Camping #14 – “Lisztomania” (1975)

Na pewno widzieliście kiedyś jakąś filmową biografię Wielkiego Człowieka. Święci, politycy, aktorzy, muzycy, do wyboru, do koloru. Część z nich bez większej gimnastyki zaliczyć możemy do klasyki kina, jak na przykład „Amadeusz” Milosa Formana, część zaś nie zasługuje na zbytnią uwagę, jak „Karol, człowiek, który został papieżem, a potem z powrotem człowiekiem”. Jakiekolwiek jednak by wasze doświadczenie z kinem biograficznym nie było, zaręczam wam, brajdaszkowie moi, że nigdy nie zetknęliście się z takim pojebanym tworem, jak „Lisztomania”. Film Kena Russella, zgodnie zresztą z tytułem, opowiada o życiu i muzycznej karierze Ferenca Liszta, czołowego przedstawiciela muzyki romantycznej dziewiętnastego wieku.

Pan Liszt poza plumkaniem na pianinku parał się również filozofią i publicystyką, generalnie dość ogarnięty był z niego romantyk. Ken Russel stanął więc przed niełatwym zadaniem sportretowania wielkiego geniusza swoich czasów, ale o dziwo udało mu się podołać. Wszystko to osiągnął prostym zabiegiem, polegającym na dokładnym przeczytaniu życiorysu swojego bohatera, a następnie wyrzuceniu go do śmieci.

W „Lisztomanii” widzimy głównego bohatera – granego przez będącego wówczas u szczytu sławy Rogera Daltreya – jako nomen omen gwiazdę rocka swoich czasów. Większość dni i nocy spędza on w łóżkach losowych szlachcianek i toczy ekwilibrystyczne pojedynki na miecze ze zdradzanymi mężami tychże. Podczas koncertów fortepianowych Liszta obecne na widowni małolaty zrzucają gorsety i bufiaste suknie, w ekstazie omdlewając od maczystowskiego uroku pianisty w rozchełstanej koszuli, a z definicji precyzyjne, wirtuozerskie popisy muzyka klasycznego w filmie Russela zmieniają się w orgiastyczne pandemonium, zakończone prawdopodobnie wieloma ofiarami śmiertelnymi. Aha, zapomniałbym. Największym wrogiem filmowego Liszta jest Richard Wagner. Nie jest to jednak pojedynek jak ten Salieriego z Mozartem w arcydziele Formana. Wagner jest w „Lisztomanii” nazistowskim, nieśmiertelnym wampirem. Po prostu.

Zobacz również: „Sicario 2: Soldado” – Recenzja

Odrealnienie biografii Liszta sięga w dziele Russella jednak znacznie głębiej, niż tylko w sferę hiperbolizacji i „urockandrollowienia” bohatera. Warstwa formalna filmu to frenetyczne szaleństwo, ubrane w rock-operową formę. Daltrey w rytm rozgorączkowanej muzyki buja się na zasłonach i fruwa pod sufitem, bałamucąc po drodze przeszczęśliwe dziewuszki. Kulminacją i zarazem świetną ilustracją całości jest psychodeliczna, musicalowa sekwencja, w której tabuny napalonych dziewcząt starają się dobrać Lisztowi do dowolnej części ciała, a ten dziarsko naciera na nie, ujeżdżając kilkumetrowego, sztucznego penisa. Absolutne szaleństwo i triumf formy.

Ciężko jest jednoznacznie określić, czy zupełne wypięcie się na materiał źródłowy przy kręceniu biopiców to praktyka w każdym przypadku godna pochwały, ale po seansie „Lisztomanii” pewna jest za to inna rzecz, mianowicie – tak trzeba żyć.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.