Marcin Czarnik: “Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Spotykamy się przy okazji premiery filmu “Schyłek dnia” w reżyserii László Nemesa. Węgierski reżyser dostał za swój debiut Oscara w kategorii “Najlepszy film nieanglojęzyczny”, a jego nowe dzieło miało premierę na festiwalu w Wenecji. U nas ma wejść do kin już na początku kwietnia, a tymczasem w polskich mediach panuje prawie kompletna cisza na ten temat. Jak myślisz, z czego to wynika?

Może z tego, że nie gra w nim Brad Pitt i Angelina Jolie? To nie jest pierwszy zagraniczny film, w którym zagrałem, jednak jak dotąd polskich mediów to nie interesowało. Nie wiem, z czym to się wiąże, może jestem za mało medialną osobą, bo większość zawodowego życia spędziłem w teatrze, a nie w kinie, a może jest to jakieś moje zaniedbanie. Na pewno jednak od kilku lat to się trochę zmienia.

Chyba przy okazji premiery “Syna Szawła” było trochę więcej szumu wokół ciebie.

Ten film był ważny dla mnie z różnych względów, nie tylko zawodowych, jednak w Polsce kojarzony jestem głównie z serialem “Artyści”. To jego autorom – Monice Strzępce i Pawłowi Demirskiemu – zawdzięczam,  że z teatru, gdzie spędziłem już prawie dwadzieścia lat, wyszedłem przez drzwi, które wcześniej były dla mnie zamknięte. Zamknięte trochę z mojej winy, bo kilka propozycji telewizyjno-filmowych odrzuciłem ze względu na swoje oddanie teatrowi.

Zobacz również: Jagoda Szelc: „Ludzie boją się, że im kradnę rozkosz” [WYWIAD]

Żałujesz wcześniej podjętych decyzji?

Nie żałuję, bo po to skończyłem szkołę teatralną, żeby pracować w teatrze. Te dziewiętnaście lat obecności w różnych, ale zawsze świetnych zespołach teatralnych – teraz TR Warszawa, wcześniej Stary Teatr w Krakowie, Teatr Wybrzeże w Gdańsku, czy Teatr Polski we Wrocławiu – bardzo dużo mnie nauczyły. Jest taka anegdota o Andrzeju Wajdzie, bodaj z 1981 roku, w której powiedział, że zdarzyło mu się w trakcie pracy rozczarować aktorami, których podziwiał na ekranie, ale nigdy nie rozczarował się aktorem, którego podziwiał na deskach teatru.

Ale pracy z kamerą też nauczyć się trzeba. Wiele mi dała praca ze świetnymi reżyserami. László Nemes swą poetyką filmową uświadomił mi, jak ważna jest dyscyplina, gdy na dużym zbliżeniu każde drgnienie twarzy jest znaczące. Niby banał, ale w tak misternych ujęciach jak u operatora Laszlo – Mátyása Erdély’ego  – dogmat. Moje dwa krótkie spotkania z Agnieszką Holland też były wspaniałą lekcją obecności przed kamerą.

Marcin Czarnik w filmie “Schyłek dnia” // fot. Gutek Film

Trudno jest odłączyć się od reszty ciała i pozbyć gestykulacji, żeby te wszystkie emocje przenieść na twarz?

Trzeba się tego nauczyć, ale jeśli aktor swobodnie operuje intencjami – czyli wie, czego chce od partnera – to kwestia środków jest już tylko drobiazgiem. Rozdzielanie aktorów na teatralnych i filmowych to mit. Są dobrzy i źli aktorzy po prostu. Np. angielscy aktorzy teatralni świetnie sprawdzają się w kinie. Mimo że w odróżnieniu od tego, co dzieje się w teatrze w Polsce czy w Niemczech, angielski teatr jest mocno anachroniczny i nie stroni od szerokich gestów i patetycznych monologów.

Kluczowe są jednak właśnie intencje i umiejętność przerzucania ich w dialogu na partnera czyli druga osobę, lub… kamerę. Aktorstwo jest zawsze dialogiem, każdy monolog jest dialogiem. W teatrze klasycznym zdaję sobie sprawę, że ostatniego widza mam kilkadziesiąt metrów ode mnie, więc naturalnie muszę używać innych środków niż w kinie, kiedy mam bliskie ujęcie twarzy. Tych różnić człowiek musi się nauczyć. Najważniejsze jest jednak to, żeby wiedzieć, czego się chce, od kogo i by to uzyskać po prostu używać narzędzi, jakimi są nasza wrażliwość i inteligencja, bo to one czynią aktora artystą.

