Advertisement
Recenzje

Koszmar rodzicielstwa. Recenzja filmu “Poroniony” (2017)

Bartek Bartosik

Poroniony w reżyserii Brandona Christensena dość buńczucznie reklamowany jest jako współczesna wersja Dziecka Rosemary. Owszem, obydwa te filmy są horrorami i w obydwu występuje motyw szeroko pojętego macierzyństwa jako przeżycia skrajnie traumatyzującego, ale na tym podobieństwa się kończą. Znacznie lepiej określić Poronionego jako nowego Babadooka. Film Kent stanowi jeden z kamieni węgielnych, położonych pod nową falę horroru, która hula obecnie w masowej świadomości widzów, zbierając zachwyt krytyków i ziewanie publiczności jako ogółu. Nowa fala to nurt, w którym groza jest narzędziem przepracowywania wszystkiego, co może siedzieć w ludzkiej głowie.

Podobnie jest zresztą z Poronionym – Mary w wyniku powikłań przy porodzie sprowadza na świat wyłącznie jednego z bliźniaków, drugi rodzi się martwy. Doświadczenie to pozostawia na psychice bohaterki ślad na tyle poważny, że zaczyna ją dręczyć paranormalna paranoja pod postacią demona, próbującego porwać drugie dziecko Mary. W miarę dochodzenia prawdy kobieta popada w coraz głębszy obłęd, a w percepcji widza zaciera się granica między tym, co przy zawieszeniu niewiary powinniśmy przyjąć za wydarzenia dziejące się w świecie filmu, a urojeniami popadającej w chorobę psychiczną Mary.

Właśnie to zacieranie się granicy jest największą wadą filmu. Niezwykle ciężko jest zbalansować dwa odrębne plany rzeczywistości, które stale się ze sobą przeplatają, prowadząc do wydarzeń spójnych na każdym z nich. Poronionemu ta sztuka nie do końca się udaje, scenariuszowe i inscenizacyjne akrobacje nie zawsze kończą się bezpiecznym lądowaniem. Zamiast pełnej immersji i zastanawiania się, co też dokładnie właśnie się na ekranie dzieje, widz z lekką konfuzją podgląda wydarzenia przez dziury logiczne.

Zobacz również: Recenzję “Hotelu Transylvania 3”

Sztuka straszenia, którą praktykują twórcy Poronionego również nie należy do najbardziej wysublimowanych. Ponad stopniowe budowanie atmosfery osaczenia i operowanie sugestiami, twórcy wolą krzyczeć nam prosto w twarz. Daleki jestem od postulowania zupełnej eksterminacji jumpscare’ów, jeśli jednak film stara się dotknąć poważnych tematów i z szacunkiem traktować swoich bohaterów, użycie najbardziej banalnej metody straszenia wydaje się być nie na miejscu. Jak to robić dobrze pokazało w tym roku Hereditary, zamiatając przy okazji całą konkurencję.

 

Przeczytaj również:  "A potem tańczyliśmy" – Express yourself [RECENZJA]

Całość naszpikowana jest mrugnięciami, odniesieniami i ukłonami w stronę klasyki grozy, z niemal dokładną rekreacją siekierowej sceny z Lśnienia lub, jak kto woli, Furmana Śmierci albo sąsiedzkiego zgromadzenia z Lokatora. Podejście na zasadzie “o filmie w filmie w ramach filmu” ma oczywiście rację bytu, ale pełną zasadność i sensowność osiąga wyłącznie wtedy, kiedy te nawiązania czemuś służą. Tutaj wydawały się nie służyć niczemu więcej, niż próbie wywołania uśmieszku na ustach widzów, którzy widzieli trawestowane filmy. Ponownie, jak w przypadku zastosowanych narzędzi grozotwórczych, pokazuje się niekomfortowy rozstrzał między prezentowaną tematyką, a metodą jej przedstawienia.

Poroniony był filmem z potencjałem na zostanie ważnym przedstawicielem nowej fali kina grozy, stanął jednak w rozkroku między próbą ukazania w horrorowej formie ciężkiego dramatu psychologicznego, a popcornowym straszeniem fanów Obecności i Naznaczonego, a wszystko to na dodatek zostało wzięte w będący nie do końca na miejscu nawias złożony z cytatów z klasyki. Szkoda.


Poronionego będziecie mieli okazję zobaczyć w ramach 3. przeglądu horrorów Fest Makabra już od 26.10!

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.