“Oślizgły dusiciel” – Kamp w rytmie disco [CAMPING #42]

Najważniejszą rzeczą we Wszechświecie jest smalec. Albo olej. Względnie łój. Z takiego przynajmniej założenia zdaje się wychodzić główny i tytułowy bohater niezależnego dziwoląga, jakim jest Oślizgły dusiciel z 2016 roku. Obleśny staruch, żyjący ze swoim znerwicowanym i zdziwaczałym synem z odrazą spogląda na wszystko, co nie jest pokryte śliską warstwą wysokokalorycznej brei. Każdy posiłek to pływająca w tłuszczu abominacja, a im gorzej się prezentuje, tym bardziej mu smakuje. Za dnia Duży Ronnie wraz z synem oprowadza zblazowanych turystów po wątpliwej jakości i wiarygodności atrakcjach związanych z muzyką disco, nocą zaś naciera się smalcem i rusza na łowy, by zaspokoić swoje chore żądze jako Oślizgły Dusiciel. Wszystko komplikuje się, kiedy jego syn na jednej z wycieczek poznaje miłość swojego życia.


Przeczytaj również: Jaki film śni się po nocach Tomowi Saviniemu i Joelowi Coenowi? – “Koszmar” [CAMPING #41]

Pełnometrażowy debiut Jima Hoskinga brzmi jak film, który go gustu przypadnie wyłącznie fanom rozrywki najniższych lotów, wielbicielom humoru kloacznego i innym tego typu typom spod ciemnej gwiazdy. I chociaż faktem jest, że film dość nachalnie pokazuje nam raz za razem, skąd wziął się przydomek „Duży” przy imieniu bohatera, brzydota i kicz są główną formą podawczą, a całość ocieka obrzydliwością, to ciężko traktować w przypadku Dusiciel te wszystkie elementy jako jednoznaczą wadę.

Dusiciel

Oślizgły dusiciel wzięty jest w tak spektakularnie gigantyczny cudzysłów, że każda abominacja czy humor oscylujący wokół narządów płciowych stanowi element gry konwencją, nie będąc manifestacją reżysersko-scenariuszowego partactwa Hoskinga. Wręcz przeciwnie, sposób w jaki Oślizgły dusiciel intensyfikuje absurd poszczególnych scen, jak wtedy, gdy bohaterowie w intymnej sytuacji zaczynają wykrzykiwać w opętańczym szale „Hootie Tootie Disco Cutie” albo podczas scen zmywania smalcu w samochodowej automatycznej myjni, sprawia, że momentami ogląda się to jak gorączkowy sen awangardzisty.

Nie byłby jednak obraz Hosking nawet w połowie tak przyjemny, gdyby nie sam dusiciel, a w zasadzie wcielający się w niego Michael St. Michaels, incydentalny, 75 letni aktor znany z takich nieśmiertelnych klasyków kina jak The Video Dead czy Akademia Ninja. Michaels przez cały film balansuje między obleśnością, żałosną swadą wiejskiego podrywacza, a autentyczną charyzmą, której pozazdrościć mu mogliby o wiele bardziej utytułowani koledzy. Zresztą cała obsada jest świetna, a każdy z dziwolągów prezentuje odpowiedni poziom odklejenia.


Przeczytaj również: “Tone-Deaf” – Recenzja [CAMPING #40]

Równie fantastyczna jest odmóżdżająca i celowo monotonna ścieżka dźwiękowa, łącząca w sobie nowoczesne łupanie z oldschoolowym disco, całość skąpana jest  w jaskrawych różach i neonach. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu ktoś postanowił do tego zestawu dołączyć długie, statyczne ujęcia z nisko zawieszonej kamery rodem z filmów Jarmuscha, ale, znowu nie wiedzieć czemu, jest to okropnie zabawne.

Camping

Bardzo dużo można Dusicielowi zarzucić, bo mimo entuzjastycznych zdań powyżej czasami zdarza mu się osiąść na mieliźnie żenady, żarty nie bawią, a całość z lekka się ciągnie, ale chwile szaleństwa (te najbardziej porąbane są przy okazji najmniej obrzydliwe), w które popada Oślizgły dusiciel w zupełności je wynagradzają. To nie jest film wybitny, ale świetnie pokazuje potęgę kina niezależnego, czyli miejsca, gdzie możesz zrobić film o umazanym łojem staruchu-mordercy z metrowym siurem, który tańczy disco z otyłą nimfomanką-oportunistką i jest po prostu w porządku.


„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżamy czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.