Klasyka z Filmawką – “Ostatnie kuszenie Chrystusa”

Październik roku Pańskiego 2019. Jutro na ekranach kin pojawi się Van Gogh. U bram wieczności z Willemem Dafoe w roli głównej. Za miesiąc cały świat filmu żyć będzie premierą Irlandczyka, już teraz szumnie porównywanego do najwybitniejszych dzieł Martina Scorsese – niektórzy pozwalają sobie nawet na dodanie do tego tytułu sformułowania “testament twórczy”. Z tej okazji powtórzyłem najbliższe mi dzieło Amerykanina – Ostatnie kuszenie Chrystusa – czyli bogatą znaczeniowo przypowieść o Chrystusie-człowieku i istocie religijności, która przy ponownym seansie wydaje się być historią znacznie głębszą i osobistą.


Zobacz też: Nasz kanon amerykańskiego kina, czyli 10 filmów na 10-lecie AMERICAN FILM FESTIVAL

Bazująca na książce Nikosa Kazantzakisa (którą to Scorsese miał otrzymać w roku 1972 na planie Boxcar Bertha) opowieść jeszcze przed premierą została wyklęta i uznana za antykatolicką. Oto bowiem ktoś śmie opowiedzieć o losie Mesjasza w sposób wątpiący w jego kryształowy charakter. Jezus kreowany przez Scorsese i wcielającego się w tę rolę Willema Dafoe to bowiem zwykły, uczciwy i sfrustrowany cieśla z Nazaretu, który przed zawiśnięciem na krzyżu może podjąć decyzję – czy chce odkupić świat, czy też zaznać spokoju u boku swojej ukochanej Marii Magdaleny (co zresztą później wykorzysta w prozie Dan Brown).

Zarzuty o herezje wydają się być tym bardziej nie na miejscu gdy spojrzymy na sylwetkę scenarzysty, Paula Schradera, uznawanego za jednego z najbardziej uduchowionych twórców. Schrader nie przeciw, a dzięki swojej wierze często próbuje wchodzić z nią w dialog i kwestionować realia życia kościelnego; to czyni w filmach Scorsese, np. w Ciemnej stronie miasta, czy w swoim niedawnym arcydziele – Pierwszym reformowanym. Podobnie zresztą bawią te stare zarzuty wobec kariery filmowej samego reżysera: w końcu w momencie premiery Ostatniego kuszenia… Scorsese miał w swoim dorobku znakomite, mocno katolickie Ulice nędzy z Harveyem Keitlem w roli głównej.

Patrząc z naszej perspektywy na Ostatnie kuszenie…, będąc niejako pozbawionymi otoczki szumnej debaty wokół premiery (jeszcze większej niźli przy okazji Kleru Smarzowskiego) widzimy w tym obrazie nie atak na religię czy kanony wiary, ale najpiękniejsze przedstawienie religijności na ekranie. Chrystus uhumanizowany wydaje się nam bardziej bliski niż jakiekolwiek przedstawienie Mesjasza na dużym ekranie – bijąc na głowę Pasję Mela Gibsona, w której, mimo dokładnego przestrzegania Słowa Bożego, zabrakło miejsca na włożenie w tę historię serca. Scorsese, mimo że jego film momentami przypomina niskobudżetową produkcję, zawsze staje po stronie chrześcijaństwa w człowieku, nie w instytucji.

Zresztą nie sposób nazwać tego filmu antychrześcijańskim gdy weźmiemy pod uwagę ostatnią scenę, finałowy kadr, w którym to Jezus krzyczy “It is acomplished” w znaczeniu takim, że dokonało się Zbawienie świata, a on zdecydował się umrzeć za grzechy. Po raz pierwszy jego decyzja wydaje się nam tak znajoma. Bowiem podejmuje ją nie biblijna figura, a bliska nam ekranowa postać, której motywacje w pełni rozumiemy i podziwiamy. I to właśnie jest trop którym powinno podążać kino katolickie.


Zobacz też: “Boże Ciało”, czyli sztuka pisania scenariusza [RECENZJA]

Kończąc ten krótki felieton mający stać się niejako zachętą do powtórki Ostatniego kuszenia…, naszło mnie pewne skojarzenie łączące film Scorsese z Bożym ciałem Jana Komasy – de facto wszak obie te produkcje są o tym samym, opowiadają o równie ludzkiej stronie wiary, o osobie, która w momencie nauczania w pełni przyjęła myśli zapisane w Biblii i stała się czystą egzemplifikacją chrześcijaństwa. Mam nadzieję, że to podobnym tropem – polegającym na kreśleniu nie klerykalnych, ale chrześcijańskich historii – postanowią podążyć również i inni twórcy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.