„Godzilla Minus Zero” – Kaiju na wietrze [RECENZJA]
Niektórzy czytelnicy naszej strony mogliby zaryzykować odważne stwierdzenie, że są w życiu ważniejsze rzeczy niż wielkie potwory. Podobno tak, ale na pewno nie w moim, o czym wyżej wspomniani mogli przekonać się niecałe trzy lata temu. Minus One zajmuje w moim ocalonym sercu szczególne miejsce, zatem oczekiwania wobec kolejnej części historii o Godzilli były równie wielkie co sam Król Potworów. Zasłużony Oscar za efekty specjalne, mały renesans popularności monstrum w zbiorowej świadomości czy zapłakany wydawca Filmawki na seansie to przecież obiektywne wyznaczniki kulturowego impaktu filmu Yamazakiego. Jednak, gdy kurz po zrujnowanym mieście opadł, jest jeszcze na co czekać? Czy licząca ponad 70 lat marka może czymś jeszcze zaskoczyć widza? Czy sequel niekwestionowanego arcydzieła może mu się przynajmniej równać? Czy na ekranie IMAX dobrze będzie widać ludzki płacz? Czy warto było szaleć tak? Już wyjaśniam.
Od czasu ostatniego ataku Godzilli minęły dwa lata, a naród powoli odbudowuje się na zgliszczach II Wojny Światowej. Jednak samoregenerujący się atomowy jaszczur ani myśli się temu biernie przypatrywać, więc z czasem wychyli swoją piękną gębę spod powierzchni oceanu. Nie tylko aby poszarpać się z innym „tajemniczym”, niewiele mniej gadzim zagrożeniem, ale by utrudnić gojenie ran bohaterom części pierwszej. Oczyszczony z hańby Shikishima jest teraz bohaterem narodowym, żyjącym u boku ocalałej z ataku potwora Noriko, z którą wychowuje małą Akiko. Plany na wspólną przyszłość stają pod znakiem zapytania zawiniętym w kształt smoczego ogona, bo wielki potwór zamierza dobitniewszystkim przypomnieć o ich ledwie wypartych traumach. I niczym w Minus One, tutaj również najważniejsi w filmie o Godzilli są ci, którzy przed potworem muszą uciekać. Albo mu wklepać, ale o tym później. Wkraczamy niestety w rejony klasycznego przekleństwa kolejnej części, gdzie wątki pozornie idealnie domknięte otwierają się ponownie.

Nuklearne gruzowisko, które zostawił po sobie Król Potworów, jest jednym z najbardziej oczywistych odniesień do realnych tragedii, jakich w latach 40. doświadczyła Japonia. Gdyby jednak komuś nazwy Hiroszima i Nagasaki nie mówiły zbyt wiele, reżyser zadba, aby wyraźnie uświadomić wszystkich, z czym wiąże się wybuch bomby atomowej. Poparzenia, radiacja, deformacje i ogrom płaczu. Jednostkowe tragedie w zbiorowej mogile. Niestety to, co w pierwszej scenie ewokowało wręcz fizyczny ból, przy kolejnej retrospekcji zmienia się w irytujący świąd. Ckliwe wspomnienie z lat wojennych za pierwszym razem gra na strunach duszy widza, stając się później kakofonicznym brzdąkaniem. I gdybyście o tym też zapomnieli, to protagoniści nie mogą stracić się nawzajem! Ja wiem, że to film wojenny, ubrany w szaty kaiju eiga, więc cierpienie i lamentu jest wręcz wskazane. Choć zakrawa to może na mój skopofilny sadyzm, chciałbym je zobaczyć, zamiast tylko o nim słyszeć. Ale jeśli mam już śledzić czyjś monolog, niech będzie pełen szaleństwa. Bo chyba zgodzimy się wszyscy, że atak Godzilli może być znaczącym wydarzeniem.
