Camping #24 – “Wielka draka w chińskiej dzielnicy” [Kurt Russell i lasery z oczu na święta!] – Recenzja

Kariera reżyserska Johna Carpentera to wzór eklektyzmu w dziedzinie filmowego rzemiosła. Poruszał się on płynnie od sensacji, przez horror, aż po czysto przygodowe kino – w każdym z tych gatunków zostawiając swoje umiłowanie do plastyki obrazu i szeroko rozumianej dziwności. Przesadą byłoby chyba tylko stwierdzenie, że Carpenter nakręcił niemal idealny film świąteczny. Ale czy na pewno?

Bo czym tak naprawdę powinien się charakteryzować film na święta? Oczywiście pierwszym, co przychodzi na myśl, jest tematyka biblijna, ale kto ze Świętami Bożego Narodzenia nie skojarzy wściekającego się Joego Pesciego albo “Yippie ki-yay, motherfucker”, niech pierwszy rzuci kamieniem. Idąc dalej tym tropem – idealny film świąteczny to taki, który emuluje w widzu uczucie leżenia na kanapie w brzydkim, świątecznym swetrze, po całodziennym obżeraniu się pierogami i innymi karpiami. W takim razie grono filmów zawężamy do tych trącających lekko myszką, najlepiej z wielkimi gwiazdami w czasach ich relatywnej młodości, dających nieszczególnie skomplikowaną, czystą frajdę i przyjaznych dla większości rodziny. W tym świetle okazuje się, że twórca tak przyjemnych filmów jak “Atak na Posterunek 13″, “Halloween” czy “Coś” dostarczył fantastyczny podkład pod trawienie ryby po grecku z błogim uśmiechem na ustach.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy
“Wielka draka w chińskiej dzielnicy”

“Wielka draka w chińskiej dzielnicy”, bowiem o tym filmie mowa, to przedziwny miks buddy movie, lekkiego horroru, kina fantasy i sensacji, a wszystko to w otoczce potraktowanego popkulturą chińskiego folkloru. Kierowca ciężarówki o twarzy nieśmiertelnej ikony b-klasowej rozwałki – Kurta Russella – wraz ze swoim przyjacielem z tytułowego Chinatown wplątują się w coś, co z początku wygląda na mafijne porachunki, a z czasem przeradza się w dziwaczny, mistyczny spektakl walki tych dobrych z tymi pradawnymi złymi.

Tym, co nadaje tej prostej, choć lekko zwichrowanej historyjce uroku jest sam Russell, który pręży muskuły, wymachując spluwą, przyodziany w niezbędną dla twardziela z lat 80. (pozdrowienia dla Johna McClane’a) koszulkę żonobijkę i jak z rękawa rzuca czerstwymi one-linerami, czym oczywiście zaskarbia sobie wielką przychylność płci przeciwnej i nienawiść wrogów. Wrogów, którymi nie są zwykłe bandziory, lecz pradawni magowie, zębate bestie i pompujący swoje ciała do groteskowych rozmiarów zabójcy. Wszystkie te indywidua ukazane są z niepodrabialnym, typowym dla lat osiemdziesiątych kampowym urokiem. Praktyczne efekty specjalne, jak to u Carpentera, stoją na wysokim poziomie, jednak z jakiegoś powodu postanowiono w “Drace” podrasować je raczkującymi wtedy efektami komputerowymi, co odbiera całemu filmowi resztki powagi. Ale przecież nie o powagę tu chodzi, więc kolejne wizualne nieporadności potraktować należy jako sympatyczną podróż w niskobudżetową przeszłość.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy
“Wielka draka w chińskiej dzielnicy”

Pisząc o filmie Carpentera nie sposób wspomnieć o reżyserze jako autorze ścieżki dźwiękowej. Ta niezależnie od filmu prezentuje się przepysznie, łącząc ejtisową elektronikę z orientalnymi brzmieniami, co podrasowuje sceny akcji, a w spokojniejszych momentach buduje klimat przegiętego jak cały film Chinatown.

“Wielka draka w chińskiej dzielnicy” nie stoi nawet obok podium filmów mistrza Carpentera, jednak zapewnia coś, czego nie uświadczy się, siedząc jak na szpilkach, kiedy Michael Myers morduje opiekunki albo kiedy McCready testuje próbki krwi na obecność kosmicznej paskudy – mianowicie nostalgiczny, nienarzucający się nastrój, ponieważ o ile wspomniane wcześniej dzieła są ponadczasowe, o tyle filmów takich jak “Wielka draka” już się po prostu nie robi. I trochę szkoda.


“Wielką drakę w chińskiej dzielnicy” będziecie mieli szansę zobaczyć na antenie stacji TNT już 21 grudnia o godzinie 21:00!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.