“Just Friends” i nic więcej [RECENZJA]

Słowa, słowa, słowa – cytując klasyka, tak właśnie można określić to, co w szerszej perspektywie czyniliśmy dotychczasowo dla sprawy społecznego uświadomienia odmienności płciowej. Wraz ze wcieleniem w życie inicjatywy festiwalu filmowego LGBT pojawiła się jednak nadzieja, że to, co do tej pory funkcjonowało jedynie w sferze czczych zapewnień, przełoży się na rzeczywistą, kulturową afirmację równości, gdzie film, jako medium najbardziej wspólne i dostępne całemu ludzkiemu stworzeniu, odwoływać się będzie do bezwarunkowej wrażliwości każdego widza, łapiąc ich w sieć emocjonalnej wspólnoty. Nie wiem, jak obecnie wygląda skala zasług wydarzenia, które od kilku dobrych lat przyciąga rzesze prorównościowych entuzjastów, ilu z nich udało mu się natchnąć pozytywną energią do dalszego działania, a ilu dotychczas przeciwnych bądź sceptycznych przekonać do wspólnej nam wszystkim sprawy, ale wiem, że mając na sztandarach produkcje pokroju Just Friends, jedyne co można osiągnąć, to wytworzenie introwertycznego, homoseksualnego skrzydła klasy średniej, drżącej na myśl o realnej konfrontacji z własną tożsamością.

Fot. kadr z filmu "Just Friends"
Fot. kadr z filmu “Just Friends”

Historia Yada (Majd Mardo) i Jorisa (Josha Stradowski), skrajnie różnych młodzieńców o skrajnie różnych troskach i prywatnych zaszłościach, ale wspólnej miłości, po brzegi wypełniona jest kliszami, jakimi kino gatunkowe od samego zarania raczy widownię ku wygodzie jej eskapistycznych ciągotek. Rzecz zaczyna się w momencie, gdy oboje zmagają się z osobistymi demonami. Yad, jako rdzenny Syryjczyk i naturalizowany Holender, jest synem wpływowej działaczki na rzecz bliskowschodnich imigrantów, która w swej nadgorliwej opiekuńczości wymarzyła dla swego dziecka idealne życie – miał być lekarzem, dysponować statusem, który w pełni zakotwiczyłby go w zachodnim świecie. Nie godzi się to jednak z jego lekkodusznym charakterem, pragnieniem poświęcenia własnego życia surfowaniu i codziennej rutynie wspartej o imprezowanie.

Na nieco innym biegunie znajduje się natomiast Joris, introwertyczny Holender z dziada pradziada, który sprawę swej seksualnej odmienności zamiata pod dywan, parając się intensywnym treningiem interwałowym i drobnymi pasjami technicznymi. Jego historia wspiera się zaś na kryzysie klasycznego, hierarchicznego modelu rodziny, gdzie utrata ojca, głowy rodziny, implikuje rozkład więzi między jej członkami. Kiedy jednak oba te charaktery wchodzą ze sobą w interakcję, nawiązując miłosną relację, problemy akceptacji, samoakceptacji i historycznej odpowiedzialności zdają się deintensyfikować, ulegając pod naporem wspólnotowego rozwiązania, gdzie wzajemne wsparcie i zrozumienie zastępuje indywidualistyczny ferment.

Fot. kadr z filmu "Just Friends"
Fot. kadr z filmu “Just Friends”

Co można wywnioskować z powyższych opisów, to fakt, że w scenariuszu filmu Annemarie van de Mond (występującej w napisach pod pseudonimem “Ellen Smit”) aż roi się od gotowych pomysłów na ominięcie wszystkich struktur i instytucji (kwestie imigracji, tradycyjnej rodziny i zindywidualizowanego sentymentu) blokujących swobodę w uznaniu odmienności za fakt emocjonalny, a nie biologiczny. Problem jednak w tym, że abstrahując relację Yada i Jorisa od uciążliwej, scementowanej codzienności, a więc próbując nadać sprawie ogólnego, etycznego zabarwienia, twórcy wpędzają ją w środowiskowy zaprzęg, którego tak usilnie starali się uniknąć. Wszyscy dobrze wiemy, że kwestia uznania odmienności nie jest wyłącznie sprawą indywidualną, a przede wszystkim właśnie kolektywną, bo to w grupie dochodzi do konfliktów interesów własnych, lecz ciągłe odnoszenie akceptacji do mechanizmów środowiska, w jakim zachodzi, bezustannie stawia jednostkę na pozycji głównego oskarżonego, który musi tłumaczyć się ze swojej odmienności. Środowisko jest złe i podlega metamorfozie, ale nigdy nie bierze za siebie odpowiedzialności. To zaś zawsze musi podejmować indywiduum.

W tym więc rozumieniu Just Friends pozostaje stereotypowym gatunkowcem, który zapewnia widzowi chwilową ulgę za pośrednictwem podtrzymania naiwnego, eskapistycznego kompromisu między trwaniem grupy, a pozornym marginesem swobody jednostki. Można oczywiście zadać pytanie, czy to czasem nie takich właśnie produkcji potrzebuje środowisko LGBT? Czy czasem nie dzieła rewolucyjne i wojujące, a właśnie klasyczne melodramaty konsolidują społeczną wrażliwość w kwestii odmienności seksualnej? Być może, ale w tym wydaniu odpowiadają za wytwarzanie struktur hipokryzyjnego “średniactwa”, udawanej tolerancji i nieustannie aktualizowanej mody. Tak samo zatem, jak klasyczny, konserwatywny melodramat odwzorowywał ideę miłości między kobietą a mężczyzną, tak też melodramat współczesny, otwarty na różnorodność, oddaje ją między osobami tej samej płci. Czyli de facto nie oddaje jej wcale.

Fot. kadr z filmu "Just Friends"
Fot. kadr z filmu “Just Friends”

Co jednak należy zwrócić produkcji van de Mond to fakt, że jak na warunki telewizyjne, cechuje się porządną realizacją. Oczywiście większość akcji odbywa się tu na zasadach telenoweli (masa nieatrakcyjnych, statycznych dialogów), ale konstrukcja punktów kulminacyjnych i estetycznego waloru relacji głównych bohaterów dokonywana była z elementarzem kinematografii w ręku. W relację Yada i Jorisa, pomimo znacznych uproszczeń, można uwierzyć bez większego trudu, tak samo jak i w chemię między aktorami, odtwarzającymi niniejsze role. Nie jest to co prawda poziom Tamtych dni, tamtych nocy, ale bliskość i bezpośredniość ich interakcji nie pozostawia złudzenia markowania konkretnych emocji.

Problemem Just Friends nie jest zatem sposób, w jaki komunikuje swoje przesłanie, ale właśnie samo to przesłanie. Walcząc o szacunek dla osób wciąż tego szacunku pozbawionych film van de Mond posługuje się chwytami kina, które do niedawna przynależało wyłącznie ideologicznej opcji konserwatywnej, co miałoby rzeczywiste przełożenie, gdyby przy okazji kompromitowało jego konstrukcję. Tego jednak nie czyni, skazując osoby homoseksualne na trwanie w radosnej bańce wypartej świadomości. I tak jak przed laty zachwycano się filmowymi romansami hollywoodzkich gwiazd kina niemego, tak dzisiaj możemy przyklasnąć Yadowi i Jorisowi. Tylko co z tego, skoro zmieni się wyłącznie obiekt westchnień, a nie samo wzdychanie?

2.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.