Advertisement
Recenzje

“Mała zagłada” – Recenzja

Tomasz Małecki

"Mała zagłada" (fot. Animoon)

Czy każdy film może pretendować do miana eseju? Odpowiedź na to zdawałoby się banalne i niepotrzebne pytanie, nagle nabiera na znaczeniu, gdy wejdziemy w kontakt z takim tworem jak Mała zagłada. Okazuje się bowiem, że cechy, które z chęcią przypisujemy sporej większości filmów i które jednocześnie stanowią wyznaczniki klasycznie pojmowanego eseju, przyjmują tu formę tak mocno spoufaloną ze swoim literackim rodowodem, iż nie sposób w dalszym ciągu podtrzymywać płynną granicę definiowania niniejszego pojęcia. To, co jest wszakże właściwością tej formy wypowiedzi, czyli jej quasinaukowy charakter oraz pewien rodzaj autotelicznego krytycyzmu, zostało przez reżyserkę Natalię Koryncką-Gruz potraktowane nie jako środek do celu, nie jako worek z puzzlami, z którego elementy można wyjmować i układać wedle własnej woli, lecz jako cel sam w sobie, nie liczący się z zasadami kinoetykiety i spójności strukturalnej. Bezpardonowość i osobistość wywodu – to właśnie konstytuuje oblicze Małej zagłady.

Nic w tym jednak zdrożnego. A nawet powiem więcej – dzięki tej indywidualizacji i emocjonalności, z jaką twórcy podjęli się adaptacji motywów książki Anny Janko pod tym samym tytułem, ten animizowany dokument potrafi dotrzeć do sedna problemu bez uciekania się do wszukanych fraz i intelektualnych prowokacji. Czym natomiast jest ów problem? Wojna, nazistowska pacyfikacja wsi Sochy na Zamojszczyźnie oraz sytuacja dziecka, znajdującego się w centrum tego piekła na ziemi. Mylą się jednak ci, którzy w tym dość wyeksploatowanym polu tematycznym doszukują się prostego tandeciarstwa poczynionego przez twórców. Opowieść snuta słowami i postacią samej autorki już na starcie bowiem narzuca nam impresyjną, wrażeniową narrację, działającą wpierw na wyobraźnię widza, a dopiero potem na jego zmysły poznawcze. Podchodząc do seansu Małej zagłady nie starajcie się zatem uogólniać wywodu, nie próbujcie doszukiwać się większego sensu, celu, w kierunku którego zmierzałaby ów wykładnia. To przede wszystkim kino osobiste, jednostkowe, dotykające istoty problemu nie tylko bliskiego sercu autorki, ale również każdego człowieka, bo w każdym z nas – cytując Annę Janko – “znajduje się ten strach, którego wyssaliśmy wraz z mlekiem matki”.

"Mała zagłada" (fot. Animoon)

I ta impresyjność narracji rzeczywiście się sprawdza – sam przyłapałem się na tym, że podczas jednej czy dwóch z kilku animowanych wstawek wyczułem jakąś podskórną traumę, pochodzącą nie z mojego doświadczenia, ale z doświadczenia wspólnego całej ludzkości. W tym więc aspekcie Małej zagładzie naprawdę można pogratulować skutecznego wpływu na emocje widza, gdyż niezależnie od tego, jak bardzo nielogiczne byłoby ułożenie niektórych kadrów, scen i sekwencji w filmie, to działają one stymulująco i pobudzająco, odsuwając na bok nasz trzeźwy osąd sytuacji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy następuje stopniowe odchodzenie od tej luźno spiętej narracji na rzecz formułowania jakiejś puenty i wielkiego konceptu, służącego pokrzepieniu naszej moralności. Szczególnie w końcowych partiach filmu można odczuć pewne zażenowanie związane z usilną i zupełnie abstrakcyjną z punktu widzenia tej narracji próbą sprowadzenia wątku okrucieństwa wojny do proekologicznego przesłania troski o naturę. Z tym też wiąże się zastrzeżenie, iż przyjęcie całkowicie otwartej struktury, która tak świetnie współgra z wrażeniowością pierwszej części Małej zagłady, kompletnie zawodzi, gdy przychodzi jej zmierzyć się z konkretną, zwartą i zamkniętą w swej istocie refleksją końcową. Wówczas z perspektywy odbiorcy występuje wszak najzwyklejszy w świecie efekt dysonansu, spowodowanego nagłą i nieprzemyślaną zmianą konwencji, co w ostateczności prowadzi do nieczytelności i na wskroś anarchistycznego eklektyzmu całości.

Fakt ten jest o tyle zabawny, że – tak jak wspomniałem we wstępie – Mała zagłada trzyma się literackiego rodowodu formy eseistycznej tak, jak gdyby jego utrata miała stanowić o jej rychłej zagładzie. Jest więc ona w dziele Korynckiej-Gruz skrajnie ortodoksyjna i zawiera się w przekonaniu o dziejowej słuszności niewybiórczej argumentacji, lecz z racji jej postępującego eklektyzmu, treść okazuje się nie do końca pasować do naczynia, w którym ją przyjmujemy. Nie można zatem w tym przypadku przywołać nawet nadużywanego ostatnimi czasy powiedzenia “przerost formy nad treścią”, gdyż ta forma w ostateczności nie pasuje tu do treści. Pod względem strukturalnym bliżej Małej zagładzie do czegoś w rodzaju pełnometrażowego video artu aniżeli pełnoprawnego filmu, z tym że wówczas, w sytuacji, w której uznalibyśmy ją za wyraz artystycznej ekspresji przy użyciu kamery filmowej, można by poddać w wątpliwość jej artystyczne walory. Tak źle i tak niedobrze.

"Mała zagłada" (fot. Archiwum autorki / Wydawnictwo Literackie)

Werdykt w sprawie Małej zagłady zapadł. Jeśli uznamy ocenę dwie i pół Filmawki na pięć Filmawek (innymi słowy po prostu ocena 5/10) za ocenę wyjściową, to właśnie z takim też wynikiem film Korynckiej-Gruz kończy swój występ. Z początku szło mu nieźle, potrafił zdobyć widza swym emocjonalnym podejściem do sprawy, lecz z biegiem czasu niweczył własne osiągnięcia, aż w ostateczności wyszedł na zero. A raczej na dwie i pół Filmawki, bo tyle oznacza w tym przypadku zero.


Mała zagłada zostanie pokazana dwukrotnie na 58th Krakow Film Festival– 27 i 30 maja. Tegoroczna edycja Krakow Film Festival potrwa do 3 czerwca.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.