FelietonyPięć Smaków 2021Publicystyka

Wong Kar Wai dziś. Emocje pokolenia?

Tomasz Małecki
"Happy Together"
"Happy Together" / mat. prasowe

Kilka lat temu udało mi się dotrzeć do pewnej wyjątkowej opinii na temat „Chungking Express” (1994) – jednego z najbardziej rozpoznawalnych filmów Wong Kar Waia. Jej wyjątkowość polegała na tym, że autor odniósł się do tytułu krytycznie i zrobił to w nieoczekiwany przeze mnie sposób. Jako osoba, która wówczas stawiała pierwsze kroki w świecie kina azjatyckiego i chłonęła każde lokalne dzieło z gorliwą fascynacją, nie wyobrażałem sobie, że można zaatakować ten film od strony języka emocji, jakim posługują się jego bohaterowie. Krytyka wsparta na analizie aspektów formalnych? Owszem. Ale punktowanie emocjonalnej naiwności postaci? Było to dla mnie niepojęte.

Nie myślałem o tym jednak zbyt wiele. Opinia, choć zwróciła moją uwagę, pozostała opinią. I tak naprawdę przypomniałem sobie o niej dopiero w trakcie przygotowań do napisania tego tekstu. Okazało się, że jeśli przyjrzymy się jej nieco dłużej, pomoże nam ona odnaleźć odpowiedź na nurtujące nas pytanie: czy kino Wong Kar Waia ma współczesnym odbiorcom coś do zaoferowania?

Nie chodzi mi jednak stricte o treść tej opinii, a o perspektywę, jaką obrał jej autor. Otóż w jego wypowiedzi nie dało się odczuć czasoprzestrzennego ubezwłasnowolnienia filmu. Nie powiedział: „wtedy taka ckliwa narracja była na czasie” lub „w takich filmach zawsze tak mówią”. Nie, powodem niezadowolenia był po prostu sposób wyrażania emocji. Sposób, który nawet w tej krytyce został wyraźnie powiązany z subiektywnym przeżywaniem rzeczywistości przez bohaterów. Autor i postaci „Chungking Express” zwyczajnie więc poróżnili się pod względem wrażliwości.

Chungking Express

Co z tego wynika? Że to nie czas (lata 90.) ani miejsce (Hongkong), z jakimi związany jest Wong Kar Wai, decydują o jego filmowym przekazie. A przynajmniej nie na poziomie komunikacji z widzem. Przepracowując swoje indywidualne tęsknoty oraz lęki, Wong dociera bowiem do znacznie szerzej rozumianej i odczuwanej sfery tęsknot i lęków. Nie mówi o nich w ogólności, bo unika przecież gatunkowych szczelin. Ale też nie subiektywizuje ich do kontekstów prywatnych bądź lokalnych. Pod względem duchowym jego filmy odwołują się do doświadczeń człowieka globalnego i reprezentowanej przez niego psychologicznej figury późnego kapitalizmu, w którym relacje międzyludzkie i kondycja człowieczej emocjonalności sięgnęły punktu krytycznego.

Przeczytaj również:  Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Sztokholmie – wielkie i małe odkrycia

Co czujemy? Dlaczego to czujemy? Co chcemy czuć, a czego nie? Czy w ogóle czujemy? Pytania o podstawowe potrzeby emocjonalne człowieka padają u tego twórcy pośrednio, niejako w efekcie fabularnych niesnasek między bohaterami. Pytania tragiczne w swojej istocie, bo uświadamiające, jak wraz z ewolucją stylu życia człowiek zatraca kontakt ze zmysłami i z emocjami.

Wongowskie postaci to ludzie napiętnowani traumami ściśle związanymi z obliczem rzeczywistości. Starają się odszukać utracone w biegu życia czucie, lecz jedynym punktem odniesienia dla nich jest to, co już było – głównie dlatego, że nie starcza im już przestrzeni na bieżące introspekcje. Główny bohater „2046” (2004) Chow Mo-wan pogrąża się w zmysłowym rauszu, próbując pojąć intensywność i głębokość uczucia, jakie niegdyś żywił do Su Li-zhen. Jego teraźniejsze poznanie jest jednak wyłożone brukiem nieprzepracowanej przeszłości. Zamiast zrozumieć, powiela oraz nadbudowuje krzywdy, jakie w sercu dokonuje czas, coraz mocniej separujący go poznawczo od wciąż aktywnych wspomnień.

Jako człowiek pamięta. Jako człowiek „naszej ery” gubi kontakt z tym, o czym pamięta. To jednak nie oznacza zapomnienia, lecz trwanie w wewnętrznym bezruchu pomimo… A wręcz właśnie z powodu zewnętrznego nadruchu. Nie bez przyczyny w końcu oglądamy w filmach Wong Kar Waia liczne zniekształcenia czasu – ruch poklatkowy, przyspieszenia, wsteczne odtworzenia. Czas staje się abstrakcją na naszych oczach. Nie daje się okiełznać, mimo że stanowi o wszystkim, czego się dotykamy. Może więc przemijać swoim tempem, co uzmysławia pociąg widoczny w ostatnich scenach „Happy Together” (1997), a my pozostajemy w tym samym miejscu. Tak jak w miejscu pozostał bohater filmu Lai Yiu-fai. Wraz ze swoim partnerem pragnął stworzyć nową jakość, odciąć się od pamięci o Hongkongu i rozpocząć wspólne życie w dalekiej Argentynie. Na miejscu jednak dostrzegał wyłącznie obrazy przeszłości, od której tak bardzo chciał uciec, ale która tak bardzo stanowi o tym, kim jest i czego pragnie. Wspólna przyszłość zamienia się więc we wspólne (choć de facto osobne) rozpamiętywanie przeszłości i dramatyczną próbę powrotu do jedynego, co znane – do przeszłości właśnie.

Przeczytaj również:  Death or Glory: Tom 2 - Wrzuć wyższy bieg! [RECENZJA]

Romantyczna nostalgia opowieści Wong Kar Waia to dość uniwersalna metoda opisu sytuacji zagubionego w rozpędzonym świecie człowieka. W rozrzewniony sposób ukazuje obrazy i zdarzenia, których doświadczamy na co dzień, żyjąc w świecie, w którym jest coraz mniej realnego czasu na zrozumienie emocji. A przez to coraz więcej na uciekanie się do znajomych przestrzeni i formatów. Czy więc coś różni Hongkong lat 90. od Warszawy drugiej dekady wieku XXI? Zdecydowanie powierzchnia i kontekst geopolityczny. Emocjonalne problemy ludzi są jednak tożsame, a rany goją się w tym samym tempie.

Tekst ukazał się pierwotnie w gazecie festiwalowej 15. edycji Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.