczną obecnością całego składu w rodzimych stronach, to od samego początku istnienia warunkowany jest powiązaniami z kanadyjską wytwórnią muzyczną Shaytan Productions, dzięki której trio wydało wszystkie swoje nagrania. Wśród nich znajduje się natomiast siedem albumów studyjnych, dwie EPki, dwa splity oraz trzy wideoklipy (!), a plany wydawnicze na rok 2020 uwzględniają premierę nowego longplaya. Jak łatwo wyrachować, Al-Namrood pracuje w niezwykle wysokim tempie, wypuszczając album średnio raz na 20 miesięcy, co ze względu na skrajnie nieprzyjazne warunki środowiskowe, musi budzić najszczerszy podziw z jednej, a pytania natury wątpiącej z drugiej strony.

Jakim bowiem cudem udaje się zespołowi utrzymywać takie tempo prac, mając z tyłu głowy świadomość, że nawet najmniej precyzyjny donos może poskutkować wizytą policji obyczajowej? Skąd biorą wcale nie tani sprzęt muzyczny i nagraniowy oraz gdzie przeprowadzają próby i/lub same sesje nagraniowe? Jak komunikują się między sobą i w jaki sposób udaje im się zachować anonimowość, porozumiewając się ze światem za pośrednictwem mediów społecznościowych? Jak wyglądają ich kontakty z kanadyjską wytwórnią i jakim cudem, podpisując z nią kontrakt, zdołali zachować swe twarze w mroku?

Wątpliwości jest jeszcze więcej, ale te postaramy się wywołać i roztrząsnąć w trakcie wywodu. Zacznijmy od faktów. Jedynym źródłem informacji na temat Al-Namrood pozostają dwa lub trzy wywiady udzielone przez Mephisto amerykańskiej prasie internetowej. Wypowiedzi muzyka w każdym z nich są zaś niezwykle wycyzelowane, co z jednej strony wydaje się oczywiście zrozumiałe, zważywszy na fakt, że każdy detal może naprowadzić służby na ich trop, ale z drugiej strony pozwala twórcy stworzyć taki wizerunek zespołu, jaki obecnie znajduje się w jego interesie. Mając na uwadze bezprecedensową sytuację zespołu, cały ten anturaż śmiercionośnej apostazji, trudów tworzenia i orientalnych tematów stanowi naprawdę skuteczną strategię marketingową, której efekty zresztą podziwiacie w niniejszym tekście. Taki wniosek jest o tyle uprawniony, że black metal to muzyka, którą od zawsze otaczała aura mityczności. Wielu nieprawdziwym i podkoloryzowanym historiom przysłuchiwał się świat, kiedy Euronymous z Mayhem konsolidował wokół siebie środowisko młodocianej, blackmetalowej sekty w Norwegii. Co więcej, większość z nich obowiązuje jako prawda po dziś dzień, jako że brakuje dowodów potwierdzających stan odwrotny. Co zatem mogłoby stanąć na drodze Mephisto do wypielęgnowania własnego mitu?

W kontekście publicznych wypowiedzi interesujące wydaje się jeszcze to, dlaczego do głosu dopuszczony zostaje wyłącznie Mephisto. To on rzecz jasna jest założycielem i liderem zespołu, co w tych okolicznościach uprawnia go do bycia głosem całej trójki, ale poza jego faktycznie udowodnioną personą pozostali członkowie Al-Namrood w praktyce nie istnieją. Tylko Mephisto posiada wszak jakąkolwiek przeszłość – w 2007 roku założył krótkotrwały, solowy projekt blackmetalowy. Analizując to podejście, wcale niewykluczone, że Al-Namrood jest w istocie one-man-bandem, zespołem jednej osoby, której dodatkowe tożsamości mają zapewnić większą anonimowość.

Co natomiast dotyczy anonimowości, to ta zdaje się bardziej skomplikowanym zjawiskiem z pogranicza konieczności i konwencji. Black metal zwykł bowiem korzystać z figury anonimowości w celach stylistycznych (Mgła), ideologicznych (francuski front Les Légions Noires) lub najzwyczajniej w świecie marketingowych (Batushka), stąd powzięcie przez Al-Namrood tej taktyki nie musi być jednoznacznie związane z próbą ochrony własnego wizerunku. Anonimowość to druga twarz tajemniczości, która z kolei wspaniale rezonuje z mrokiem, będącym tożsamościowym paliwem black metalu.

