“Król” – Recenzja Filmawkowego zwycięzcy Ars Independent 2018

Król to monstrum, Frankenstein poskładany z poszarpanych kawałków skrupulatnie gromadzonego i segregowanego materiału. Niektóre z nich leżakowały głęboko pod ziemią, inne filmowałem na okrągło z pomocą różnych formatów. Jedna warstwa obrazu i dźwięku nakłada się tu na kolejną, podobnie zresztą jak nawarstwiają się wyszczególnione powłoki narracji.*

Taśma 35mm, 16mm, Super-8 film – na każdej z osobna fragment Króla, wszystkie razem pogrzebane żywcem w przydomowym zagajniku. W powyższych słowach Nilesa Atallaha nie ma ani jednej hiperboli czy metafory. Drugi pełny metraż chilijskiego eksperymentatora to bowiem dzieło Matki Ziemi w dosłownym tego stwierdzenia znaczeniu – jego językiem jest dyktowany odpornością kliszy na wilgoć i ciśnienie montaż, jego formą naturalne przebarwienia, zakłócenia i zanieczyszczenia. Próżny jednak trud doszukiwania się w tym bezkrytycznym zawierzeniu mocom twórczym natury amatorskich błędów poczynionych przez reżysera. Iście abstrakcjonistyczna efektowność nie neguje wciąż tu obecnej merytorycznej efektywności, a formalna błyskotliwość jedynie pociąga za sobą szereg niebanalnej eksploracji niedopowiedzianego oraz natury władzy jako takiej.

Zobacz również: „Pierwszy człowiek” – Recenzja
Fot. kadr z filmu Król
Fot. kadr z filmu Król

Orélie-Antoine de Tounens to postać, której sprawa jest konsekwentnie pomijana przez historyków na całym świecie. W połowie XIX wieku ten francuski prawnik wybrał się w podróż do Chile, gdzie po kilku latach nauki języka hiszpańskiego oraz zawierania lokalnych znajomości postanowił założyć własne, niepodległe państwo. Pomimo absurdu, jaki wiązał się ze wdrożeniem niniejszego planu w życie, oraz trudności, jakich nastręczało zjednoczenie indiańskich plemion zamieszkujących upatrzone ziemie, udało mu się ustanowić monarchię konstytucyjną Araukanii. Początkowo ignorowany przez chilijskie i argentyńskie władze, w końcu zdołał jednak zyskać ich uwagę, doprowadzając do niedorzecznego konfliktu zbrojnego i stając się persona non grata na całej szerokości i długości And.

To, co w Królu interesujące, a na co uwagę w wywiadach zwraca nawet sam reżyser, to fakt, że oś fabularna nie oscyluje wokół spraw udokumentowanych, sprawdzonych i mających miejsce w rzeczywistości. Atallaha fascynuje bowiem to, co niedopowiedziane – zarówno w sferze realności, jak i subiektywnej nadrealności, psychologii bohatera. Jego historię poznajemy więc niejako z dwóch równolegle roztaczanych perspektyw, gdzie jedna (ta faktograficzna) musi odpowiadać na wyzwania stawiane jej przez synkretyzm drugiej. Stąd też w Królu obserwujemy niecodzienną mieszankę konwencji, które wzajemnie się przenikają, stanowią dla siebie kontrapunkty, a jednocześnie uzupełniają prawdę historyczną o subiektywizm poznawczy. Od dramatu sądowego niedaleko tu do czystego surrealizmu, a estetyka kina drogi nie stroni od wstawek animowanych oraz techniki zdjęć nakładanych.

Zobacz również: „Users” – Recenzja oraz krótki komentarz na temat kondycji współczesnych młodych twórców

W tym stylistycznym chaosie dostrzegalna jest jednak metoda. Choć Atallah stroni od klasycznych reguł narracji i struktury dzieła filmowego, to doskonale mierzy akcenty na zamiary, konwencje na potrzeby i wychodzi obronną ręką z możliwie każdej pułapki, jaką zastawia na niego eksperymentalny charakter całości. W efekcie i pomimo względnej różnorodności poszczególnych elementów Król uchodzi za abstrakcyjną kronikę awanturniczego życia de Tounensa, gdzie to przegląd konkretnych wydarzeń konstytuuje formę, a nie odwrotnie. Nieodczuwalny jest tu zatem pierwiastek improwizacji (nawet tej programowej) i całkowitego artystycznego wyzwolenia, które utożsamiałyby dzieło z impresją, a które po zapoznaniu się z okołoprodukcyjnymi uwarunkowaniami mogło sugerować, iż klasyczny przerost formy nad treścią “zatryumfuje” i w tym przypadku.

