Camping #12 – “Straceni Chłopcy” (1987)

Mogę chyba definitywnie powiedzieć, że dwie z rzeczy, które najbardziej lubię w kinie, to momenty, w których gówniaki jeżdżą na BMXach szukając przygód, oraz eksplozje kreatywności, objawiające się najczęściej w aktach groteskowej przemocy. W świetle powyższego ciężko mi było wyobrazić sobie film, który potencjalnie bardziej mi podejdzie niż „Straceni Chłopcy”. No i podszedł mi, ale zamiast machać jak debil rękami z jeszcze głupszym uśmiechem na ustach, przesiedziałem stosunkowo zadowolony cały seans. A warto wspomnieć, że zdarza mi się machać rękami jak debil, kiedy widzę jakiś kreatywny inscenizacyjny zawijas, który przyjemnie łaskocze mnie w mózg swoją świeżością.

Na papierze „Lost Boys” wyglądają jak absolutny samograj. Do małego nadmorskiego miasteczka Santa Clara (MURDER CAPITAL OF THE WORLD) przyjeżdża samotka matka z dwójką synów – Jimomorrisonopodobnym Michaelem i zasuszonym kurduplem Samem. Poza przystosowaniem się do nowych okoliczności bytowych bohaterowie muszą też ponapierdalać się trochę z motocyklowym gangiem wampirów, które trzymają wspomniany wypizdów w stanie permanentnego terroru. W tle jest romans, drugi romans, komiksy, braterska miłość, niespodziewane gore i desperacko starający się mówić basem Corey Feldman (świeć panie nad jego piękną duszą).

Złożenie do kupy tych wszystkich wspaniałych elementów, które do tego osadzone są tak głęboko w latach 80, że same musiały zdawać sobie sprawę ze swojej ejtisowości nawet mimo kręcenia filmu w tychże latach, nie tylko nie tworzy synergii, ale wręcz zdaje się być mniejsza od sumy wszystkich składowych.

Straceni Chłopcy

Fakt, mamy tu całą horrorowo–młodzieżową ikonografię. Gang wampirów to glamrockowi bad boye, których pojawieniu się towarzyszy równie glamrockowa muzyka, ich grzywki są nieskazitelne, uśmiechy szelmowskie, a uczynki okrutne. Mamy tu zwiedzionego na złą drogę dobrego chłopaka, któremu marzy się wielka miłość. Mamy dzieciaka, który razem z nowymi koleżkami musi stawić czoła skurwysynom i uratować brata. Jest roztrzęsiona, sunąca jak w Martwym Złu, wyjąca kamera, jest też naprawdę porządna operatorka i uroczo paskudny montaż. To wszystko sprawia, że powinniśmy dostać idealnego nostalgia tripa, zwłaszcza, jeśli twój, szanowny czytelniku, pierwszy seans Straconych Chłopców przypada teraz, w czasie największego boomu na lata osiemdziesiąte, jednak brakuje tu jednej zasadniczej cechy, którą charakteryzowały filmy, do których odwołują się współczesne zrzynki ejtisów w stylu stranger things, a mianowicie poczucia przygody i relacji między bohaterami.

Zwykle w tych filmach mieliśmy element niezwykłości w zwykłym świecie. Paczka znajomków musiała stawiać czoła jakiejś pojebanej sile, która stawała się kontrą, ale również akompaniamentem dla ich więzi. Poza momentami stricte fabularnymi mieliśmy szalenie ważne fillery, które budowały świat i bohaterów. Tutaj tego zabrakło. Osadzenie bohaterów na konkretnych pozycjach startowych opowieści to bodaj największa wada Lost Boys. Sam posiada na ekranie szczątkową więź z Michaelem, a przynajmniej nie widzimy jej poza ciągłym szturchaniem i wsadzaniem mokrego palca w ucho. Dwójka pogromców wampirów, Edgar i Allan (hehe, czaicie?), to w zasadzie obcy w stosunku do głównych bohaterów koleżkowie, którzy po prostu się tam znaleźli. Onelinery wkładane w ich usta niestety też nie pomagają.

Straceni Chłopcy

Oglądałem film bez poczucia straty czasu, bo jednak cała wspomniana ikonografia to wartość sama w sobie, a film był ciekawie zrealizowany, jednak bez żadnego momentu zachwytu.

Dopiero ostatnie 15 minut sprawiło, że zorientowałem się, jak dobry mógł być ten film. Wrzucenie wszystkich istotnych bohaterów do jednego budynku i postawienie ich przed realnym zagrożeniem zdynamizowało na chwilę ich relacje, do tego był to kwadrans, w którym pan reżyser skumulował bodaj wszystkie absurdalne (w dobrym znaczeniu tego słowa) pomysły. Seria pojedynków bohaterów z wampirami to coś, dla czego warto dać Straconym chłopcom szansę. Nie jest to szczyt kreatywności, groteski ani absurdu, ale dalej stanowi przyjemną odmianę po poprzedzającej je godzinie nie wiadomo czego.

Absolutnie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ten film jest kultowy. Jego poszczególne elementy sprawiły, że kultowość była nieunikniona i ja to szanuję. Po prostu oczekiwałem czegoś więcej niż wycieczki krajoznawczej po popkulturze lat 80.


„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.