Aby jeszcze bardziej skomplikować sytuację, można także założyć, że w istocie członków zespołu jest trzech, ale oszczędne wykorzystywanie dwójki z nich ma być niedookreśloną sugestią solizacji zespołu. Przypuszczenie to zaprawdę roznieca wyobraźnię, ale raczej nie ma wiele wspólnego z prawdą. Na przekór faktom działa głównie ewolucja wokalna, jaka zaszła na przestrzeni kilku kolejnych wydawnictw. Pomimo trudnej do zidentyfikowania natury wokalizy na początkowych albumach, gdzie otrzymujemy klasyczne, blackmetalowe wrzaski, przydana barwa głosu wokalisty jest zupełnie inna niż ta prezentowana na późniejszych krążkach. To sugerowałoby zatem obecność przynajmniej dwóch osób zaangażowanych w projekt Al-Namrood.

Co się zaś tyczy liczby osób zaangażowanych do tego projektu, to równie ciekawa jest kwestia wytwórni Shaytan. Firma została założona w 2007 roku, czyli w tym samym roku co solowy projekt Mephista i rok przed powstaniem Al-Namrood. Jej specjalnością są natomiast blackmetalowe formacje z Bliskiego Wschodu. Koincydencja czasowa i tematyczna wydaje się więc aż nadto wymowna, a intuicja każe wręcz sądzić, że za zespołem i jego wydawcą stoi jedna i ta sama osoba. To rozwiązywałoby problem kontaktów z wytwórnią, ale nie wyjaśniałoby, dlaczego firma zarejestrowana jest na adres kanadyjski. Istnieje oczywiście możliwość, że dokonano tu pewnego prawnego i administracyjnego nadużycia, wykorzystując powstałe w jego wyniku luki, umożliwiające założenie i utrzymywanie firmy zdalnie i/lub za pośrednictwem obcego kapitału. Ale do tych informacji dostępu już nie mamy.

Może też być tak, że zespół… wcale nie urzęduje w Arabii. Wszystkie wyżej poruszone kwestie, dotyczące tempa tworzenia, jakości produkcji, PR i bezproblemowych relacji między członkami oraz między członkami i wytwórnią, stwarzają pozór, iż prace przebiegają bez choćby najmniejszych zakłóceń, w co naprawdę ciężko dać wiarę. Zastanówmy się jeszcze przez chwilę nad dostępnością sprzętu, bo choć ten do wykonywania black metalu nie musi pochodzić z najlepszych źródeł, to musi po prostu być. Mephisto sam przyznaje, że w rodzimej Arabii nie ma szans otrzymania odpowiednich narzędzi, stąd wszystkie elementy własnego warsztatu (w tym również muzycznych inspiracji) pochodzą z przemytu – najczęściej z sąsiadujących państw. Przemyt w częściach jeszcze brzmi prawdopodobnie, ale przestrzeń nagraniowa, która już nie podlega takowemu wymiarowaniu, tym bardziej biorąc pod uwagę ilość niezbędnych sesji, zdaje się wręcz niemożliwa do osiągnięcia w deklarowanych warunkach.

Warto również zastanowić się, do kogo realnie jest kierowany przekaz Al-Namrood, bo ten – nawet w przypadku udowodnienia zespołowi zarzutu „pozerstwa” – świadczy o żyzności wykonywanego materiału. W domyśle i w zamyśle samych twórców głównym adresatem muzyki zespołu jest oczywiście społeczność arabska, w której odsłuch black metalu i wywrotowo nacechowanych treści ma dokonywać indywidualistycznego przewrotu kopernikańskiego, jednak kanały dystrybucji oraz przynajmniej początkowa, uniwersalistyczna tożsamość blackmetalowa sprzyjały raczej odbiorcy globalnemu, który od teraz może chwalić się znajomością tej „egzotycznej formacji z arabskimi melodiami”.