Fot. kadr z filmu Król
Fot. kadr z filmu Król

Nie byłoby jednak właściwym pozostawienie zagadnienia formy na absolutnym marginesie. Szczególnie dlatego, że otrzymany efekt dalece od biega od tego, co zobaczyć możemy nie tylko we współczesnej, zliberalizowanej pod względem estetyki kinematografii, ale i sztuce wizualnej w ogóle. Analogowo uzyskane fragmenty filmu, które Atallah poddał “ziemistej” obróbce i potraktował wielokrotnym formatem, skutkują zaistnieniem czegoś w rodzaju formalnej restytucji języka i piękna kina niemego – wiele ze scen sprawia wrażenie żywcem wyjętych z dzieł D.W. Griffitha i to właśnie dzięki zachowaniu surowości, bezpośredniości, ale także naturalizmu i autentyczności estetyki kinematografii bezdźwięcznej.

Tego typu zabiegi nie stanowią rzecz jasna dominanty w pofragmentowanej układance reżysera, ale zarówno w kontekście całości jak i jednostkowego przypadku stanowią o pewnej ponadczasowej wartości, utożsamianej z romantyczną wolnością i suwerennością filmowego obrazu. Piękno kina tkwi bowiem właśnie w nim, w roztaczanej przez niego fikcji i nieadekwatności względem rzeczywistości – Atallah na nowo odkrył więc prawdę, której oryginalność zawdzięczamy klasykom kina niemego.

Zobacz również: „Chef Flynn – najmłodszy kucharz świata” – Recenzja

Niemniej jednak Król nie zważa na problematyczność swej dysnarracyjności i wciąż poczuwa się do odpowiedzialności za historię, która stanowiła dla niego punkt wyjścia. Ta natomiast, zgodnie z założeniem twórcy, prawdę traktuje w kategoriach niezbędnego minimum, w swym centrum stawiając wyobrażenie na temat tego, co mogło się zdarzyć, a czego nie dokumentują żadne sprawdzone źródła. Z tego też powodu Atallah nie traktuje spotkania de Tounensa z Indianami, jego koronacji czy samego konfliktu między władzami chilijskimi a bojownikami Araukanii zbyt dosłownie, pozwalając w pełni wybrzmieć historii alternatywnej, znajdującej swe ujście w abstrakcyjnej formie filmu.

Co jednak najciekawsze, to fakt, iż poprzez otwarcie swego wywodu na wszelkiego rodzaju fantazje, na przykładzie głównego bohatera opracowuje on własną teorię władzy, która koncentruje się na jej wewnętrznej homogeniczności przy jednoczesnym zachowaniu zewnętrznej zmienności. Tożsamość władzy w ujęciu Króla jest bowiem niezmienna, ale w zależności od charakteru władcy może przyjmować różne oblicza. De Tounens raz jest litościwym, sprawiedliwym i zatroskanym o los swych poddanych monarchą, po czym momentalnie zakłada maskę żądnego krwi tyrana, wysyłającego farmerów naprzeciw zorganizowanego wojska. Wynikający stąd kontrast, który w każdym innym wypadku uchodziłby za narracyjne niedbalstwo, sugeruje, że bycie u władzy oznacza zatem zawsze możliwość wywierania wpływu, ale tylko czasami dotyczy konkretnych środków jej sprawowania. Rozumowanie Atallaha, choć może niepozbawione uproszczeń i wtórności, doskonale uzupełnia więc treść filmu, nadając jej metaznaczenia tam, gdzie fakt historyczny bądź zwyczajna fantazja reżysera przeciwstawione czystej abstrakcji musiałyby ulec z racji braku artystycznych i merytorycznych argumentów.

Zobacz również: 
Fot. kadr z filmu Król
Fot. kadr z filmu Król

Tym, co świadczy o wielkości Króla, jest więc jego jakościowe dopasowanie do możliwie każdej konwencji, w której postanowimy odczytać jego zawartość. Formalnie mamy do czynienia z dziełem niepowtarzalnym, tak samo współczesnym jak utrzymanym w nostalgicznym pragnieniu kontemplacji jednego, niezmiennego piękna filmowego obrazu, oraz narracyjnie spełnionym i skrzętnie zaplanowanym, co przy eksperymentalnej tożsamości musi budzić podziw nawet największych zwolenników “kina mówionego”. Tego typu doświadczenie, czyli doświadczenie zupełności dzieła filmowego, uchodzi zatem za wartość, której nie sposób przecenić niezależnie od roli, jaką upatrujemy dla kina w naszej rzeczywistości. Totalność jest wszystkim, przemawia językiem doskonałości. A Król jest jednym z wypowiadanych przezeń słów.


4.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.