Advertisement
FelietonyPublicystyka

Checked! TOP10 Netflixa – “Ostatni taniec”, czyli jak Jordan uwierzył, że Byki potrafią latać

Paweł Gościniak
"Ostatni taniec" – Michael Jordan
Fot. Michael Jordan podczas Slum Dunk Contest w 1988 r. / Walter Iooss Jr. x Sports Illustrated

Świat przed i po Michaelu Jordanie nie widział lepszego koszykarza, a może i nawet sportowca. Biorę pełną odpowiedzialność za te słowa, bo uważam, że jest on fenomenalnym zawodnikiem w całym tego słowa znaczeniu. Ostatni taniec opowiada historię tego, jak Jordan stał się supergwiazdą NBA i najbardziej rozpoznawalnym graczem na świecie. Ta droga “od zera do bohatera” byłaby niemożliwa, gdyby nie jego drużyna Chicago Bulls czy koledzy z drużyny – m.in. Scottie Pippen i Dennis Rodman – którym Netflix również poświęca czas ekranowy. Dokument jest przede wszystkim świetny pod względem technicznym, a ja chcę przekonać do jego obejrzenia wszystkich fanów sportu, nie tylko koszykówki.

Artykuł dotyczy pierwszych wrażeń z trzech odcinków dokumentu. Netflix emituje dwa epizody tygodniowo. Gdy wypuści wszystkie, napisze pełnoprawną recenzję.

Michael Jordan – chłopiec, który uwierzył, że potrafi latać

W Jordanie zawsze widzę chłopaka, który szybko odkrył, co kocha, przez co ogromnie mu zazdroszczę. MJ już w szkole średniej porzucił baseball i w pełni poświęcił się koszykówce. Od tego momentu nie przejmował się niczym innym poza golfem, przy którym się relaksował. Jako nastolatek cierpiał na kompleks wzrostu – modlił się do Boga, żeby ten dał mu kilka centymetrów wzrostu więcej. Matka w międzyczasie przekonywała chłopca, że jeśli będzie wsypywał sól do butów, urośnie. I co? W magiczny sposób Michael stał się wyższy, co pozwoliło mu rywalizować na podwórku z jego bratem – Larrym.

Obydwaj chłopcy, naciskani przez ojca-perfekcjonistę, zmagali się ze sobą całymi dniami. To Larry wydawał się bardziej utalentowany i część ekspertów do dziś tak uważa. To właśnie rywalizacja między tą dwójką wykształciła w MJ-u tytana pracy. Starszy brat był kamieniem milowym, którego przejście otworzyło nastolatkowi drogę do kariery. – Zawsze jest taki przeciwnik, po którego pokonaniu się przełamujesz, dzięki czemu odblokowujesz swój potencjał – mówi w Ostatnim tańcu dziennikarka sportowa Andrea Kremer.

Dokument Netflixa w początkowych odcinkach skupia się głównie na historii latającego koszykarza, choć, w przeciwieństwie do biografii Michael Jordan. Życie, od razu pokazuje jego najlepsze lata kariery i chwilowo nie zwraca uwagi na dzieciństwo. Szybko przechodzimy przez pierwsze sezony MJ-a w Chicago Bulls. Pomijamy wcześniejszy triumf na igrzyskach olimpijskich, zwycięstwo w finałach ligi akademickiej NCAA, tytuł MVP ligi, MVP All-Star, najlepszego obrońcy roku NBA czy finalisty konkursu wsadów.

"Ostatni taniec"
Fot. “Ostatni taniec” / mat. promocyjne

W niedługim czasie natrafiamy na kryzys zespołu, tytułowy Ostatni taniec. – Trener Phil Jackson zawsze wymyślał motyw przewodni dla każdego sezonu. To miał być ostatni rok, w którym gralibyśmy razem – tak postanowił zarząd Bulls – dlatego nazwał go “ostatnim tańcem” – komentuje Steve Karr, obrońca z drużyny Jordana. Zmiana kolejności wydarzeń to bardzo specyficzne zjawisko dla tego dokumentu – twórcy bawią się chronologią i dostosowują ją do narracji. Zaczynają z grubej rury, aby w następnym odcinku cofnąć się do dzieciństwa Michaela, po chwili wrócić do NBA, przejść na uczelnię, a potem znowu wrócić do młodości, tyle że Scottiego Pippina.