Przeczytaj również:  Kulig: W Polsce WRESZCIE potrafimy robić slashery [FELIETON]

Optyka sprawy zmienia się nieznacznie, gdy w toku muzycznego rozwoju klasyczne blackmetalowe wokale ustąpiły miejsca bardziej czytelnym punkowym krzykom oraz zdecydowanie większej ilości wykonywanego tekstu. Przekaz zespołu stał się więc przejrzysty dla osób posługujących się językiem arabskim, a sam tekst mógł być odczytywany w abstrakcji od muzyki. Nie zmienia to jednak przypuszczenia, że i w tym wypadku beneficjentem przemian mógł być odbiorca „zachodni” –  duża ilość słów, szybki sposób ich wypowiadania oraz klasycznie arabskie metody dykcji sprawiły, że również wokal przybrał w Al-Namrood cechę folkowej maniery, która tak skutecznie podbiła stopień ich atrakcyjności.

A że ten jest rzeczywiście wysoki, świadczy zainteresowanie społeczności, z jednej strony wynikające z natury rzeczy, ale z drugiej ewidentnie stymulowane polityką wydawniczą. Na żywą aktywność Al-Namrood natkniemy się wszak na portalach Facebook oraz MySpace, a merchandise będziemy w stanie nabyć m.in. w sklepie iTunes. Należy zdać sobie przy tym jednak sprawę, że rzeczywistość, w której przychodzi funkcjonować nawet najbardziej alternatywnym i podziemnym formacjom muzycznym, jest nierozłącznie związana z branżowym obiegiem pieniądza, stąd w sytuacjach tak nieprzystępnych, jak ta będąca udziałem Al-Namrood, którego zakorzenienie w publicznej świadomości przynajmniej w teorii zależy wyłącznie od osiągniętego rozgłosu, kompromis stanowi prawdopodobnie jedyną formę samozachowania. Już w samym tego fakcie można by doszukiwać się „nieautentyczności” zespołu, wykonującego muzykę, za której idée fixe uchodzi wierność nierynkowym rozwiązaniom artystycznym. Pytanie brzmi jednak: na ile cokolwiek, co robimy i cokolwiek, o czym myślimy, nie jest jeszcze związane z obecnym w rynkowych punktach odniesienia oglądem sprawy?

Weryfikacja statusu Al-Namrood nie stanowi zatem prostego rachunku argumentów za i przeciw. Ilość niesprawdzonych danych, poszlak, sygnałów i domysłów jest zdecydowanie zbyt okazała, by móc w sprawie Saudyjczyków wystawić jednoznaczną diagnozę. Pewne pozostaje jedynie to, że muzykom udało się narobić niemałego szumu w skromnym, ale niezwykle silnym światku ekstremy, która coraz częściej upomina się o napływ świeżej krwi. A tę krew Al-Namrood dostarcza w uprzednio upuszczonych religijnym tyranom hektolitrach.

Adnotacja: Już po “zamknięciu” niniejszego tekstu, udało mi się wejść w posiadanie nieoficjalnych informacji, jakoby na Al-Namrood została ostatecznie nałożona kara banicji, która zmusiła zespół do przeniesienia swej “rezydencji” na terytorium Niemiec. Uznając tę wieść za tożsamą prawdzie, możemy więc zweryfikować przynajmniej dwa z wyżej opisanych mitów. Po pierwsze Al-Namrood rzeczywiście jest “zespołem”, który czyni wszelkie starania, by pozostać niewykrytym, a idea jego muzyki faktycznie zasadza się na oddolnej walce z ograniczaniem swobód i wolności. Po drugie wymiar sprawiedliwości Arabii Saudyjskiej, którego naczelnym celem jest podtrzymywanie obyczajowej przejrzystości społeczeństwa, albo musiał uznać działalność grupy za całkowicie marginalną, uchylając się od zastosowania przewidywanej kary śmierci, albo wcale nie działa ze skutecznością i przywiązaniem, jakie mu się przypisuje. Istnieje również szansa, że sprawa “wygnania” została sfingowana przez samych twórców, którzy sposobność opuszczenia Arabii uzyskali w sposób legalny, a motyw banicji wykorzystali w celu podtrzymania własnego mitu założycielskiego. Jak więc widać, nic dzięki tej informacji nie stało się jasne…


*zjawisko blackmetalowej ekstremy nigdy nie zostało należycie przebadane, a co więcej, nie widać perspektywy zmian w podejściu nauki do tego aspektu. Sam będąc jeszcze studentem politologii zaliczyłem dwie próby „przepchnięcia” niniejszego tematu, a konkretnie: ekstremizmu politycznego zespołów NSBM (narodowosocjalistyczny black metal), w pracach semestralnych oraz dyplomowych, ale w obu przypadkach zostałem odesłany z przysłowiowym kwitkiem (w pierwszym otarłem się wręcz o niezaliczenie przedmiotu).

