„Oasis: Don’t Look Back in Anger” – Zjednoczenie Królestwa [RECENZJA Z WENECJI]
Nigdy nie byłem fanem Oasis. Nie to, że nie lubię tego zespołu – po prostu nie zagłębiałem się w jego dyskografię, a moja znajomość kończy się na największych hitach pokroju Supersonic, Wonderwall i Don’t Look Back in Anger. Ba, przez większą część mojego jestestwa na tym łez padole Oasis po prostu nie istniało, a bracia Gallagher pałali do siebie czystą nienawiścią. Wiadomość o sztamie Noela i Liama oraz wielki powrót zespołu to pewnie jedno z największych muzycznych wydarzeń XXI wieku. I jak tu nie nakręcić o tym dokumentu? Film noszący podtytuł po ostatnim z wymienionych utworów – może i prosty, ale skuteczny zabieg – nie jest bynajmniej ckliwą przejażdżką i kapitalizacją pojednania Gallagherów.
Rozumem ciężko objąć jest popularność Oasis – zwłaszcza, kiedy nie żyło się w tamtych czasach. I zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Wystarczy jednak obejrzeć film Willa Lovelace’a i Dylana Southerna. Oasis: Don’t Look Back in Anger zagląda za kulisy ubiegłorocznej, pojednawczej trasy koncertowej kapeli z Manchesteru. Nie mamy tu jednak do czynienia ze zwykłym dokumentem, a jeśli szukacie analizy relacji między braćmi oraz odpowiedzi na to, co naprawdę wydarzyło się w ostatnich latach i doprowadziło do powrotu Oasis, Wasze pytanie zostanie zawieszone w próżni. Bo odpowiedzi po prostu nie ma. Jak sam w filmie stwierdził Noel – nie jest osobą, która wybacza ludziom, ale to najzwyczajniej w świecie stało się samo z siebie. Animozje uleciały, bracia Gallagherowie dojrzeli, zmądrzeli i podali sobie ręce. Tyle. Co więc ciekawego może być w tym filmie?

Southern i Lovelace na podstawie scenariusza Stevena Knighta (Peaky Blinders) wykorzystują powrót Oasis do opowiedzenia o znaczeniu zespołu w wielu współczesnych kontekstach. Dwie godziny filmu napakowane są wątkami, z których część z nich stanowią opowieści z różnych szerokości geograficznych: od irlandzkiej klasy robotniczej, przez fandom Oasis w Korei, po kibiców argentyńskiej drużyny piłkarskiej San Lorenzo, adaptujących i przerabiających Wonderwall jako nieoficjalny hymn klubu. W początkowej fazie produkcji pojawiają się oczywiście przebitki z pierwszych prób zespołu przed trasą, gdzie wciąż wyczuwalne jest napięcie między braćmi. Narrację z offu często prowadzą nie tylko Noel z Liamem, ale i fani z całego świata, których wypowiedzi składają się na opowieść o najważniejszym zespole ich życia. Odskoczni od codzienności, czy wreszcie pojednaniu i braterstwie.
Wydaje się to bardzo banalne, ale w tym chyba tkwi siła całego filmu. Powrót Oasis stanowi tu katalizator do opowiedzenia o potrzebie wspólnoty oraz odnajdywaniu swoich ludzi pośród kompletnie nieznajomych – bandy świrów w bucket hats i z browarami w łapach, z którymi wspólnie wyśpiewasz jedne z największych hitów, jakie brytyjska scena muzyczna słyszała od czasów The Beatles. Southern i Lovelace naturalnie mówią też o przebaczeniu, ale jak już ustaliliśmy z Noelem – to było coś naturalnego. Pomimo fasady twardzieli i kozaków, w niektórych wypowiedziach starszego Gallaghera czuć pewien smutek oraz jakiś rodzaj wstydu wynikające z głupiej utraty kontaktu z Liamem na 15 lat. Produkcja ta odsłania wrażliwą stronę braci, lecz nie sili się na emocjonalny szantaż – to czyste, ludzkie emocje, które do głównych bohaterów przyszły dosyć późno. Film naturalnie pokrywa wydarzenia mające miejsce podczas ubiegłorocznej trasy koncertowej, toteż dostajemy m.in. wzruszający segment o „Manim” Mounfieldzie – zmarłym w listopadzie 2025 roku basiście The Stone Roses, czyli zespołu, po którego koncercie Liam postanowił zostać wokalistą, a Noel zainspirowany utworem Sally Cinnamon odkrył swoje przeznaczenie songwritera (i nie, to nie ta sama Sally).

Równie naturalnie pojawia się wątek polski, wynikający ze słynnego „doing the Poznań”, czyli kibicowskiej aktywności podłapanej przez fanów Manchesteru City (któremu kibicują Gallagherowie) w trakcie meczu z Lechem Poznań w 2010 roku. Podczas spotkania fani „Kolejorza” w pewnym momencie odwrócili się plecami do boiska, złapali za ramiona i zaczęli razem skakać. Od tamtej pory na wielu europejskich stadionach regularnie możemy to obserwować. Idealnie wpisuje się to także w ideę pojednania oraz wspólnoty, tak silnie płynących z produkcji. No dobrze, ale jaki jest w ogóle kontekst „Poznania” w dokumencie o Oasis? Ano taki, iż gdyby było Wam mało wrażeń, twórcy serwują nam również film częściowo koncertowy. Don’t Look Back in Anger zawiera nagrania z utworów zarejestrowanych podczas ubiegłorocznej trasy. Świetnie uzupełnia to narrację poszczególnych fanów, łącząc słowo mówione z obrazem oraz twórczością zespołu, skupiając się jednocześnie na poszczególnych ludziach tworzących społeczność wokół kapeli. Niektóre fragmenty występów bywają jednak nieznośnie wydłużone, a mnogość wątków w pewnym momencie przygniata rytm narracji. Film raz po raz wraca jednak na właściwe tory, ale takie wahania od czasu do czasu mogą zaburzyć wrażenia z seansu.
Oasis: Don’t Look Back in Anger to film niezwykle wieloznaczny, zestawiający konteksty i odczucia pojedynczych fanów z najnowszą historią zespołu. Jednocześnie szeroko komentuje inspirujący wpływ Oasis na młodsze pokolenia oraz emanuje wzruszającą wspólnotowością. Nie ma tu mięska, ale nie jest to też laurka – bardziej próba ściślejszego ujęcia współczesnego wpływu zespołu na codzienność tak wielu niezliczonych żyć. Płynie z tego także coś w rodzaju happy endu i ulgi, których przy pojednaniu doświadczyli Gallagherowie. Liam oraz Noel wciąż są tymi samymi, pewnymi siebie, zabawnymi dupkami – ich arogancja stopniała jednak wraz z wiekiem, pozwalając dostrzec niektóre błędy i dać tak wielu ludziom to, co jest dla nich ważne. Wiedzą, ile dla nich znaczą, a ten film jest swego rodzaju podziękowaniem fanom, którzy przez tyle lat niezmiennie wspierali Oasis.
korekta: Monika Konkol
Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen”, „Władcy Pierścieni” filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas”, to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż” grupy Rotary.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Supersonic, Oasis: Lord Don't Slow Me Down, Knebworth 1996
