Advertisement
Recenzje

“Koko-di Koko-da”, czyli dzieci i traumy głosu nie mają [RECENZJA]

Marcin Kempisty

O rozpadających się związkach, również w kontekście utraty ukochanego dziecka, filmowcy już wielokrotnie zdążyli do tej pory opowiedzieć. Podejmując zatem tę tematykę, reżyser Johannes Nyholm postarał się przedstawić traumy i waśnie w sposób daleki od nieszablonowego. Jego Koko-di Koko-da nie jest filmem z emocjonalnymi bebechami na zewnątrz, z porozdrapywanymi ranami i potrzebą ciągłego wertowania tych samych dylematów. Szwed buduje swoje dzieło na zasadzie łamigłówki, rozrzucając po niespełna dziewięćdziesięciominutowym metrażu elementy składające się w sensowną całość.

Mąż (Leif Edlund), żona (Ylva Gallon) i dziecko tworzą na pozór szczęśliwą rodzinę. Rozmawiają z uśmiechami na ustach, wspólnie przeżywają kolejne chwile życia, nie ma między nimi kłótni. Wszystko zmienia się wraz z ósmymi urodzinami dziewczynki. Obiad w restauracji kończy się najprawdopodobniej ostrą reakcją alergiczną na skorupiaki, na którą lekarze nie odnajdują żadnego remedium. Solenizantka umiera, a jej rodzicom przyjdzie dalej wieść smutny żywot z pustką wiecznie drążącą ich serca. Dalszy bieg wydarzeń zostaje przedstawiony po trzech latach od tragicznego wydarzenia, gdy para udaje się na biwak, by odpocząć od problemów i być może na nowo wszystko poukładać w ich dogasającym emocjonalnie związku. Nie wiedzą jednak, że w lesie czai się zło w czystej postaci, gotowe schwytać ich w dowolnym miejscu i czasie.

Żeby była jasność: Koko-di Koko-da, wbrew przypisywanym mu etykietom, nie jest horrorem. Wprawdzie szwedzki twórca sięga po elementy makabry, niemniej jednak jego opowieść jest bardziej ulokowana na styku mrocznej baśni z elementami psychoanalitycznymi. Nyholm ciekawie zresztą buduje dysonans poznawczy u widza – wykorzystywana kamera z ręki stwarza wrażenie, jak gdyby wszystko “działo się naprawdę”, jak gdyby odbywany przez bohaterów biwak był realistycznym elementem ich funkcjonowania. Tymczasem reżyser wprowadza w ramy świata przedstawionego “chochliki”, byty niepodlegające racjonalnemu uzasadnieniu, dalece odbiegające od logiki “prawdziwej” rzeczywistości. To może stanowić największą trudność dla widzów – oddzielenie snu od jawy, rozszyfrowanie wykorzystywanych repetycji, odnalezienie klucza do zrozumienia przyczyny, dla której tak wiele różnych elementów zostało ze sobą przemieszanych.

Przeczytaj również:  "Komar" – Krwiopijca z Wall Street [RECENZJA]

Zobacz również: “Dziewczyna z trzeciego piętra” [RECENZJA]

Nyholm opowiada o traumie po stracie dziecka i trudzie powrotu do normalności, wykorzystując elementy typowe dla kina sięgającego w głąb psychiki przedstawianych bohaterów. Niby ukazuje jednostkowe doświadczenie, ale próbuje je wpisać w uniwersalną przypowieść, przez co narracja ulega konwencjonalizacji. Kto w bajkach, mitach i legendach dostrzega prawdę na temat człowieka, ten poczuje się tego typu artystyczną wizją w pełni usatysfakcjonowany. Kto jednak (tak, jak na przykład autor recenzji) preferuje konkret nad ogólność, osobiste wyznania od uniwersalnych tez, ten nie odnajdzie swojego miejsca w kinie Szweda.

Bo reżyser rozpisuje fabułę na dobrze znanych elementach – lesie jako symbolu tajemnicy, białym zwierzęciu wiodącym bohatera do innej rzeczywistości – a to wszystko umieszcza w formule wiecznego powrotu, czasu płynącego nie linearnie, lecz podług zasad podległych stanom emocjonalnym. Jednakże w tym mówieniu o traumie brakuje, paradoksalnie, pierwiastka osobistego. Wszystko zostaje podane po akademicku, ku uciesze filmowych kryptologów i łamaczy zaszyfrowanych przekazów. Tymczasem, z wyjątkiem dwóch znakomitych, eksperymentalnych sekwencji, sama historia jest zaprezentowana w chłodny, beznamiętny sposób. Rzecz jasna nikt tutaj nie oczekuje po Nyholmiestosowania szantażu, po prostu pozostaje wrażenie, jak gdyby czytało się pracę naukową na zadany temat. Ale też może być tak, że wykorzystana przez Szweda formuła ma przede wszystkim trafić do ludzi, którzy taką tragedię już przeżyli.


Zobacz również: 5 rzeczy, za które pokochałem “Mandy”

Niezależnie od stawianych zarzutów, warto spojrzeć na Koko-di Koko-da również z perspektywy badaczy kina. To bowiem kolejny film festiwalowy, w którym formuła opowieści o traumie zostaje poddana artystycznym eksperymentom na formule horroru, lub – mówiąc szerzej – na elementach fantastycznych. W Ghost Storywykorzystano figurę “ducha”, nakładając na postać zwykłe prześcieradło, podobne zjawy biegały po kanadyjskiej prowincji w Antologii duchów miasta. U Nyholmamożna natomiast obejrzeć bajkową, makabryczną trupę wyrwaną na poły z filmów Felliniegooraz czwartego sezonu serialu American Horror Story.

Film szwedzkiego reżysera ogląda się dobrze, m. in. ze względu na stosunkowo krótki metraż, dzięki któremu narracja prowadzona jest w zwartym tempie pozbawionym nachalnych dłużyzn. Koko-di Koko-da to przykład kina artystycznego łączącego elementy wysokie i niskie, którego coraz więcej w polskich kinach. Może nie wszystkie wykorzystane zabiegi przyniosły spodziewany efekt, niemniej jednak i tak film Johannesa Nyholmajest tytułem ze wszech miar godnym polecenia, gdy chce się spędzić Halloween w towarzystwie produkcji depresyjnej z elementami nadprzyrodzonymi, w której jednocześnie nie sięga się po wysłużone rekwizytorium wampirów, duchów i innego rodzaju straszydeł.

Przeczytaj również:  "Rocks", czyli Koreeda spotyka Loacha na ulicach Londynu [RECENZJA]

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.