“Hellboy” – Apokalipsa franczyzy [RECENZJA]

Po Guillermo del Toro, pałeczkę ekranizacji komiksu Mike’a Mignoli przejął Neil Marshall. Meksykanin, mimo paru lub wielu niedociągnięć, zależy kogo zapytać, postawił poprzeczkę na dość wysokim poziomie. I jeśli zastanawiacie się, czy nowy Hellboy tę poprzeczkę przeskoczył, albo chociaż był blisko, to odpowiedź jest jedna – nie. Piekielny chłopiec wziął dobry rozbieg, ale nie wyskoczył za wysoko.

Zobacz również: „Smętarz dla zwierzaków” – Król wykastrowany [RECENZJA]

W kinie akcji panuje bardzo brzydki zwyczaj nadmiernej ekspozycji i rozpoczynania opowieści historyczną narracją. Nie inaczej jest i w tym przypadku – na powitanie otrzymujemy narrację Iana McShane’a, która od razu pokazuje nam, kto jest głównym złym – Nimue, królowa krwi, pokonana przed wiekami przez króla Artura. Jej ciało zostało poćwiartowane i zamknięte w kilku różnych skrzyniach, które następnie zostały ukryte w różnych zakątkach Anglii. Jeśli kiedykolwiek miałaby wrócić, będzie chciała ujrzeć koniec ludzkości.

Hellboy 2019

Brzmi bardzo kliszowo, ale kliszowość jest nieodłącznym elementem takich historii. I możnaby to przerodzić w tonę frajdy podszytej niezbyt ambitną fabułą. Tylko trzeba przestać udawać, że chodzi o coś innego niż o czystą zabawę właśnie. Poprzednie części lawirowały gdzieś wokół rozterek Hellboya, jednakże było to ledwo drapanie powierzchni, a u rdzenia nadal leżał humor, one-linery i naparzanie się z potworami. Tym razem wgryzamy się w głębie serca naszego czerwonego emo dziecka z daddy issues, a u rdzenia leży masturbacja nadmierną brzydotą, przemocą i gęstą komputerową krwią. Nie mówiąc już o tym, że ilości patosu dorównują tutaj Przełęczy Ocalonych, a to jest naprawdę niemały wyczyn.

Ten poważny klimat filmu mógłby działać, gdyby nie dwa przeogromne problemy. Pierwszy to wspomniany rdzeń całego filmu. David Harbour jako Hellboy wygląda niesamowicie, a jego paskudne rogi wywołują dreszcz niepokoju za każdym razem kiedy widzimy zbliżenie na jego twarz – przyjemny dreszcz. Dało mi to nadzieję, że Marshall będzie umiejętnie operować brzydotą. Nadzieję, którą byłem zmuszony szybko porzucić.

Zobacz również: „Gra o tron”: Najważniejsze informacje z 7. SEZONU, czyli powtórka przed FINAŁEM

Latające kończyny, wypruwane flaki, przepołowione ciała, rozłupane czaszki, wylewające się organy, krew, krew, krew. Wszakże poszedłem na film o pomiocie piekieł, ale nie wiem czy byłem na to przygotowany. Taka przesadna brutalność jest jak seks w filmach – niepotrzebna, przereklamowana, moralnie nieusprawiedliwiona, zezwierzęcająca i obrzydliwa. I bardzo nudna, bo widząc po raz enty, jak jakiś demon rozczłonkowywuje losowego przechodnia, chcemy żeby to się po prostu skończyło, a reżyser przeszedł do ważnych rzeczy. Niestety i poza scenami akcji nasze oczy skazane są na oglądanie a to wijącej się Baba Jagi i jej falujących płatów skóry, a to zszywania ciała Nimue, a to martwych dzieci na hakach, a to zupy z wnętrzności, a to korpusów z wypadającymi wnętrznościami, i tak dalej. Jeśli ktoś odwiedza strony o tematyce gore pewnie polubi ten klimat. Pozostałe 99.99% oglądających – na pewno nie.

Drugi problem z jakim mierzy się Hellboy to tragiczny scenariusz. Ekspozycja po ekspozycji, retrospekcja pod retrospekcji, losowo wprowadzone postacie, które nie stały nawet blisko komiksowych pierwowzorów, pourywane wątki. I najgorsze w tym wszystkim są nieudane gagi, które wprowadzają ogromne zażenowanie. Szczytem jest superśmieszny i przezabawny gag z telefonem. Zmieszajmy to wszystko razem i otrzymamy większa katastrofę niż apokalipsa, którą miał wywołać główny bohater. Do teraz zastanawiam się po co znalazła się w filmie postać Ganeidy czy Homara Johnsona. By całość wypadła jeszcze gorzej, a ilość błędów logicznych sprawiła, że podczas seansu rozbolała mnie głowa. Ser szwajcarski wydaje się przy tym spójną całością.

Hellboy 2019

Aha, i jeszcze jedno. Mam apel do twórców – jeśli tworzycie film o baśniowych istotach, potworach, magii, etc., a przy okazji lubicie wszystko wizualnie eksponować, to sprawcie, by wasze efekty komputerowe wyglądały lepiej niż sprzed dwóch dekad. Tak, żeby nie wyglądało to tragicznie i nie przepełniało nikogo żenadą.

Zobacz również: „Powrót”, którego nie było [RECENZJA]

I jeśli chce się wykorzystać muzykę w montażu, warto, żeby to nie było losowe i na zasadzie „lubię ten utwór, szybko wrzućmy go tutaj bo robimy przejście do nowej lokacji/sceny”. Parę razy aż prosiło się o wykorzystanie muzyki diegetycznie, a zamiast tego dostaliśmy… no, w sumie to nic.

Jest jedna rzecz, której nie umiem zrozumieć. Występują sceny, które wyglądają tak, jakby reżyser chciał nam puścić oczko, że jednak potrafi zrobić dobry film. Przykładowo pierwszy kontakt z postacią Daimio czy ostatnia scena, w której to nawet nie jest puszczone oczko, a naplucie widzowi w twarz. Bo to piękna sekwencja montażowa z płynną kamerą i Kickstart My Heart w tle, bez fruwających części ciała. Czysta rozrywka i to, czego wszyscy oczekiwali od tego filmu. Występuje tylko raz. Na sam koniec.

Wyrażenie, że nowy Hellboy nie wyskoczył za wysoko to spore niedopowiedzenie. On upadł i sobie swój głupi ryj rozwalił. Ekipa z Harbourem na czele ma szanse powodzenia, o ile kierowaniem nią zajmą się zupełnie inne osoby. A druga scena po napisach (tak, ten film ma aż dwie sceny po napisach) mocno sugeruje, że czeka nas sequel i możliwość, by piekielny chłopiec odzyskał swoje odkupienie.


1/5


One thought on ““Hellboy” – Apokalipsa franczyzy [RECENZJA]

  1. Recenzja bardzo dobra, ale przyczepię się do słowa “klisza”. Nie bierz tego tak superdosłownie, po polsku mówi się na clichè, kalka. Klisza bynajmniej nie ma nic wspólnego ze słowem clichè.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.