Naprawdę jest w filmach węgierskiego reżysera jakaś przestrzeń na osobistą wrażliwość, skoro te jego “choreografie” są tak precyzyjnie zaplanowane?

Skoro László Nemes zaprosił już po raz drugi właśnie mnie do swojego filmu, to znaczy, że ta struktura, jaką jestem jako człowiek i aktor, ta osobista wrażliwość Marcina Czarnika – a nie np. wspomnianego wyżej Brada Pitta –  mu odpowiada (śmiech).

To co według ciebie zobaczył László Nemes w Marcinie Czarniku jako człowieku?

Na początku mogło go zainteresować miejsce mojego urodzenia, czyli Oświęcim. Ten temat jakoś cały czas ma wpływ na mnie i nie daje mi o sobie zapomnieć. Wypierałem to przez wiele lat, wstydziłem się, że urodziłem się w Oświęcimiu, a mieszkałem w Brzezince, gdzie z drugiego piętra domu mojej mamy widać obóz śmierci. Mnie się to miejsce kojarzyło z dzieciństwem, w dużej mierze spędzonym w okolicach albo nawet na terenie obozu, bo tam np. nauczyłem się pływać –  w basenie strażackim na terenie obozu, tam chodziliśmy z kolegami się bawić. Dla większość ludzi na świecie Oświęcim, Brzezinka, to tylko obóz, Holokaust, śmierć. Nie mogłem tego przyjąć, zrozumieć.

Dla mnie to był plac zabaw i miejsce gdzie przeżywałem pierwsze miłości, kryzysy egzystencjalne i alkoholowe upojenia, bo pierwsze wino wypiłem w baraku, przed religią (śmiech). Kiedy już się wyprowadziłem, to ten obóz zaczął wracać – zacząłem się nim bardziej interesować. Właśnie na pierwszym self tapie wysłanym do Nemesa zacząłem o tym gadać i myślę, że zaproszenie na zdjęcia próbne mogło trochę z tego wynikać. Potem musiałem jeszcze na tych zdjęciach próbnych coś zagrać. Do dziś trudno mi sobie wyobrazić, co się potem wydarzyło. “Syn Szawła” zdobył przecież mnóstwo nagród, między innymi Oscara, Złotego Globa, Grand Prix w Cannes.

Jeżeli chodzi o angaż w “Schyłku dnia”, to László na pewno lubi otaczać się ludźmi, którzy się sprawdzili w pracy. Możliwe też, że po prostu moja fizjonomia pasowała do charakteru postaci. (śmiech). Moim zdaniem drugi film László to dużo trudniejsze kino niż ”Szaweł”. O Holokauście wiemy bardzo dużo, a poza tym ujęcie Holokaustu niczym w grze komputerowej, to zawieszenie się na plecach jednej osoby i uczestniczenie w tym od środka było czymś nowatorskim, zwłaszcza po Spielbergu i po reszcie filmów, w których wszystkie środki wyrazu – od obrazu, dialogów po muzykę – wykorzystywano głównie do wyciskania łez u widza. “Syn Szawła” był surowy, bo życie członków Sonderkommando tak wyglądało. Ich los polegał na wpychaniu ludzi do krematorium, wygrzebywaniu z ich bagaży kanapek do zjedzenia, a następnie oczekiwaniu na kolejny transport.

”Schyłek dnia” to poetycki obraz końca świata, porządku opartego na pięknie i humanizmie – zamienionego w horror rozpadającej się Europy początku XX wieku.

Zobacz również: Łukasz Grzegorzek: „Jestem ekspertem od własnego życia” [WYWIAD]

Myślę też, że sam fakt debiutu mógł być dla niektórych szokujący, że nikomu nieznany reżyser był w stanie przedstawić tak radykalną wizję.

A widziałeś film “With a Little Patience”? To się tak naprawdę od tego zaczęło. Wiele osób już wcześniej wiedziało, że Nemes będzie miał fantastyczny debiut po swoim kilkunastominutowym filmie zrobionym za pomocą jednego ujęcia. To był taki zaczyn do “Syna Szawła” pod względem formalnym, ale również historii – to była zapowiedź potężnego otwarcia wspaniałego reżysera i jestem dumny z tego, że mogłem wziąć udział w obu jego długich metrażach. Oczywiście z tego drugiego trochę bardziej – może to nie przekłada się na ilość minut na ekranie, ale to moja postać nadaje w filmie kierunek i uruchamia dynamikę opowieści.

