The Walking Dead

Dziewiąty sezon “The Walking Dead”, czyli o zmartwychwstałym trupie [RECENZJA]

Żywe trupy już dziewiąty sezon pustoszą amerykańską ziemię i na razie nic nie wskazuje na to, by serial miał się skończyć. Wprawdzie aktorzy odgrywający główne role chcą opuścić produkcję, a oglądalność spada na łeb na szyję, ale The Walking Dead w najnowszej odsłonie powstaje z martwych i zaskakuje na tyle wysokim poziomem, że włodarze stacji AMC na pewno będą chcieli to kontynuować. Kilkunastomilionowa widownia odchodzi w niepamięć, najnowsza odsłona przyciąga tygodniowo ledwie około cztery-pięć milionów widzów, ale dzieje się to paradoksalnie w momencie całkowitego resetu dotychczasowego stylu i nowego otwarcia w życiu gromady walczącej o przetrwanie.

Zobacz również: „Schyłek dnia”, albo koniec świata, na jaki zasługujemy [RECENZJA]

Najważniejsza zmiana dotyczy oczywiście głównego bohatera i odejścia w trakcie sezonu Andrew Lincolna, o czym pisano jeszcze przed premierą pierwszego odcinka. Lider społeczności, mąż, ojciec, wojownik nareszcie zawiesił swój toporek na kołku i zostawił miejsce innym bohaterom, z którymi wcześniej tak skutecznie współpracował. Można było nie lubić granego przez niego Ricka Grimesa, denerwować się z powodu jego wątpliwości, które powracały jak bumerang – czy bić się, czy szukać pokoju – lecz ta charyzmatyczna postać prowadziła serial do przodu i stanowiła o jego sile. Utrata tak ważnej części nie pogrążyła jednak produkcji, w przeciwieństwie do głupot scenariuszowych z poprzednich sezonów.

The Walking Dead

A wszystko to za sprawą Angeli Kang, czyli nowej showrunnerki The Walking Dead. To ona zabrała się za ten serial, ale zamiast szminkować trupa, postanowiła go zastąpić czymś podobnym, a jednak zgoła innym, chlubnie nawiązując do pierwszych serii, tak chętnie oglądanych i docenianych przez widownię.

Oto nareszcie kończy się spór z Neganem (Jeffrey Dean Morgan), więc społeczność Alexandrii, Wzgórza i Królestwa może zająć się budową fundamentów cywilizacji oraz wskrzeszaniem zasad “starego świata”, o których zapomniano z powodu zombie-apokalipsy. Naturalnie muszą znaleźć się obstrukcjoniści, zarówno na łonie samej gromady, jak również poza nią.

Tym razem wrogiem nadchodzącym z zewnątrz są Szeptacze (ang: The Whisperers), ludzie funkcjonujący na prawach zwierzęcego stada, zakładający na twarze skórę ściąganą z trupów, by chodzić wśród grup umarlaków i razem z nimi zdobywać nowe tereny. W poprzednich sezonach The Walking Dead nie potrafiło odnaleźć swojego DNA, przez co potyczki bohaterów z antagonistami były zwyczajnymi wojenkami, które nikogo nie obchodziły. Tymczasem Kang wprowadza konflikt na wyższy poziom, prezentując odwieczną walkę między potrzebą bezpieczeństwa i ładu a zwierzęcą dominacją.

Zobacz również: Złodzieje Rowerów #6 – „Chilling Adventures of Sabrina”

W dziewiątym sezonie zderzają się cywilizacyjne zapędy z barbarzyństwem, a serial AMC idzie coraz mocniej w polityczną stronę, na razie jeszcze delikatnie komentując zmiany zachodzące w nowoczesnych społecznościach. Podczas gdy “Ojcowie Założyciele” – Król Ezekiel, Michonne i Tara – podpisują deklarację o pokoju, chciałoby się rzec nową Deklarację Niepodległości, to z zewnątrz nadciągają hordy niszczycieli, pragnących prymitywną przemocą wprowadzać swoje zasady. Nareszcie o coś toczy się gra, nareszcie dochodzi do starcia dwóch przeciwstawnych racji, które można śledzić z większym zainteresowaniem.

