Advertisement
FestiwaleRecenzje

“Fukushima, moja miłość” – Czarnobyl XXI wieku, o którym nikt nie pamięta [RECENZJA]

Paweł Gościniak
Fot. Kadr z filmu Fukushima, moja miłość

Najpierw u wybrzeży wyspy Honsiu zatrzęsła się ziemia, aby następnie wody tsunami zalały okoliczne tereny i doprowadziły do wybuchu elektrowni atomowej, którego skutki dotknęły mieszkających wokół Japończyków. O tej zapomnianej tragedii opowiada z europejskiej perspektywy Doris Dörrie, znacząco inspirując się azjatyckim kinem i próbując zmusić widza do refleksji – zarówno nad ignorancją i zapominaniem o ludzkich tragediach, jak i nad rutyną codzienności i poszukiwaniem siebie. Dlaczego nie do końca jej się to udaje, a Fukushima, moja miłość może aspirować jedynie do miana przeciętnego filmu?


Tekst powstał z okazji odbywającego się w Kinie Muranów “Lata z kinem niemieckim”, które potrwa do 24 września.

Czarno-biała Fukushima oglądana przez ignorantów

Świat przedstawiony na ekranie w czarno-białych barwach obserwujemy, o ironio, oczami zawodowego klauna, który przecież ma wywoływać uśmiech na twarzach ludzi. Marie przybyła do Azji z Niemczech, próbując jednocześnie (równocześnie?) uciec od swojego życia i paradoksalnie odkryć jego sens. Brzmi to bardzo górnolotnie i z Fukushimą ma niewiele wspólnego, bowiem reżyserka stawia nas w pozycji Marie. Większość widzów zapewne nie wie zbyt wiele o tym, co miało miejsce w Fukushimie, a połączenie fraz Japonia oraz bomba atomowa przywodzi im na myśl Hiroshimę, Nagasaki i II wojnę światową. Zatem my, potencjalni ignoranci, poznajemy japońską kulturę i los dotkniętych katastrofą tubylców oczami osoby, która, jak sama mówi, przyjechała tam po to, by poczuć się lepiej w miejscu, w którym innym wiedzie się gorzej.

Fukushima, moja miłość
Fot. Kadr z filmu Fukushima, moja miłość

Narracja Fukushimy, mojej miłości jest niezwykle powolna, ale z pewnością nie nudna. Właściwie do końca seansu nie wiadomo, co tak naprawdę jest sednem filmu – refleksja nad losem jednostki czy może próba zrozumienia perspektywy ofiar klęsk naturalnych? Marie na swojej drodze poznaje różnorodnych ludzi, których połączyła tragedia. Zaledwie kilkoma japońskimi słowami zaczerpniętymi ze swojej pamięci, takimi jak klasyczne arigato czy itadakimas, próbuje porozumieć się z poznawanymi ludźmi. Doprowadza to do wielu nieporozumień i zabawnych sytuacji, takich jak ta gdy próbuje porozumieć się na migi w kwestii zaproponowania towarzyszowi (jakiemu towarzyszowi? Jednej z poznanych osob?) sięgnięcia po kolejną butelkę sake. Przywodzi mi to na myśl hongkońśkie Pozostać człowiekiem, gdzie Anthony Wong Chau-sang stara się porozumieć łamanym angielskim ze swoją filipińską służącą.

Przeczytaj również:  "Ratched", czyli niepotrzebne żerowanie na klasyku [RECENZJA]

Wymiana kulturowa Europy i Azji drogą do zrozumienia tragedii

Choć początkowe sceny mogą wskazywać na to, że poznamy mnóstwo bohaterów, Dörrie rozwija wątki zaledwie kilku z nich, a w pewnym sensie wyłącznie jednej kobiety poza Marie. Ich relacja, początkowo nieufna, z czasem coraz bardziej stabilna, jest jednym z najlepszych aspektów tej produkcji. W wymianie kulturowej między Europą a Azją pośredniczy język angielski, którym obie posługują się dość swobodnie.

Nauka picia herbaty, poprawnej postawy przy stole czy nawet obcowania z duchami zmarłych w wyniku katastrofy osób nadają ich relacji pewnej autentyczności, sprawiają, że wydaje się ona szczera i wiarygodna. Dzieje się to naturalnie – w trakcie wspólnego sprzątania czy remontu domu. Niesamowitym sposobem podkreślenia różnic kulturowych było dla mnie także zderzenie japońskiej wsi z metropolią, gdzie ludzie, tak samo jak w Europie, nie pamiętają o trzęsieniu ziemi, tsunami czy wybuchu elektrowni atomowej.