Grana przez ciebie postać od razu skojarzyła mi się ze Stawroginem z “Biesów” Dostojewskiego. Łączy tych bohaterów pewna aura tajemnicy wokół nich roztoczona, bo wprawdzie nie pojawiają się przed widzami/czytelnikami zbyt często, ale to oni odpowiadają za cały ferment.

Naprawdę bardzo lubię ten film, tę historię o końcu Europy. Zatoczyliśmy jakieś koło, minęło sto lat i znów coś podobnego się zaczyna. Na pewno bez znajomości historii Europy, a zwłaszcza Węgier, trudno rozszyfrować “Schyłek dnia”. Przy okazji tej pracy przeczytałem mnóstwo węgierskiej literatury pięknej i chyba ze cztery tysiące stron na temat historii tego kraju. Pomocne były na przykład książki “Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach” (taki tytuł zresztą mogłaby też mieć książka o historii Polski), albo “Budapeszt 1900”. Przełom XIX i XX wieku to był najlepszy okres w historii Węgier, Budapeszt był najlepiej rozwijającą się stolicą europejską, budowano tam pierwsze metro na kontynencie. Stąd ten kurz w filmie, bo w tle właśnie budują metro. Odnośników do historii jest więcej: na przykład nazwisko bohaterki jest nazwiskiem żydowskim, więc to przejęcie zakładu w dziwnych okolicznościach i śmierć rodziców w płomieniach  można potraktować jako metaforę i zapowiedź “Syna Szawła”.

Marcin Czarnik w filmie “Schyłek dnia” // fot. Gutek Film

Jak bohaterka przyjeżdża pociągiem na prowincję, żeby ciebie odnaleźć, chodzi mi o tę pierwszą mroczną scenę, w której próbują ją zgwałcić…

Wiesz, że to było kręcone w tym samym miejscu, w którym były krematoria w “Synu Szawła”? To jest ta sama lokacja, pewnie nawet ta sama lokomotywa została wykorzystana.

To tym bardziej się zgadza z moim skojarzeniem! Bo właśnie ta lokomotywa jest przerażającym symbolem zmian. Jej powstanie wcześniej świadczyło o rozwoju przemysłowym, a kilkadziesiąt lat później ta technologia służyła już kompletnie do czegoś innego, do przeprowadzenia eksterminacji.

Koniec Europy, powiedzmy “rycerskiej”, zbiegł się z końcem Wielkich Węgier, których 3/4 terytorium po I Wojnie Światowej znalazło się poza granicami kraju. Tak jest do dziś.

Można powiedzieć, że ich sytuacja trochę przypomina naszą, związaną z Kresami Wschodnimi.

Tam jest jednak mocniej, dlatego że ci ludzie tam ciągle mieszkają. Z Kresów większość Polaków zostało jednak przesiedlonych, a oni tam zostali, na przykład w Rumunii czy na Słowacji, na terenach, które etnicznie i historycznie należały do Węgier.

A mówisz po węgiersku?

Uczyłem się węgierskiego około osiem miesięcy, ale jak skończył się projekt, to już przestałem. Mimo to trochę rozumiem ten język i umiem poprawnie przeczytać tekst, co nie jest łatwe.

Twoje najważniejsze role są związane z rewolucjonistami, to przypadek?

Takie postaci są mi bliskie, chociaż László o tym nie wiedział.

Ale jednak trafił.

No tak, coś w tym jest. Postaci, w jakich zostaję często obsadzany, można by scharakteryzować, jak napisał Goethe: “Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”. Albo raczej odwrotnie (śmiech). Na przykład jeżeli chodzi o Dzierżyńskiego, którego grałem i którego historia mną najbardziej wstrząsnęła, to w Polsce jest znana głównie jego negatywna narracja. Był mordercą, katem, wymyślił podstawy radzieckiej służby bezpieczeństwa, odpowiadał za dwadzieścia różnych działów funkcjonowania państwa i się w tym sprawdzał używając terroru. Ale za młodu chciał być duchownym, został socjalistą, trzy razy piechotą uciekał z Syberii.

To nie był sybaryta jak Piłsudski. Feliks Dzierżyński nie miał żadnego mienia, spał na sienniku na  Łubiance – prawdziwy komunistyczny idealista. Jednak wkrótce stracił wiarę w człowieka i możliwość jego przemiany. I choć na początku naprawdę wypuszczał ludzi z więzienia na słowo honoru, to gdy okazało się, że świat jest go pozbawiony – jako Czerwony Kat zaczął „ciosać siekierą” nowego człowieka. No, nie udało się. To się nigdy nie udaje, Robespierre też tego zresztą próbował. I Robespierra też grałem w teatrze (śmiech).

