FelietonyPublicystyka

“Sybilla” – Jak stworzyć fatalną protagonistkę i zniszczyć potencjał filmu? [ANALIZA]

Paweł Gościniak
Sybilla
Sybilla / Fot. Kadr z filmu Sybilla

Psychoterapeutka nagle porzuca większość pacjentów i zostawia ich na pastwę losu, aby ruszyć za głosem serca, które każe jej napisać powieść. Już na samym początku przeżywa ona kryzys twórczy i rodzinny. Z braku pomysłu na opowieść, łamie wszystkie zasady etyki zawodowej i w swojej książce opisuje życie bliskiej dokonania aborcji pacjentki. W natłoku problemów tytułowa Sybilla popada w obłęd i alkoholizm, jedyny znany jej sposób ucieczki przed rzeczywistością. Wszystko to pięknie wygląda na papierze, niczym materiał na wyciskacz emocji i łez, próbę poruszenia niełatwego tematu depresji i uzależnień, pretendując przy tym do miana studium szaleństwa. Na koniec zostawia nas jednak z uczuciem pustki, dziur w scenariuszu i fatalnie rozpisanej protagonistki. Zapraszam w subiektywną podróż po tym, jak łatwo zniszczyć film.

-> Zobacz również naszą recenzję filmu.

1) Zmuś widza do znienawidzenia bohaterki na samym początku, tak po prostu

Sybillę poznajemy podczas pracy z chorym na depresję klientem. Mężczyzna prawdopodobnie, bo najwyraźniej scenariusz nie uznaje tego za istotne, jest bliski samobójstwa, a terapia wydaje się dla niego jedyną nadzieją. Jest scena. Rozmawia z terapeutką. Kobieta informuje go, że już dłużej nie będzie go leczyć. Tak po prostu, z grubej rury do osoby, która następnego dnia może odebrać sobie życie. Bez żadnej próby przygotowania pacjenta do przyjęcia tej wiadomości, bez głębszego wyjaśnienia mu powodu, dla którego to robi. Jedyne, czym się zasłania, to fakt, ze może polecić mu innych, równie odpowiednich dla niego specjalistów. Ostatecznie wraca do domu. Wydaje się, że ma wyrzuty sumienia, przez które przyjmuje jeszcze jedną pacjentkę i… zamienia ją w królika doświadczalnego dla swojej powieści.

A przynajmniej tyle wie widz. I nie wydaje mi się, żeby do końca seansu poukładało się to jakoś sensownie w głowie.

Sybilla
Margot / Fot. Kadr z filmu Sybilla

2) Zacznij kilkanaście pustych wątków, zamknij maksymalnie dwa z nich

Reszty możemy się co najwyżej domyślać, tak samo jak w przypadku większości wątków w filmie. Nie wydaje się to oczywiście działać na zasadzie “dam wam układankę, złóżcie to sobie w całość”, to nie Lynch. Reżyserka buduje Sybillę z puzzli, które zwyczajnie do siebie nie pasują. Poświęca minutę, góra dwie na pokazanie, chyba trudnej, relacji z matką. Chwilka na przedstawienie relacji, chyba skomplikowanej, z córką. Jeszcze moment na uwzględnienie, że jej mąż nie jest ojcem dziewczynki. I choć te wątki się przewijają, to nie są konstruowane na tyle wyraziście, żeby cokolwiek zmieniały w postrzeganiu postaci. Zamiast ją rozwijać i komplikować w “zdrowy sposób”, jedynie wprowadzają chaos. I to nie ten chaos, który ma pozwolić budować studium szaleństwa, tylko taki chaos wynikający z braku doświadczenia, pomysłu czy warsztatu. Bohaterka ostatecznie odrzuca zamiast budzić współczucie tym, jak bardzo błądzi w życiu prywatnym i zawodowym, jak bardzo łamie, chyba swoje, wartości i stacza się w otchłań szaleństwa.

3) Sztucznie i nieprzekonująco pokaż, jak bohaterka się stacza

No właśnie – obłęd. Bardzo cenię sobie Czarnego łąbędzia i to, jak fantastycznie Darren Aronofsky stopniuje w nim szaleństwo postaci granej przez Natalie Portman. Trafnie można porównać Sybillę jako pisarkę z baletnicą Niną. Obydwie, choć w różnym stopniu, dążą do przesadnej perfekcji w swojej dziedzinie. Pierwsza chce wydać porywającą powieść, a druga pragnie udowodnić sobie i matce, że potrafi dostać główną rolę w Jeziorze łabędzim. Obie kobiety łamią swoje zasady moralne i romansują z osobami, które mogą pomóc im spełnić swój cel. Jest tylko jedna zasadnicza różnica w przedstawieniu tych postaci. Mania Niny postępuje w wiarygodnym tempie, to z nią się utożsamiam i współczuję jej perfekcjonizmu. Sybilla mało mnie obchodzi i nie przekonuje mnie swoimi problemami, choć, ze względu na bliski mi wątek alkoholizmu, psychoterapii czy pisania, powinna. Jej historia opowiadana jest fragmentami, chaotycznymi wstawkami, które mają podkreślić zawirowanie życia. To jednak nie spełnia swojej roli i rozbudowuje postać bardzo szczątkowo.