Marie poznaje historię Fukushimy i jej mieszkańców oczami japońskiej gejszy próbującej pogodzić się ze stratą i walczącej z wyrzutami sumienia, dręczącymi ją przez okropny czyn, którego się dopuściła. W pewnym sensie Fukushima, moja miłość obraca się wokół żalu, goryczy, ignorancji, zapomnienia i próby zrozumienia tego wszystkiego przez osobę z zewnątrz. Zwraca także uwagę na to, że pomaganie drugiemu człowiekowi potrafi dla wielu z nas nadać życiu sens. Sam w to wierzę i uważam za prawdziwe, jednak Dörrie bardzo łatwo zniechęciła mnie do głębszej refleksji i pochylenia się nad losem ofiar.

Fukushima, moja miłość

Widz nie jest taki głupi, na jakiego wygląda

Reżyserka nie pozwala samej opowieści dotrzeć do widza wkładając w usta bohaterów pretensjonalne pytania, które w teorii mają nakłonić odbiorcę do rozmyślań: Co byś zrobił(-a) na moim miejscu?, Co, gdyby wszędzie wokół walały się trupy, a twój dom został zniszczony? itp. W zasadzie film zaczyna się od takich haseł, co sprawia wrażenie, jakby aspirował do miana odkrywczego, a przecież kino stworzyło już wiele niesamowitych produkcji o zapomnianych katastrofach. Granie ciszą, Azja oraz czarno-białe tło od razu przywodzi mi na myśl Miasto życia i śmierci, opowiadające o masakrze, której Japończycy dokonali w Nankinie tuż przed II wojną światową. Tam emocje i siłę, z jaką ta rzeź oddziaływała na ludzi, było widać w ich oczach – słowa były zbędne. Tak samo mogło być i tu, w Fukushimie, mojej miłości, gdzie próba skłonienia do refleksji na siłę wcale nie pomaga. Frustrację chociażby Marie na pewno podkreśla moment, gdy zirytowana na swoją japońską znajomą obrzuca ją wiązanką niemieckich przekleństw, ale to za mało.

Przeczytaj również:  Dom woskowych Mansonów. Recenzja płyty "We Are Chaos"

Oprawa audiowizualna Fukushimy, mojej miłości trzyma poziom

Na ogromny plus zasługuje muzyka, która głównie przewija się w formie instrumentalnej. W tle słyszymy skrzypce czy pianino, w tym ten sam, powtarzający się motyw, co wcale nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie – buduje atmosferę i oswaja widza z danym typem scen, w tym przypadku smutnych. Co jakiś czas dane jest nam też usłyszeć śpiew połączony z ukulele czy, jak mi się wydaje, shamisen, japońskim instrumentem przypominającym nieco gitarę.

Fukushima, moja miłość
Fot. Kadr z filmu Fukushima, moja miłość

Świetna jest także gra światłocieniem, szczególnie podczas czarno-białego występu klaunów korzystających w jego trakcie z latarki. Kadry z kolei są zarówno eleganckie, robione od linijki (ale nie do przesady), jak i bardziej naturalne, przypominające film kręcony smartfonem, gdzie kamera co raz trzęsie się i ujmuje twarze bohaterów tak, jak zrobiłby to każdy z nas za pomocą swojego aparatu. Fantastycznie łączy się to z odcieniami szarości królującymi na ekranie.

Fukushima, moja miłość to film niełatwy do jasnego ocenienia. Z jednej strony seans uważam za przyjemny i niecałe dwie godziny zleciały mi bardzo szybko, a z drugiej uważam, że Dörrie nie osiągnęła zamierzonego efektu. Mimo zagłębienia się w ludzkie sumienie, duszę czy nawet wierzenia w duchy zabrakło mi w tej produkcji pewnego punktu, do którego by on zmierzał. A może reżyserka z premedytacją postawiła na swego rodzaju chaos, nieodłącznego towarzysza zarówno tych, którzy poszukują sensu w życiu, jak i tych, którzy stracili go w wyniku katastrofy. I co symbolizuje kot pojawiający się na początku i pod koniec filmu?

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.