Zobacz również: Wywiad z Larsem von Trierem

Jak wyglądają twoje najbliższe plany filmowe?

Wyjeżdżam robić film na Bali, reżyseruje Paweł Ferdek, gram ja i Anna Krotoska. To historia o parze, która wyjeżdża pod wulkan w Indonezji – każde z ich z innych powodów.  W skrócie: ona chce dziecka, on chce zdobyć wspomniany wulkan, spełnić swe marzenie z młodości. W międzyczasie pojawiają się różne komplikacje, intryga trochę z pogranicza magii i thrillera sensacyjnego. Scenariusz przypomina mi klimatem “Harry’ego Angela”. No zobaczymy. Jestem podekscytowany.

A co z teatrem?

Mam nadzieję, że to dojdzie do skutku i w wakacje w Teatrze Nowym w Krakowie zaczniemy z Janem Klatą projekt na podstawie książki Davida Graebera “Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat” wydanej przez Krytykę Polityczną. To niesamowita dzieło o historii długu – od zarania dziejów do dziś, długu tym ekonomicznym, wobec np. “Pana” czy banku i tym magicznym – wobec rodziców czy boga. Dużo muzy i materiał na totalne teatralne szaleństwo. Nie mogę się doczekać.

Jakie uczucia towarzyszą powrotowi do tego reżysera?

Ostatnio z Janem zrobiłem “Do Damaszku”, ładnych parę lat temu. Później, ze względu np. na realizację “Schyłku dnia” na Węgrzech, nie brałem udziału w jego projektach. Jan jest wspaniałym reżyserem, z którym dużo mnie łączy, jeżeli chodzi o gust, o zainteresowanie muzyką, której zawsze jest bardzo dużo w jego spektaklach.

I też jest na swój sposób rewolucjonistą.

I też jest rewolucjonistą. Czas najwyższy, żebyśmy się spotkali i znów coś wspólnie zrobili.

„Do Damaszku”, Narodowy Stary Teatr / fot. Przemek Krzakiewicz

Jaka jest różnica między pracą w teatrze a w kinie?

Zawsze ceniłem sobie w teatrze wolność, że najpierw dużo rozmawiamy z reżyserem, próbujemy wspólnie, ale później przychodzi premiera i tak naprawdę przez kolejne godziny jestem sam, ja, partner i widz. Ale nawet jeśli aktor w swej grze jest najuczciwszy wobec postaci, to wiele zależy właśnie od widza. Widz ma wpływ na to, co się dzieje na scenie, niezależnie czy aktor z nim walczy, czy mu schlebia. Oczywiście aktor w teatrze sam jest panem czasu i przestrzeni “tu i teraz”, i za każdym razem może coś zmieniać. Jednak ostatnio coraz bardziej zaczyna mi to przeszkadzać.

Dlaczego?

Odpowiem przywołując przykład kanadyjskiego pianisty Glenna Goulda, który był znany głównie z interpretacji Bacha. W pewnym momencie kariery zamknął się w studio i zupełnie przestał koncertować, żeby cyzelować muzykę dźwięk po dźwięku, żeby utwory były jak najbardziej wierne jego wyobrażeniu o doskonałości. Teatr nie istnieje bez widza, który często jest przypadkowy, nie skupiony. Za to w kinie jest coś takiego, że “tu i teraz” jest zarejestrowane, mamy to oko kamery, które jest czymś sztucznym, mamy wreszcie tego człowieka, reżysera – najważniejszego widza, który za wszystko odpowiada i wie, co chce osiągnąć, wtajemnicza w to aktora i razem w trójkę z operatorem próbują ten cel osiągnąć. Nie chcę powiedzieć, że to jest uczciwsze, ale na pewno to jest to, co mnie w tym momencie bardziej interesuje.

Zaskoczyło mnie, że z biegiem czasu jesteś wobec siebie coraz bardziej krytyczny, bo tak naprawdę, jeżeli chodzi o twoja karierę, to tendencja jest ewidentnie wzrostowa.

