“Shazam!”, czyli świąteczna rozrywka dla całej rodziny! [RECENZJA]

Nie dane było Billy’emu Batsonowi (Asher Angel) przeżyć dzieciństwa w niewinny sposób. Gdy mając kilka lat przez przypadek puścił bezpieczną dłoń matki i zgubił się w tłumie dorosłych, rozpoczął odyseję po domach kolejnych rodzin zastępczych, z których uciekał tak szybko, jak to tylko możliwe. Nigdzie nie mógł zagrzać na dłużej miejsca, bo celem życia stało się odszukanie rodzicielki i odzyskanie utraconej miłości. Dopiero napotkanie kolejnej pary, pochodzącej z domu dziecka i opiekującej się gromadką dzieci o podobnej przeszłości, pomaga mu zakotwiczyć się w rzeczywistości i odnaleźć w sobie iskierkę dobra, co zostaje zauważone przez istotę o potężnej mocy. Oto bowiem Billy staje przed poważnym wyzwaniem: otrzymuje zaproszenie przed oblicze potężnego Czarodzieja, zostaje uznany za człowieka o dobrym sercu, co z kolei prowadzi do scedowania na niego odpowiedzialności za losy całego świata. Jego ciało przeszywa potężna energia, za pomocą której może ochronić ludzkość przed Siedmioma Grzechami Głównymi, oswobodzonymi uprzednio z okowów przez demonicznego Thaddeusa Sivanę (Mark Strong).

Zobacz również: Recenzję “Przedszkolanki”

Film Shazam! jest geekowską fantazją na temat życia w społeczeństwie chronionym przez superbohaterów, co widać zwłaszcza po sposobie funkcjonowania najmłodszych postaci. To millenialsi zanurzeni w popkulturze, chodzący w koszulkach z logo Supermana, czy kolekcjonujący gadżety po Batmanie, jak gdyby byli oni gwiazdami rocka. Wyreżyserowana przez Davida Sandberga produkcja utkana jest z autocytatów, mrugnięć okiem i remiksów dobrze znanych motywów. Gdy Billy zdobywa umiejętności i potrafi przemienić się w napakowanego pięknisia o aparycji Zachary’ego Leviego, to wraz z przyszywanym bratem snują plany na podstawie zapamiętanych tytułów. Kto oglądał wcześniej tego typu filmy, ten wie, że kryjówka, super pomocnik, chwytliwe one-linery i inne gadżety składają się na wizerunek i działalność superbohatera, więc chłopcy nie chcą być gorsi od swoich idoli.

Warner Bros. wraz z DC zeszli z kursu obranego wcześniej przez Zacka Snydera i ponownie odrzucili mrok na rzecz komizmu. Po świadomie kiczowatym Aquamanie przyszła pora na familijną opowieść, przy której powinni bawić się wszyscy niezależnie od wieku. Fabuła Shazama! charakteryzuje się lekkością oraz pozytywnym przesłaniem dotyczącym głównie potęgi rodziny. To trochę Kevin sam w domu à rebours, gdzie bohater nie zostaje przez przypadek opuszczony, lecz odnajduje ciepły kąt przed świętami, uświadamiając sobie, jak bardzo potrzebuje miłości najbliższych. Podobny wątek pojawia się również w kreacji antagonisty o twarzy przypominającej nemezis Jamesa Bonda, Ernsta Stavro Blofelda, gdzie pragnienie zniszczenia świata ulega osobistym ambicjom i potrzebie wyrównania rodzinnych rachunków z przeszłości.

Shazam rzucałby wiecznie żarcikami i zdobywał popularność mieszkańców Filadelfii, gdyby nie zaistniała potrzeba odnalezienia w sobie energii do walki ze złoczyńcą. Tak, z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność, więc i w tym filmie widz doświadczy z Billym mozolnej drogi na szczyt poprzez zasieki wątpliwości, które jak zawsze muszą się pojawić. Tym razem jednak twórcy zaproponują inne rozwiązanie, wcześniej raczej niespotykane w kinie superbohaterskim. Sandberg nie zaprezentuje typowego procesu dojrzewania nastolatka, czyli pozbywania się dziecinności na rzecz powagi i zdrowego rozsądku. Mimo traumatycznej przeszłości, pozwala chłopakowi nadal pozostać młokosem z głową szalonych pomysłów. Symptomatyczne, że protagonista będzie bronić się przed Grzechami, stworami o fizjonomii gargulców i innych straszydeł, w supermarkecie i lunaparku, świątyniach hedonistycznej konsumpcji i nieograniczonej zabawy.

Z tego też względu można potraktować Shazama! jako film o oczyszczającej mocy niedojrzałości, chroniącej przed nadmiernym patosem i szarzyzną dnia codziennego. To apoteoza krótkich spodenek, Piotrusia Pana i niewinności rozrywki, pozwalającej oderwać się od problemów. Po co oddawać się grzechom pychy i zazdrości, jak ironiczny dystans pozwala na doznawanie szczerej przyjemności. Sęk jednak w tym, że tego typu produkcje muszą odznaczać się znakomitym poczuciem humoru, czego w tej produkcji czasami brakuje. Wymierzone w stajnię DC ukłucia są delikatne jak wiosenny wiatr, a i cytaty wcześniejszych tytułów wyzbyte są oryginalności. Gdyby Shazam! powstał kilka lat wcześniej, dostarczyłby zapewne więcej śmiechu. Skoro jednak remiksowanie popkultury zostało znacznie lepiej przeprowadzone choćby w LEGO PRZYGODZIE albo Deadpoolu, to propozycja Sandberga jawi się bardziej jako żerowanie na sprawdzonej metodzie, reakcja na zyskującą poklask modę. Jest niegrzecznie niczym na lekcjach religii w podstawówce, co w kontekście przyjętej “familijnej” estetyki nie musi być wadą, o ile nie byłoby to tak od linijki wymierzone na osiągnięcie jak największego uznania.

Subwersywna moc Shazama!, polegająca na przesunięciu fabularnego środka ciężkości z przeklętych superbohaterskich dylematów na rzecz walki o utrzymanie statusu niedojrzałości, jest możliwa do uzyskania dzięki znakomitej roli Leviego, który ze swadą i zadziornością przechadza się ulicami miasta w kiczowatym, obcisłym czerwonym wdzianku z żółtą błyskawicą na piersiach. Ten emocjonalny smarkacz o bicepsie Pudzianowskiego wprowadza potrzebną filmowi energię i napędza akcję czasami grzęznącą w familijnych dramach i powierzchownie zarysowanych uczuciowych rozterkach. Gdy na horyzoncie pojawia się płachta bohatera, to można mieć pewność, że śmiech zaraz wydobędzie się z gardeł znacznej części widowni. Rewers protagonisty, piekielnie mroczny Strong, również staje na wysokości zadania, swoją pochmurną miną równoważąc humor i wprowadzając element niezbędnego napięcia.

Shazam! jest propozycją niezobowiązującej zabawy i powrotu do krainy niewinności, z czego kino chyba nigdy nie będzie w stanie do końca wyrosnąć. Oferuje głównie przyjemność dla przyjemności, zasadza się na bezgranicznym uwielbieniu popkultury, a przecież karnawał nie może trwać wiecznie. Sam seans przemija szybko i bezboleśnie, uśmiech błąka się po twarzy, mózgowa wyszukiwarka źródeł nawiązań pracuje na pełnych obrotach, lecz po wszystkim pozostaje poczucie niespełnienia i doświadczenie efemerycznej rozrywki tak ulotnej, jak młodość bohaterów, na której utrzymaniu tak beznadziejnie im zależy.

3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.