Choć będę pewnie w tej perspektywie odosobniony, to Minus Zero błyszczy w moich oczach właśnie wtedy, gdy nie wstydzi się swojego kampowego rodowodu. Chociaż trzeba dokonać krwawej anihilacji wielkiej gadziny, prawdziwy antagonista filmu ma znacznie bardziej ludzkie oblicze. Ukryte za okularami przekrwione gałki oczne, niedawno jeszcze wylewające perliste łzy, teraz same gotowe są miotać laserem w stronę tych, którzy staną na drodze realizacji wielkiego planu. Tragedia wielokrotnie popchnęła ludzkość do szaleństwa i radykalnych kroków, więc aż dziwne, że Yamazaki, tak obficie czerpiący z doświadczenia wojennego Japończyków, nie pozwala sobie samemu na wspomniany szał. Ma ku temu talent, środki finansowe, kontekst historyczny i świadomość, że publika i tak może pławić się w atomowym blasku jego dzieła. Co więcej, to działa od ponad siedmiu dekad! Dlatego ta seria istnieje w zbiorowej świadomości widzów nie tylko jako kreatywne przetwarzanie realnej tragedii, ale i przyczynek do eksploracji materii filmowej i bezpretensjonalna frajda. Mamy w ręku wszystko czego trzeba do stworzenia arcydzieła kina akcji, ale przecież nie możemy zapominać, że wojna nigdy się nie zmienia.

No, czasem trochę się zmienia, bo technika ewoluuje wraz z przeciwnikiem. I kiedy wreszcie dane jest nam stanąć naprzeciw szczytowych osiągnięć ludzkości (mówię zarówno o ekranie IMAX jak i technologii, której używa wojsko w filmie), wszystkie doczesne problemy znikają. Gdy głowa Króla Potworów wyłania się z wzburzonego morza, a jego ryk niemal rozsadza głośniki, krzesła na sali i moje wnętrzności, przypominam sobie, po co chodzę do kina. Każdy zamach ogonem, ciężki krok i atomowa erupcja (szczególnie ta w Nowym Jorku) to poezja w ruchu. Wielkie bestie się tłuką, budynki się walą, krew się leje, szczęka leży na podłodze. I to właśnie tutaj kryje się zamaskowany przez większość filmu potencjał Yamazakiego, bo potrafi wybitnie pracować obrazem. Skala filmu jest większa, więc i środki wyrazu będa musiały się do niej dostosować. Płonące miasta, zrujnowane szczyty gór, sterty trupów, a my w przerażeniu wypatrujemy zarówno ocalałych, jak i sprawcy zagrożenia. I nikt nie musi mi przypominać, że na zachodzie bez zmian, bo wyraźnie to widzę.
Mówię to z ciężkim żalem, ale film zostawił mnie emocjonalnie pustym. Nie w ramach spojrzenia na tysiąc jardów, gdy na nuklearnym pustkowiu zostaję tylko ja i moje rozchwiane myśli. Kazał mi wrócić do domu na autopilocie, żebym ledwie zrozumiał, co właściwie zobaczyłem. Kolejny dramat wojenny z kaiju na drugim planie? Kiczowaty film monster on the loose z roztrzepanym naukowcem i wymyślonymi naprędce wynalazkami? Demo reel do kamery IMAX? Zapowiedź body horrorowego sequela? Każda z odpowiedzi jest poprawna, ale nie wyczerpuje natury problemu. Wyczerpany za to jestem ja, próbując zrozumieć, co autor miał na myśli i dlaczego to, co wyniosło Minus One na wyżyny filmowej maestrii, rzuca tylko niewyraźny cień na Minus Zero. Zostaje mi tylko wrócić do poprzednich filmów o jaszczurze, bo prędzej mi Biollante na dłoni wyrośnie, niż znowu uda się pogodzić ludzkie tragedie z potworną rozwałką. Nie żeby udało się już kilka razy.
korekta: Krzysztof Kurdziej
Absolwent łódzkiego filmoznawstwa, entuzjasta kina wszystkich wysokości, regularny czytelnik historii obrazkowych, cierpiący na stały niedobór książek, aspirujacy AFoL.
