CampingPublicystyka

CAMPING #1 – O Miłości i Śmierci

Bartek Bartosik

„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


O Miłości i Śmierci (1994, Michele Soavi)

TEKST ZAWIERA SPOILERY

 

Definiując efemeryczne zjawisko, jakim jest „dobry film” wiele osób prawdopodobnie skupiać się będzie na tym samym zestawie arbitralnych cech, jak precyzyjne zdjęcia, rozbudowany rys psychologiczny postaci, jakościowe efekty specjalne albo wciągająca fabuła. Należy teraz wymieszać ze sobą wszystkie te składniki, dodać jakąś rozbuchaną ścieżkę dźwiękową, kilka gwiazd i oto mamy przepis na uznanie krytyki i więcej zer na koncie, niż mógłby sobie wymarzyć pewien warszawski raper znany z odczytywania stacji stołecznego metra. Jakkolwiek by się nie zaprzeć i jak bardzo nie wejść w buty filmowego snoba, nie da się z tym przepisem na dobry (bywa, że genialny) film nie zgodzić. Jeśli jednak ktoś zapyta mnie, co dla mnie jest kluczowym elementem filmu niezwykłego, odpowiem – dysonans.

Dysonans między formą a treścią tekstu kultury, nie tylko filmu, to coś, co wymaga niebywałej maestrii twórcy. Zawarcie spójnej myśli, przekazanie emocji lub podzielenie się wycinkiem własnej percepcji świata, używając ikonografii kojarzonej wyłącznie z najpodlejszymi warstwami kultury masowej  to umiejętność, którą posiadła może garstka dziwolągów.

Jednym z takich niebezpiecznych szaleńców jest Michele Soavi, który w 1994 roku popełnił niespodziewane arcydzieło, „O Miłości i Śmierci” (oryginalny tytuł, „Dellamorte Dellamore”, zdecydowanie lepiej płynie, więc proszę się nie obrazić, jeśli w dalszej części tekstu będę używał właśnie jego), o którym sam Martin Scorsese powiedział, że to najlepszy film swojego roku.

Przeczytaj również:  Nieme, a dźwięczne. Dźwięk w kinie niemym [Timeless Film Festival Warsaw 2024]

Film Soaviego to w pierwszej, dosłownej warstwie historia cmentarnego stróża, Francesco, którego zakres obowiązków jest nieco szerszy, niż u typowego przedstawiciela tego zawodu, ponieważ większość „klientów” po kilku dniach wstaje z grobu i to w gestii naszego bohatera jest ponowne ułożenie ich w miejscu wiekuistego spoczynku przy pomocy gigantycznego rewolweru. Pomieszkuje sobie nasz Francesco razem z opóźnionym pomagierem, Gnaghim, w przycmentarnej chatce i wspólnie wesoło szlachtują zastępy nieumarłych do momentu, w którym Francesco zakochuje się w pięknej (w nieco przerysowany sposób – Anna Falchi nie jest chodzącą definicją subtelności) wdowie. W tym momencie historia obiera kierunek jeszcze-bardziej-niż-oniryczny, a język filmowy, używany przez reżysera do opowiedzenia tejże, najeżony zostaje neologizmami, których nie powstydziłby się Leśmian. Kampowa przemoc i przerysowane, pulpowe motywy w stylu wyskakującego z grobu nieboszczyka-motocyklisty, porywającego ukochaną na trupią przejażdżkę czy gadającej, odciętej głowy w telewizorze stają się stałym elementem programu. Soaviemu udało się przefiltrować całe to szaleństwo przez własną, romantyczną wizję narracji, przez co coraz bardziej ekstrawaganckie wybuchy dzikiej kreatywności nie obracają się ostatecznie w chaos, a określeniem, które najbardziej pasuje do formy „Dellamorte Dellamore” jest „poetycki”.  Wizualia sugerujące sen, lub – jak kto woli – koszmar, z którego bohater nie może się obudzić, sugerują również, że pod całą tą zabawą w ucinane głowy i latające wnętrzności kryje się coś więcej.

Schodząc warstwę niżej, pod główną, widzialną oś filmu, dostajemy metaforyczny obraz szukania odkupienia, zatarcia dawnych win poprzez przeżywanie na nowo psychodelicznej wersji „Dnia Świstaka”, gdzie mieszają się ze sobą  osoby i zdarzenia. Francesco, miotający się w próbie przeżycia sekwencji wydarzeń w sposób gwarantujący szczęśliwe zakończenie pogrąża się coraz bardziej w beznadziejnej spirali horroru, rozumianego nie jako rzeczywistość, w której zmarli wstają z grobów, tylko horroru jako stanu permanentnej bezsilności wobec własnej przeszłości.

Przeczytaj również:  Północ – Południe. Trylogia Niemiecka Luchino Viscontiego [Timeless Film Festival Warsaw 2024]

W końcu schodząc najniżej, w warstwę czysto emocjonalną, „Dellamorte Dellamore” to opowieść o przejmującej samotności, która zabrnęła już tak daleko, że nie ma z niej odwrotu. Kiedy w wielkim, w odczuciu Francesco ostatecznym zrywie udaje mu się wyrwać poza bramy cmentarza i w końcu, miasta, który jest też jego cmentarzem, przez chwilę czuje się wolny. Do czasu, aż okazuje się, że droga ucieczki kończy się raptem kawałek dalej i nie ma w tym nic dziwnego, bo ze śnieżnej kuli nie ma wyjścia, a życie w niej toczy się od jednego potrząśnięcia do drugiego. Częściej jednak panuje nieznośna cisza.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.