**według oficjalnych danych

***to wciąż „tylko” oficjalne dane

****poruszenie kwestii stricte historyczno-muzycznych w tekście mogłoby zachwiać jego równowagą, ale mimo to ich zrozumienie jest konieczne, aby lepiej pojąć muzyczną tożsamość Al-Namrood. Historię black metalu zwykło dzielić się na trzy okresy lub tzw. fale. I fala to pionierzy działający na początku lat 80., którzy w dużej mierze nie reprezentowali żadnej wspólnej ideologii ani nawet stylistyki – były to niepowiązane żadną siecią zależności prowincjonalne zespoły, nastawione na dobrą zabawę w rytmie ekstremalnej muzyki. Jedynym co wówczas odróżniało black od popularnych wtedy thrash lub death metalu była tematyka utworów – antychrześcijańska i eksponująca motyw diabła. II falę określa się już mianem black metalu właściwego, związanego z norweską sceną ekstremy początku lat 90. To w tym momencie pojawiają się zespoły pokroju Mayhem, Burzum, czy Darkthrone, które utworzyły jednolity front antychrześcijańskiej i mizantropijnej muzyki dla najwytrwalszych słuchaczy. Ich brzmienie opierało się na szybkich, często przesterowanych partiach gitarowych i perkusyjnych oraz programowo słabej jakości produkcję – legendarna jest już przypowieść o Vargu Vikernesie, tworzącego pod nazwą Burzum, który nagrał cały album na mikrofonie dołączonym do słuchawek. II fala, choć bez wątpienia najbardziej wpływowa i znacząca, dość szybko utraciła swój impet i już u schyłku lat 90. można było wyczuć zmęczenie odbiorców i samych twórców daleko posuniętą jednorodnością. Kolejne lata oznaczały więc klęskę nieurodzaju, okraszoną pojawieniem się znikomej ilości nowych zespołów, parających się blackmetalowym brzmieniem. Pierwsze symptomy zmiany dały o sobie znać w okolicach roku 2005, kiedy to do głosu doszło nowe pokolenie muzyków, mających do zakomunikowania światu zupełnie inne treści niż te wydobywające się z ust ich starszych kolegów. Zjawisko III fali nie ma jednak wyraźnego punktu zaczepienia – to ogólne i trwające do dziś tendencje rewizjonistyczne i postmodernistyczne, które podobnie jak I fala nie są zogniskowane wokół jednej sceny muzycznej. To w tym momencie na znaczeniu nabierają sceny prowincjonalne, w tym m.in. Polska, która w ostatnich latach może pochwalić się szczególnie mocną blackmetalową obsadą (Mgła, Kriegsmaschine, Furia, MasseMord, Graveland i wiele, wiele innych). Black metal zaczął też docierać do państw „orientu”, gdzie do tej pory nikt nie myślał nawet o wykonywaniu muzyki metalowej. Al-Namrood jest tego fenomenu szczególnie reprezentatywnym przykładem. Powstały w 2008 roku na przestrzeni dwóch-trzech początkowych albumów wykonywał muzykę głęboko zakorzenioną w zunifikowanych standardach black metalu II fali (której stylistykę tu określam roboczo mianem „klasycznej”), szczególnie w dokonaniach takich zespołów jak Dark Funeral czy Marduk, po czym stopniowo zaczął zbliżać się do bardziej punkowych odmian tego brzmienia, co znowuż charakteryzowało black metal I fali. W tle zdają się tu pobrzmiewać echa eleganckiego blackened doom metalu spod znaku Celtic Frost i buńczuczna maniera wokalna Thomasa G. Fischera. Z biegiem czasu Mephisto i koledzy spuścili również instrumenty z gazu, stawiając na o wiele prostsze kompozycje, niemal w pełni oczyszczone z blackowej chropowatości wokale i wysokiej jakości produkcję. Dziś brzmią więc jak zespół na poziomie co najmniej europejskim, co w odniesieniu do zawiłości ich sytuacji materialnej może budzić różne skojarzenia.


ŹRÓDŁA:

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.