Szaleństwo psychoterapeutki objawia się najlepiej w relacji z Margot, wspomnianą pacjentką zastanawiającą się nad aborcją. Z zawodu aktorka pracuje wraz z ojcem dziecka, Igorem, również aktorem, nad nowym filmem. Jednak nie daje ona sobie rady psychicznie z wizją macierzyństwa. Jej relacja z kochankiem pogarsza się do tego stopnia, że Sybilla… przylatuje na plan filmowy, żeby jej “pomóc”, ponieważ para nie potrafi porozumiewać się, przez co opóźnia pracę reżysera i całej ekipy. Czy jako terapeutka powinna to robić? Zgodnie ze zwyczajami branży, wypadałoby przyjmować klientów u siebie, zamiast latać za nimi po świecie na wyspę, chyba Korsykę. To zagranie jest jednak zrozumiałe z perspektywy ludzkiej, ma bowiem pokazać, że protagonistka nadal gdzieś w głębi kieruje się dobrem. Z drugiej strony przez to jedynie pogarsza sytuację. W końcu nie tylko korzysta z historii Margot w swojej powieści, ale na dodatek podróżuje za nią i wpływa na jej pracę, tym samym zmienia kierunek, w którym zmierza terapia, a zarazem książka. Na dodatek przed wylotem jej superwizor, czyli tzw. terapeuta dla terapeuty, stanowczo przestrzega ją, żeby przestała w tak absurdalny sposób angażować się w relację z aktorką. Z perspektywy etyki zawodowej zachowuje się ona fatalnie, ale z perspektywy scenariusza tworzy potencjał dla naprawdę ciekawego wątku. W końcu Leonardo DiCaprio też oszalał, kiedy dotarł na Wyspę Tajemnic. Tu jednak żadnej tajemnicy nie ma, a jedynie rozczarowanie.

Sybilla / Fot. Kadr z filmu Sybilla

4) Zabij najciekawsze wątki jak najszybciej

Wykorzystanie Sybilli jako mediatorki z konflikcie na linii Margot-Igor, zastąpienie reżyserki po tym, jak ta nie wytrzymuje presji na planie i z niego ucieka czy ostateczny seks z aktorem, podczas którego przypomina ona sobie o swojej prawdziwej miłości, to spory potencjał na zagłębienie się w to, jaką kobietą naprawdę jest bohaterka. Próba porozumienia się z aktorami, przekazywanie informacji między jedną a drugą stroną konfliktu czy wynikające z nerwów wielokrotne nagrywanie tych samych scen, dają szansę na zbudowanie niesamowitej historii. Problem w tym, że w minimalnym stopniu rozwija się w niej protagonistka. Od chwili, gdy Sybilla nagrywała Margot na sesji terapeutycznej, do momentu, kiedy poleciała za nią na wyspę, niewiele zmienia się w protagonistce, a paradoksalnie to właśnie po podróży szaleństwo sięga zenitu. Ex-terapeutka przyznaje zaledwie, że jest mało pewna siebie i płacze. W wyniku tykającej emocjonalnej bomby, wychodzi na jaw, że przespała się z Igorem na plaży. Reżyserka wyrzuca ją z planu, z kolei Margot wpada w szał i przestaje jej ufać. Wracamy do miasta.

Nagle przeskakujemy osiem miesięcy do przodu i dowiadujemy się, że terapeutka stała się alkoholiczką i mąż nie chce mieć z nią za wiele do czynienia. Nic dziwnego, skoro kompletnie pijana wleciała na premierę filmu, z którego planu została wyrzucona. Dociera do nas, że Sybilla ostatecznie wydała książkę i fakt ten niczego nie zmienił. Naprawdę, to, wokół czego była budowana fabuła i “zawiłość” opowieści, ostatecznie okazała się nieznacząca. Okej, z jednej strony szaleństwo dla samego szaleństwa ma swój urok, ale z drugiej to się po prostu nie klei. Poza tym autorka ostatecznie spotkała się ze swoją prawdziwą miłością, czyli mężczyzną, o którym myślała podczas seksu z Igorem. Tego, który jest ojcem jej córki. I co? Szybka, niewiele znacząca wymiana zmian. Każda z tych informacji mogłaby być ważna, istotna. Dostajemy przesyt źle przekazanych informacji, które prowadzą do czegoś, co chyba można nazwać happy endem. Matka w końcu wyznaje córkę, że ktoś inny jest jej ojcem. I co? Znowu nic. Zakończenie puste, bez znaczenia. To tyle mojego narzekania.

Jak mogłoby to wyglądać?