To kwestia świadomości. Za doświadczeniem idzie świadomość swoich ograniczeń. Kiedyś oczywiście czułem, że coś jest dobre, co jest złe, ale nie potrafiłem tego nazwać, nie potrafiłem wyciągnąć z tego wniosków. Oczywiście był też taki okres w życiu, kiedy uważałem, że jestem fantastyczny i dziwiłem się, dlaczego wszyscy o tym nie wiedzą, Teraz mam coś takiego, że zasób środków mi się powiększył. Na przykład czuję się swobodniej w kinie. Wcześniej na wszelkiego rodzaju castingach byłem spięty.

Nie potrafiłem się rozluźnić, brakowało mi tego, co miałem w teatrze, czyli prób, rozwiązywania problemów wspólnie z reżyserem, a nie udowadniania komuś w pięć minut, że jestem do tej roli odpowiedni. Bardzo mnie to spinało i nie pozwalało oddać się zadaniu, a teraz, jak tekst jest zrozumiały, to po prostu sobie z tym radzę. Jeszcze ciągle nie zagrałem takiej roli w filmie, jakie przez lata grałem w teatrze. Mam przecież Hamleta za sobą, zagrałem Dzierżyńskiego, czy Robespierre’a. Te postacie wiele mnie kosztowały.

Wielka Improwizacja też jest za tobą. Chodzi o ten epizod z serialu “1983”.

Poniekąd (śmiech), ale to wielkie zadanie w kinie jeszcze jest przede mną.

Ostatnio też miał miejsce twój debiut reżyserski, czyli “Co gryzie Gilberta Grape’a” w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie.

Jestem aktorem, więc za warstwę plastyczną, choreograficzną i scenograficzną odpowiada moja żona Milena Czarnik. Ona zrobiła tam wszystko, a ja zająłem się tym, co mnie interesuje najbardziej, czyli pomogłem wspaniałym młodym ludziom w odnalezieniu granych przez nich postaci. Miałem spory wpływ na scenariusz, oczywiście dostałem od naszego dramaturga Pawła Sablika szkielet, który starałem się wypełnić pełnowartościowymi bohaterami i myślę, że mi się udało. Myślę, że to jest dobry spektakl, w którym są ludzie, którzy o czymś marzą. Udało się też to zrobić demokratycznie, każdy ma tam ważna rolę niezależnie od tego, ile ma scen do zagrania.

“Co gryzie Gilberta Grape’a”, reż. Marcin Czarnik, AST w Krakowie // fot. Natalia Kabanow

Mówiłeś we wcześniejszych wywiadach, że nie za dobrze wspominasz studia na Akademii Teatralnej w Warszawie. Chciałbyś wtedy spotkać na swojej drodze takiego reżysera, jak Marcin Czarnik?

Uczę w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie. Praca w szkole nie jest zaspokajaniem moich edukacyjno-reżyserskich ambicji. Chciałbym dać młodym ludziom to, czego moim zdaniem sam w szkole nie dostałem. Naturalnie wiele zawdzięczam moim profesorom, na przykład umiejętność mówienia wierszem zawdzięczam wspaniałemu Zbigniewowi Zapasiewiczowi. Wiele osób miało wpływ na to, kim jestem. Jednak w trakcie mojej edukacji na warszawskiej AT skutecznie podcięto mi skrzydła i długo musiałem się potem zbierać, by uprawiać ten zawód z przyjemnością. Dobrze, że trafiłem na takich reżyserów, jak Klata czy Strzępka, cieszę się też z małych spotkań z Krystianem Lupą, dzięki tym spotkaniom jestem, kim jestem.

Zobacz również: „Schyłek dnia”, albo koniec świata, na jaki zasługujemy [RECENZJA]

Czyli rozumiem, że nie chcesz dalej reżyserować?

Nie wiem jeszcze. Przeraża mnie odpowiedzialność za kogoś. Poza tym spędziłem z aktorami półtora miesiąca pracy na scenie, po kilkanaście godzin dziennie zajmowałem się tylko nimi i ich postaciami, i potwornie mnie to wyczerpało. Wykańcza mnie również na etapie realizacji sporo różnych technicznych przeszkód, o których wcześniej nie wiedziałem, że istnieją i na które jako reżyser nie mam do końca wpływu. A jeśli chodzi o spektakl „Co Gryzie Gilberta Grape’a w reżyserii Marcina Czarnika? Powiem nieskromnie, że zazdroszczę młodym aktorom, że mogą w nim grać (śmiech). Jestem dumny, że zrobiłem im miejsce, że mogą rozpychać się w swych rolach. Jednak ciągle jestem bardziej aktorem niż reżyserem. I chyba tak zostanie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.