Ostatni taniec to nie tylko wspaniała historia – to także świetny technicznie dokument

Wszystkie przeskoki w czasie wypełniają komentarze zawodników, nagrane specjalnie na potrzebę produkcji Netflixa. Do wydarzeń odnoszą się chociażby 57-letni Jordan, jego trenerzy – Dean Smith, Doug Collins czy Phil Jackson – wspomniani Scottie Pippin i Dennis Rodman oraz inne gwiazdy NBA tamtych lat – Magic Johnson, Larry Bird czy Isaiah Thomas. Swoje trzy grosze dodają nawet prezydenci Barack Obama czy Bill Clinton, a także dziennikarze sportowi, związani m.in. ze stacją ESPN, która współpracowała przy produkcji Ostatniego tańca.

To naprawdę niesamowite, że twórcy połączyli wypowiedzi z 2019 i 2020 roku z fragmentami wywiadów, które zostały przeprowadzone w latach 80. i 90. Widzowie-weterani NBA zostaną miło zaskoczeni, bo dokument Netflixa korzysta z niepublikowanych nagrań z szatni Byków, gdzie pełno było zarówno humoru, jak i powagi. Najbardziej urzekł mnie jednak zabieg stworzony specjalnie na potrzeby produkcji. W jednej ze scen członkowie drużyny Bulls oglądają na tablecie wypowiedź, w której Jordan opisuje z pamięci sytuację dotyczącą Rodmana i drużyny. – Pamiętam to! – mówi Scottie o słowach Michaela.

Przeczytaj również:  Co widział Eggers, czyli o inspiracjach do "Lighthouse"

Całości towarzyszy perfekcyjnie dobrana muzyka. Kiedy Byki trafiają do Paryża, słyszymy w głośnikach francuski rap. Z kolei gdy Jordan popisuje się na parkiecie, do naszych uszu dociera amerykański rap, dobrany odpowiednio pod konkretne sceny (np. tekst w stylu I am the best rapper, gdy Michael punktuje raz za razem). Wydaje się, jakby w dokumencie nie było przypadkowych utworów. Całość dopełnia muzyka à la filmowa, która, kiedy trzeba, buduje napięcie lub wzrusza. Wisienką na torcie są jednak fragmenty transmisji najważniejszych meczów NBA, gdzie Michael królował na parkiecie.

W Ostatnim tańcu zobaczymy takie klasyczne momenty jak pobicie rekordu parkietu Celtics – Boston Garden – w 1986 roku. Wtedy to Jordan zdobył 63 punkty w meczu fazy play-off. – To nie był MJ. To był Bóg przebrany za MJ-a – wspomina spotkanie Larry Bird, gwiazda Celtics. Obejrzymy także nagrania z pamiętnej serii Bulls przeciwko Cleveland Cavaliers w 1989 roku, gdzie on oddał pamiętny rzut – ten zapewnił jego drużynie awans do finałów NBA i ma nawet własną stronę na Wikipedii pod nazwą “The Shot”. Twórcy przygotowali dla nas także wiele dynamicznie zmontowanych zagrywek, przez które nie raz oczy wychodziły mi na wierzch, choć muszę się przyznać, że zawsze tak mam, gdy obserwuję na ekranie “lecącego” Jordana.

Ostatni taniec - Chicago Bulls
Fot. Scottie Pippen, Michael Jordan, Dennis Rodman / Getty Images

Choć Jordan jest na pierwszym planie, inne Byki także dostają kawałek tortu

Ostatni taniec nie oszukuje, że to Michael jest supergwiazdą dokumentu, ale daje też szansę wykazać się innym zawodnikom. Twórcy poświęcili wiele czasu jego kolegom z drużyny – i chwała im za to.  Przeszłość Scottiego Pippina i Dennisa Rodmana jest zbyt ciekawa, aby odeszła w niepamięć. Pierwszy wychował się wśród 12 braci i sióstr w mieście, gdzie na co dzień przebywało tylko 3500 osób. Gdy Scottie miał 12 lat, jego ojciec w wyniku wypadku skończył na wózku inwalidzkim, podobnie jeden z jego braci. Od dzieciństwa towarzyszyła mu skrajna bieda, a jak uczy nas historia, biedny sportowiec to zmotywowany sportowiec. Niedostatek nie opuszczał Pippina nawet w NBA (choć nie oszukujmy się, zarobki sportowców są astronomiczne). W trakcie jego kariery znajdował się wśród 100 najlepiej opłacanych graczy, a niektórzy powiedzieliby, że swego czasu był on zawodnikiem nr 2 – lepszy od niego był tylko Michael Jordan.

