CampingPublicystyka

Camping #2 – “The Love Witch”

Bartek Bartosik

„Camping” to cykl tekstów, w których przybliżam czytelnikom dzieła, jakich nie znajdą w zestawieniach najlepszych filmów wszechczasów. Kino pełne miłości, niebezpieczne, nierzadko szokujące, za to zawsze, w jakiś pokrętny sposób, piękne.


The Love Witch, reż. Anna Biller

Gdyby spróbować opisać dwoma hasłami współczesne kino (telewizję również) przez pryzmat tego, co zdaje być jasną cechą wyróżniającą filmy z danej epoki, – jak kampowe, praktyczne, wspomagane animacją poklatkową efekty specjalne w horrorach z lat 80 albo motyw Wietnamu w zaangażowanym kinie amerykańskim lat siedemdziesiątych – byłyby to „neony” oraz „nostalgia”. Post-bladerunnerowska, uwielbiana przez Refna stylistyka pulsującego, zduszonego światła z jednej strony, tęsknota za beztroską z dzieciństwa z drugiej. Mamy tu więc dominującą współcześnie formę i wiodący nurt w konstruowaniu treści filmu. „Nowoczesna” forma i „przeszła” treść. Anna Biller zdecydowanie czegoś nie doczytała w podręczniku dla młodego twórcy niezależnego w drugiej dekadzie XXI wieku, ponieważ stworzyła (i to niemal od A do Z, ponieważ zajęła się scenariuszem, reżyserią, muzyką, montażem, scenografią, kostiumami oraz produkcją) dzieło na wskroś anachroniczne wizualnie, a merytorycznie zdecydowanie współczesne.

The Love Witch, reż. Anna Biller

Stylizowana na zarejestrowane w technicolorze, prześwietlone i średnio udźwiękowione osiągnięcia taniego kina lat sześćdziesiątych „Czarownica Miłości” zachwyca i jednocześnie wprowadza w zmieszanie całą swoją stroną techniczną, bowiem wszystkie wydarzenia, ludzie i miejsca, które mają styczność z główną bohaterką, wyglądają jak żywcem wyjęte z mokrego snu stereotypowej amerykańskiej kury domowej z klasy średniej sprzed pół wieku. Pastelowe kolory, dziwaczne kapelusze, herbaciarnie, w których przygrywa muzyka tak smętna, że zasnęliby przy niej nawet panowie z Radiohead, przesadna uprzejmość i wszechobecne konwenanse kontrastują z nowoczesnymi samochodami, telefonami komórkowymi i innymi cudami, które dzieją się na dalszym planie. Celowy zabieg czy drastyczne braki budżetowe? Nie wiem, ale się domyślam.

Gdy mamy już jako takie pojęcie, w co ubrana jest „The Love Witch”, warto zainteresować się tym, co ma nam do powiedzenia. Tytułowa wiedźma – w tej roli zjawiskowa Samantha Robinson, która kradnie dla siebie cały film – to połączenie wampa i lolitki. Z jednej strony uczestniczy w pogańskich ceremoniach, przynależy do tajnego stowarzyszenia wiedźm obojga płci i na sumieniu ma niejedno odebrane życie, ale z drugiej tym, czego w ten sposób szuka, jest naiwnie pojmowana i w gruncie rzeczy niewinna miłość. Życie czarownicy to syzyfowe poszukiwanie prawdziwego mężczyzny, który obdaruje ją nieskończoną miłością, dzięki któremu już cały świat stanie się pastelowy, a ptaszki będą śpiewały tylko dla nich. Elaine, jako sprytna wiccanka, za każdym razem, kiedy wiąże się z mężczyzną, trochę pomaga losowi, z reguły przy silnym wsparciu ciężkich psychodelików. Upatrzonemu, potencjalnemu partnerowi zostaje do drinka dosypany proszek, który sprawia, że samiec traci głowę dla protagonistki. Obsesja ofiar na punkcie Elaine z każdą chwilą przybiera na sile, choć zaczyna się niewinnie, od pożądania. Gdy seks przestaje wystarczać, mężczyźni nie mogą jeść, pić, spać, w końcu czują fizyczny ból, gdy tylko nie ma jej w pobliżu. Koniec takiego szaleństwa jest łatwy do przewidzenia. Ze względu na charakter relacji wiedźmy z mężczyznami film kipi od erotyzmu, ale jest to erotyzm stonowany, jak na dzisiejsze czasy wręcz pociesznie pruderyjny (kiedy ostatnio widzieliście w kinie kobietę, której piersi zasłaniały jej długie włosy?), co oczywiście doskonale współgra z obraną ścieżką artystyczną.

Przeczytaj również:  Kędziora: Sztuka kochania, czyli drugi sezon "Sex Education"
The Love Witch, reż. Anna Biller

„The Love Witch” wpisuje się w modną ostatnio niszę horroru feministycznego. Z reguły elementy horrorowe ograniczone są w nich do minimum lub też pełnią rolę czystej ikonografii, bez zamiaru skupiania na sobie przesadnej uwagi w trakcie seansu. Ważniejsza od prób wzbudzenia strachu u widza jest myśl, która patronuje całemu filmowi. Fabuła, choć w swoim syntetycznym opisie zdaje się powielać schematy sprowadzające kobiety do roli obiektów seksualnych, co bohaterki zresztą ochoczo na początku filmu powtarzają, – ich rozmowy tyczą się głównie tego, jak można zapewnić mężczyźnie szczęście przy wydatnej pomocy okolic własnej klatki piersiowej, tudzież lędźwi – w swojej przewrotności pozostawia zgoła odmienny posmak, który zawiera w sobie całe spektrum feministycznego spojrzenia na kobiecość. Dosłowne odczytanie wydarzeń z „Czarownicy Miłości” pokazuje kobiecą seksualność jako broń, stawiającą kobiety w nadrzędnej względem mężczyzn roli, jednak ja nie lubię warstwy dosłownej, głównie dlatego, że wierzę w feminizm. Druga konkluzja, płynąca z podbojów panny Elaine jest taka, że szczęście kobiety (ośmielę się nawet powiedzieć, że każdego człowieka) nie jest liniowo powiązane z obecnością w jej życiu kogoś, kto mógłby za nią skoczyć w ogień, a miłość, wbrew temu, co popkultura pompuje ludziom do głów od dziesiątek lat,  nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy tego świata.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.