Sukces twórców polega również na umiejętnym budowaniu atmosfery serialu, swego rodzaju sielankowości przetykanej eksplozjami agresji. W dziewiątym sezonie jest miejsce i na odbudowę kina, obowiązkowe trójkąty i czworokąty miłosne, odrobinę humoru, zwłaszcza dzięki relacji malutkiej Judith z Neganem, ale również na flaki trupów, rozkładające się ciała, skalpowanie przeciwników, skończywszy na nabijaniu głów na pale w jednej z najlepszych scen. Owszem, ciągnięcie historii przez kolejne szesnaście odcinków, gdy ma się za sobą już ponad sto, wymaga czasami podsycania sztucznych konfliktów i przedłużania niektórych scen, w końcu czas ekranowy sam się nie wypełni. Na szczęście tym razem takich wypełniaczy nie jest zbyt wiele, chyba już nie ma powrotu do odcinków w rodzaju historii Morgana pasącego kozy i uczącego się podstaw sztuk walki.

The Walking Dead

Zobacz również: „Biały Kruk”, czyli kolejny przeciętny film biograficzny [RECENZJA]

Wspomniana atmosfera to również zasługa nowych antagonistów, których wprowadzenie rzeczywiście napawało grozą. Nie wiadomo, na co ich stać, wydaje się, że mają jeszcze w zapasie kilka barbarzyńskich sztuczek, a i tak już potrafią wzbudzić lęk. Ich pogoń za Eugenem i Rosalitą, kiedy można było usłyszeć po raz pierwszy ich szepty, a przede wszystkim widowiskowa walka z Jezusem na cmentarzu, są jednymi z najlepszych scen tego sezonu, co dobitnie świadczy o tym, że jak na razie twórcy mają pomysł na to, jak prezentować Szeptaczy.

Na bezrybiu i rak ryba, także wielu widzów ze szczerym entuzjazmem zareagowało na zmianę w sposobie prowadzenia fabuły, ale to wcale nie oznacza, że stare grzechy już odeszły w niepamięć. Rzeczywiście tak jest, że skoro dotrwało się do dziewiątego sezonu, to wyrozumiałość pomaga w chwaleniu chociaż niewielkich oznak poprawy, niemniej jednak trzeba też wspomnieć o błędach, których jak zwykle jest pod dostatkiem w produkcji AMC. To już się raczej nie zmieni, The Walking Dead jest poczciwym serialem, mającym najlepsze lata za sobą, aktorom ewidentnie coraz mniej się chce angażować w ten projekt, a i logiki czasami próżno szukać w wyborach podejmowanych przez bohaterów. Stacja doi tę krowę, jak tylko może, nadmiar postaci sprawia, że wiele z nich traktowanych jest po macoszemu, a rozstrzygane przez nich dylematy wałkowane są od niepamiętnych czasów.

Zobacz również: „Wilkołak”, czyli psy szczekają… i nic z tego nie wynika [RECENZJA]

Zima nadeszła również w świecie The Walking Dead. Śnieg spadł na głowy bohaterów, generując całą masę nowych problemów. Wreszcie przyroda nie dostarcza pożywienia, stając się kolejnym z wrogów. Ile potrwa ochłodzenie klimatu, tego nikt nie wie, być może już w następnym sezonie widzowie powrócą do słonecznych terenów. Wydaje się, że ten śnieg na pewno można potraktować jako symboliczne zakończenie pewnej epoki. Serial wchodzi w nową fazę, dojrzewa politycznie i zapewne będzie dalej przechodzić transformację, której efekty odbiją się na wskaźnikach oglądalności. Jeżeli jednak zmiana znowu zagwarantuje przyzwoity poziom produkcji oraz dostarczy podobnej rozrywki, to warto nadal przechadzać się z obserwowaną gromadą po opuszczonych lasach i budynkach. Bo z tego trupa może jeszcze będą ludzie.


3/5


One thought on “Dziewiąty sezon “The Walking Dead”, czyli o zmartwychwstałym trupie [RECENZJA]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.