Rodman z kolei był totalnym przeciwieństwem któregokolwiek zawodnika amerykańskiej koszykówki. Nosił ekstrawaganckie ubrania i często zmieniał kolor swoich włosów. Jedni mówili, że był on “najbardziej kontrowersyjnym graczem NBA”.  Natomiast Jordan wspomina Dennisa jako “jednego z najmądrzejszych graczy, z jakim przyszło mi grać”. Gracz ten na pozór nie przejmował się opinią innych, choć, jak dowiadujemy się w Ostatnim tańcu, presja medialna sprawiała mu wiele kłopotów.

Przeczytaj również:  Dlaczego "Z Archiwum X" jest serialem KULTOWYM?

Jego wybuchowy temperament i twardy styl gry sprawiły, że trafił do Detroit Pistons, drużyny, którą wtedy nazywano “The Bad Boys”, ze względu na ich agresywne zachowanie na hali. Byli to jednocześnie ogromni rywale Chicago Bulls i jedna z tych drużyn, którą musieli przejść, aby się przełamać. To właśnie oni wymyślili tzw. Jordan Rules, czyli niezwykle kontaktowy sposób blokowania Michaela, który sprawił Bykom wiele kłopotów. Pistons są o tyle istotni, że to właśnie od nich Dennis przeszedł do Bulls. W dokumencie obserwujemy, jak zawodnik adaptuje się w nowym zespole.

Michael Jordan
Fot. Michael Jordan / Fragment dokumentu “Ostatni taniec”

Ostatni taniec to historia sportowca, na którym wychowała się masa Polaków

Na ścianie mojego  pokoju od lat wisi plakat Kosmicznego meczu, który mój brat wygrał w konkursie jeszcze w latach 90. Obok znajduje się koszulka meczowa Chicago Bulls z wielkim napisem na plecach “Jordan 23”, a nad nią widnieje czapka Los Angeles Lakers z tamtych lat. Po dwunastu latach noszenia innej czapki z daszkiem dowiedziałem się, że przez całe dzieciństwo na moim czole widniało logo Miami Heat. Dziś są to relikty epoki, którą jednak pamięta wielu Polaków. Popularność nie opuszczała Michaela Jordana nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na całym świecie, również w Polsce. To jego postać sprawiła, że koszykówka na dobre zawitała do Polski. MJ był inspiracją dla młodych, którzy po szkole szli na asfaltowe boisko i rzucali do rozwalonego kosza z wyrwaną siatką. Prawdopodobnie to właśnie dlatego znalazł się w top 10 polskiego Netflixa. Jego zadanie promocji basketu w naszym kraju przejął później Marcin Gortat. Czy promował ten sport dobrze, czy źle, nie mi oceniać, choć sam nie raz robię fśśt pod nogą.

Być może Ostatni taniec jest odpowiedzią Jordana na postać LeBrona Jamesa, którego wielu uważa za lepszego od Michaela koszykarza. Nie od dziś wiemy, że MJ ma ogromne ego, co pomagało mu wielokrotnie zdobywać na parkiecie kosmiczne liczby punktów i bywało też przyczyną kontrowersji. Sprawiło także, że uprawiał tzw. trash-talk i prowokował słownie przeciwników na hali. Czy ten legendarny zawodnik uważa, że jego pozycja supergwiazdy wszech czasów jest zagrożona? Jest na to szansa – to mógłby być powód, dla którego zdecydował się na wzięcie udziału w produkcji Netflixa.

Niezależnie od opinii i mojego zafascynowania postacią Jordana, serdecznie polecam Wam Ostatni taniec. Odnoszę wrażenie, że skierowany jest on do osób, które coś tam (nawet niewiele) o koszykówce wiedzą, jednak weterani również będą się przy nim świetnie bawić. Nie jestem przekonany, czy zainspiruje on nowe osoby do zgłębienia NBA, ale jest na to szansa. To też dobry pomysł, żeby rozbudzić nostalgię do lat 80. i 90., a także do Kosmicznego meczu. A jeśli nie lubicie oglądać dokumentów, to przeczytajcie biografię Michael Jordan. Życie, choć ostrzegam, bo ta cegła ma 700 stron (ale jest ciekawa).

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.