Advertisement
FestiwaleFilmyRecenzje

„Primetime” – samiec alfa? [RECENZJA Z WENECJI]

Daniel Łojko
Kadr z filmu „Primetime”
Kadr ze zwiastuna filmu „Primetime”

Każda kolejna informacja o nowym castingu Roberta Pattinsona powoduje wypieki na twarzy. Nie inaczej było w przypadku Primetime, który jest pełnometrażowym fabularnym debiutem Lance’a Oppenheima. Zwiastun filmu pozwalał sądzić, że zobaczymy coś odklejonego, ciekawego, dzikiego. A jak wyszło naprawdę? Obraz ten niewątpliwie jest interesującym i autorskim kinem ze świetnym, chociaż nieco przyćmionym przez drugi plan Pattinsonem.

Brytyjczyk wciela się w Chrisa Hansena, prowadzącego programu To Catch a Predator, który swego czasu cieszył się dużą popularnością w amerykańskiej telewizji. Hansen i jego ekipa we współpracy z organizacją Perverted-Justice podszywali się pod małoletnich w celu zwabienia dorosłych mężczyzn i ujawnienia ich jako pedofilów, co często skutkowało ich natychmiastowym aresztowaniem jeszcze w trakcie nagrań. Film ze scenariuszem Ajona Singha pokrywa końcówkę emisji programu, kiedy to fikcjonalizowana wersja Hansena ma coraz większego fioła na punkcie słupków oglądalności. Tak przynajmniej obiecuje zapowiedź tej produkcji. Primetime w elektryzujący sposób łączy mrok Wolnego strzelca z błyskotliwością Zadzwoń do Saula, zaś dzięki ujęciom z ukrytych kamer wprowadza klaustrofobiczny niepokój Backrooms. Porównania te nie są na wyrost i nie sprawiają jednocześnie, że Oppenheim jedynie kopiuje pomysły (ciężko zresztą robić to w przypadku filmu Parsonsa, który dopiero co miał premierę). Reżyser zakorzenia się w tych stylistykach, prowadząc swoją historię w thrillerowe kierunki, niejednokrotnie zderzając je z sarkazmem.  Wizualne bajery uzupełnione są przez przesycone kolory, często będące aż zbyt duszne, nawet jeśli są to ciemne barwy, oraz charakterystyczną fakturę obrazu, przypominającą telewizję. Film Oppenheima potrafi cieszyć oko i jest w tym jednocześnie doświadczeniowo niekomfortowy.

Kadr z filmu „Primetime”
fot. „Primetime” / materiały prasowe A24

Primetime sporo musi nadrabiać warstwą wizualną, ponieważ czasem nie dojeżdża scenariuszowo. Po zwiastunach można było mieć spory apetyt, natomiast produkcja momentami jest aż zbyt stonowana i prosi się o odrobinę więcej mięska, pazura, jakiejś groteskowej szarży, energii. Oppenheim i Singh nie umieszczają Hansena po jakiejś konkretnej stronie. Fakt, jest on protagonistą filmu, jednak twórcy często stawiają go także w roli antybohatera – zresztą zgodnie z prawdą. Chociaż misja To Catch a Predator  wydawała się słuszna oraz potrzebna, twórcom programu obrywało się za kwestie etyczne, celowe prowokacje czy brak wiarygodnych zapisów rozmów między Perverted-Justice a potencjalnymi przestępcami. No i przede wszystkim: za pielęgnowanie strony biznesowej oraz utrzymywanie wysokich słupków oglądalności kosztem prawdziwej sprawiedliwości. Hansen malowany jest tu jako człowiek skonfliktowany, niejednoznaczny, walczący ze złem. Bywa zagubiony, ale i śliski, celowo nieświadomy tego, że sam przyczynia się do innego rodzaju zła. Twórcy nie do końca pewnie chwycili swoje fabularne pomysły: z jednej strony chcą nieco bardziej przyjrzeć się To Catch a Predator, z drugiej także samemu Hansenowi, wprowadzając wątki prywatne. Te są chyba najsłabszym i bardzo kliszowym elementem scenariusza – niby w jakiś sposób próbują pogłębiać prowadzącego program, ale czuć, że nie było tu nawet wiary w pomysł.

Może z tego rozkroku wynika mój mały niedosyt co do występu Pattinsona. Robert jest w roli Hansena magnetyczny, elektryzujący, niepokojący. Czasem nawet robotyczny – kiedy odbiera telefon, za każdym razem przedstawia się w ten sam, zaprogramowany, wyćwiczony na potrzeby telewizji sposób. Nawet kiedy dzwoni do niego żona. Aktor zdążył już podbić internet swoim „You see how this looks, right?” ze zwiastuna (tuż po „Somebody get these BEGGARS out of here!” z Odysei, niesamowity gość) i nie mam wątpliwości, że będzie jednym z mocniejszych zawodników w zbliżającym się sezonie nagród. Brakuje jednak tej postaci jakiegoś wyraźnego momentu czy punktu w fabule, który jasno i bardziej zdecydowanie popchnąłby ją dalej, co poskutkowałoby jakimś mocniejszym momentem w występie Roberta. Może dlatego drugoplanowa rola Skylera Gisondo momentami przyćmiewa odtwórcę głównej postaci. Amerykanin gra u Oppenheima aktora, który dostaje pracę jako przynęta w programie. Samo to wymaga u niego wejścia w buty naiwnego dzieciaka, jednak Gisondo wykrzesuje ze swojego bohatera pokłady dzikiej przebiegłości, wrażliwości. Stanowi on jednocześnie przedłużenie, ale i przeciwwagę Hansena. Skyler prezentuje dzięki temu szeroki wachlarz targanego emocjami człowieka, który próbuje jakoś odnaleźć się w moralnej pułapce zastawionej przez twórców programu. Drugie i dalsze plany to w ogóle bardzo mocny element produkcji. Merritt Wever stanowi serce obsady wcielając się w producentkę Andie Bender, idealnie balansując ekscentryczność Pattinsona i naiwność oraz zakłopotanie Gisondo. Potrafi być zimna oraz wredna, jednak przybiera też maskę takiej dobrej cioci, która otacza chwilową opieką. Bardzo udany występ zaliczyła Phoebe Bridgers (której oryginalną piosenkę usłyszymy w napisach końcowych) – prosty zabieg w postaci innego koloru włosów pozwolił na uczynienie z niej pełnokrwistej postaci, a nie tylko piosenkarki w filmie. Zamiast onirycznej wrażliwości ze swoich utworów, emanuje buntowniczą racjonalnością.

Przeczytaj również:  „Gwiazdozbiór Psa” – Gatunkozbiór Scotta [RECENZJA]
Primetime Skyler
Kadr ze zwiastuna filmu „Primetime”

Primetime to w wielu aspektach po prostu kawał dobrej, przyciągającej, interesującej  produkcji. Wizualia i występy cieszą oko, a Oppenheim umiejętnie buduje dyskomfort wynikający ze specyfiki podejmowanego tematu. Skutecznie podnosi też temperaturę krwi, lecz wbrew oczekiwaniom oraz zapowiedziom, nie doprowadza jej do wrzenia. Mimo to stanowi ciekawy przykład autorskiego kina i dowód na to, że znany z bardzo dobrych dokumentów reżyser odnajduje się również w świecie filmu fabularnego.

korekta: Michalina Nowak

+ pozostałe teksty

Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen”, „Władcy Pierścieni” filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas”, to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż” grupy Rotary.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Wolny strzelec, Backrooms. Bez wyjścia, Zadzwoń do Saula

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.