Zacznijmy od końca, czyli od relacji rodzinnych. W przypadku szaleństwa, depresji czy jakiejkolwiek próby przedstawienia postaci, która przeżywa kryzys, osoby bliskie stanowią genialny punkt odniesienia. To, jak bohaterka zachowuje się względem rodziny, przekłada się na to, jak traktuje społeczeństwo. w drugą stronę. Nie ma tu wyraźnego zaznaczenia tego, jak na obsesja wpływa na rodzinę Sybilli, bo ostatecznie poza tym, że mąż się na nią, chyba chwilowo, obraża, a córka dowiaduje się, kim jest jej ojciec, nic się nie zmienia. Brakuje tu przyczyny i skutku. Brakuje konsekwencji. Wystarczyłoby, że jej dziecko samo miałoby problemy emocjonalna skutek tego, że matki nie ma w domu, bo lata za książką albo biega pijana po premierach filmowych. Wtedy Sybilla miałaby dylemat – zostać na planie czy wracać do córki? Wtedy pokazałaby, na czym bardziej jej zależy. Mogłoby to wyglądać tak, jak w Proximie – astronautka grana przez Evę Green spędza w pracy całe dnie, przez co córka za nią tęskni i nie może się odnaleźć w społeczeństwie. Do tego dochodzi niełatwy wątek przeprowadzki, rozbite małżeństwo i brak zaufania. A żeby było zabawniej, obydwa filmy są francuskie i gra w nich ta sama aktorka – Sandra Hüller.

Sybilla
Sybilla / Fot. Kadr z filmu Sybilla

Fakt, że protagonistka jest psychoterapeutką, niewiele wnosi do historii. Mogłaby być równie dobrze sprzedawczynią, inżynierką czy rybakiem, albo po prostu reprezentantką zawodu, który stereotypowo kieruje się dobrymi i właściwymi, jakkolwiek to słowo rozumieć, wartościami. W domyśle uznajemy terapeutów za osoby potrafiące poradzić sobie z każdym uczuciem i problemem. I to stanowi w zasadzie punkt wyjścia do przedstawienia, jak taka na pozór niezłomna osoba zatraca się w szaleństwie. Jednak od rozmowy z superwizorem, czyli gdzieś przed połową filmu, wątek zawodowy traci na znaczeniu. Nie pomagają też wstawki z sesji z nieśmiałym nastolatkiem, bo te można by było równie dobrze wyciąć i nic by się nie zmieniło. Jedyne co mi się w tym konkretnym przypadku podobało to nietypowy sposób prowadzenia terapii przy użyciu Monopoly. Fajnie, gdyby był większy nacisk na to, jak praca wpływa na jej życie. Tak jak to ma miejsce w In Treatment, które oczywiście, jako serial, ma więcej czasu na rozbudowę terapeuty. I popełnia przy tym równie sporo błędów, ale to temat na osobny tekst.

Mało istotne wydaje się również jej oblicze twórcze i pisanie książki, której wydanie ostatecznie nic nie przynosi. Okej, może taki ma być wydźwięk, że Sybilla wpadła w obłęd i powieść finalnie nie była warta tyle, ile poświęciła na jej przygotowanie. Dla mnie abstrakcją jest porzucenie wszystkich pacjentów dla pisania. Irvin D. Yalom, psychoterapeuta, którego sobie ogromnie cenię, pisze wiele książek na bazie historii swoich klientów, oczywiście za ich pozwoleniem. Na spokojnie tłumaczy im, dlaczego chce to zrobić i na dodatek zachęca swoimi dziełami kolejne osoby do podjęcia leczenia. Gdy chce rozpocząć pracę nad kolejną opowieścią, bierze kilkutygodniowy urlop – robi przerwę w terapii lub oddaje pacjentów pod opiekę kolegów z branży. I wszystko jest w porządku, nie ma żadnego szaleństwa. Dlatego nie wiem, czy w ogóle połączenie roli psychoterapeutki i pisarki to dobry pomysł na punkt wyjścia dla tego filmu.

Wniosków mam kilka. Pierwszy jest taki, że film kuleje scenariuszowo, szczególnie w kwestii rozbudowy protagonistki, ale także postaci pobocznych wokół niej, które mają za zadanie pokazać jej osobowość. Po drugie, w Sybilli tkwi niewykorzystany potencjał na naprawdę angażujące dzieło, z wiarygodną bohaterką, coś na miarę Czarnego Łabędzia. Ostatecznie nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z tragiczną produkcją, choć z premedytacją przyjąłem taką narrację w tej analizie. Dostajemy średniaka, który miewa swoje momenty, takie jak burzliwa relacja Igora i Margot na planie czy nielegalne nagrywanie pacjentki podczas terapii, ale te przebłyski ledwo przedostają się przez dziury fabularne. Chciałbym, żeby powstał kiedyś podobny film, ale mocniej stawiający na psychoterapię i jej wpływ na bohaterkę.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.