“American Valhalla” – Iggy Pop, Joshua Homme i Post Pop Depression – recenzja

W mitologii greckiej “gigant” uchodził za istotę niepożądaną, powołaną do bycia za sprawą pomyłki i ukonstytuowaną jako wyłom w nieskazitelnej harmonii systemu. Przemocą upuszczona krew wszechboga Uranosa, której giganci zawdzięczają dar swojej potęgi i przekleństwo alternatywnej egzystencji zarazem, uchodzi wtem za symbol pierwotnego nieposłuszeństwa, naznaczający owoce półbożego stworzenia piętnem wiecznej tułaczki po peryferiach i poszukiwań własnej tożsamości w miejscach, gdzie nie dociera idealistyczna boża inżynieria. Giganci nie byli więc buntownikami z wyboru i nie szukali zwady z boskim ideałem, lecz w ich nautrze tkwi już pierwiastek niedostosowania do Bożego planu, co stawia ich przed iście Syzyfowym problemem – mogą i potrafią nadawać swemu istnieniu tymczasowy sens, ale w dłuższej perspektywie nie przewidziano dla nich miejsca na szczycie góry i z tego powodu skazani są na nieuleczalną i niewyczerpywalną depresję.

Zobacz również: „Searching” – Guilty pleasure roku? – Recenzja

Nie bez przyczyny rozpocząłem niniejszy tekst od “mitycznego” wstępu. Wszystkie powyżej zastosowane pojęcia, odnoszące się do faktycznej mitologii, mają bowiem niebanalne znaczenie w kontekście bohaterów filmu American Valhalla. W jednym miejscu i w tym samym czasie los splótł żywota dwóch współczesnych gigantów, którzy mimo iż podzielają wspólne troski, znajdują się na różnych etapach dochodzenia ich istoty. Istoty, którą próbowali uchwycić wspólnymi siłami i wyrazić za pośrednictwem medium uchodzącego za matkę wszystkich sztuk – muzykę.

Z jednej strony Joshua Homme, charyzmatyczny frontman postrockowych kapel z Queens of the Stone Age na czele, okupujący aktualnie szczyty sławy, o której marzy każdy dzieciak łapiący za gryf gitary w garażu swego rodzinnego domostwa. Z drugiej Iggy Pop, żywa legenda i życiowy punk, któremu do spółki z Davidem Bowie zawdzięczamy określenie tożsamości wszelkich alternatywnych ruchów muzycznych o zacięciu artystycznym. Z trzeciej natomiast… Post Pop Depression, owoc ich wspólnego wysiłku, album zasypujący istniejącą między nimi różnicę pokoleniową i koncentrujący doświadczenie “gigantyzmu” w ponad 40-minutowy set gitarowych riffów, wokalnych dubli i niespożytkowanej energii scenicznej.

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – „Wesele” Smarzowskiego

Znaczenie wydarzenia, jakim było zawiązanie współpracy przez muzyków, konfrontacja ich nietuzinkowych światopoglądów oraz artystycznych doświadczeń, stało się zaś przyczynkiem do zajrzenia za kulisy pracy i de facto życia naszych bohaterów. American Valhalli, której reżyserem był sam Homme, daleko jednak do kartograficznego przeglądu dat czy kronikarskiej precyzji w ujmowaniu następujących po sobie aktów twórczych – to przede wszystkim film eseistyczny, w którym muzyka nie przygrywa ku uciesze melomanów, lecz stanowi uzupełnienie i niematerialną ilustrację myśli, pod którą widnieje rozkraczony podpis Homme&Pop.

Wobec tego faktu proces twórczy związany z produkcją albumu Post Pop Depression, który mógłby uchodzić za główny przedmiot filmu, zostaje ustanowiony niejako a priori, jako rzecz wiadoma i jedynie wprowadzająca nas w świat przedstawiony. Świat ten zaś, choć zgoła rzeczywisty, przejrzysty i znany z codzienności, uporządkowany jest według odwrotności reguły systematyzującej naszą egzystencję – podczas gdy my zastanawiamy się, jak żyć, by móc umrzeć w spokoju, tak dla bohaterów zagadką jest kwestia nieśmiertelności, a ściślej tego, jak umrzeć, by móc żyć wiecznie. (Dys)komfort niniejszej myśli towarzyszy więc bohaterom w ich spontanicznych, ale na wskroś Bergsonowskich wypowiedziach na temat upływającego czasu, a co za tym idzie, trwania chwil wielkości, scenicznego uniesienia, które uzależnia jak najmocniejszy narkotyk, a jego brak, ba, świadomość, iż wkrótce ów brak nastąpi, doprowadza do natychmiastowej utraty sił witalnych i w konsekwencji do postkoncertowej depresji. W tym kontekście tytuł albumu nabiera zatem dodatkowego znaczenia.

Zobacz również: Złodzieje Rowerów #5 – Analiza „Tajemnic Silver Lake”

American Valhalla wyróżnia się jednak nie tylko nietuzinkowymi bohaterami, ale również niebanalną strukturą. Dość wysokie tempo produkcji i momentami agresywny, iście nowofalowy montaż rekompensowany jest tu przez narrację “od utworu do utworu”, dzięki której żadna myśl nie jest pozostawiona sama sobie i nie powiewa swobodnie na maszcie zdekoncentrowanego wywodu, lecz zyskuje swoje potwierdzenie w następujących po sobie utworach, dodatkowo świadczących o tym, że nagrywanie albumu przez duet Homme-Pop nie było zwykłym “pieśniopisarstwem” a płynnym przepływem doświadczeń – zarówno tych muzycznych jak i życiowych. Z tego też powodu ten eseistyczny dokument ma prawo przypaść do gustu zarówno miłośnikom twórczości obu artystów, poszukiwaczom intrygującej formy, jak i odbiorcom nastawionym na impresyjność dzieła i treść. Umiejętne rozłożenie akcentów oraz powiązanie faktów (muzyki) z odautorską refleksją i językiem filmu (montaż) skutkuje zaistnieniem strukturalnej harmonii, o jakiej Joshua Homme i Iggy Pop mogli tylko pomarzyć, wychodząc wspólnie naprzeciw rozentuzjazmowanemu tłumowi po raz ostatni…

W pierwszych minutach filmu oraz po zejściu ze sceny Royal Albert Hall słyszymy i widzimy Josha, gdy mówi o tym, że kluczem do zachowania wiecznego szczęścia byłaby choćby chwilowa możliwość panowania nad czasem, wyznaczania mu biegu i zatrzymywania momentów, które świadczą o naszej wielkości. Trudno o bardziej właściwą konstatację w sytuacji, gdy ów wielkość definiowana jest przez kreacyjną adrenalinę. Zarówno Homme jak i Iggy Pop muszą jej bezustannie zażywać, tworzyć, poszukiwać sposobu, aby dostać się do własnej i nieskończonej Valhalli, bo inaczej ich żywot oddarty zostałby z namiastki celowości. Taka zresztą już dola giganta, półboga, który posiada boskie marzenia, ale którym przeciwstawić może wyłącznie ludzkie możliwości.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.