NetflixRecenzjeSeriale

“Freud”, czyli jak Netflix nas oszukał [RECENZJA]

Paweł Gościniak
Freud
Fot. Kadr z serialu "Freud"

“Freud, który ma problemy z karierą i kokainą, daje się wciągnąć w makabryczną zbrodnię, a później w ekskluzywny seans, prowadzony przez hipnotyzujące medium”, czytamy w opisie pierwszego odcinku Freuda na Netflixie. Zarówno zapowiedź odcinka pilotażowego, jak i zwiastun serialu, zwyczajnie oszukują widza. Piękny obrazek wskazuje na to, że za pomocą śledztwa austriacka produkcja opowie o działalności ojca psychoanalizy – o początkach jego badań czy stosowanych w terapii metodach. Ostatecznie jednak wytwórnia serwuje nam chaotyczny kryminał. Co w Freudzie zagrało, a co go przegrało? Czy warto po niego sięgnąć?

Scenariusz Freuda jest kompletny i zamknięty, ale pisany na kolanie

W odcinku pilotażowym Freud (Robert Finster) przedstawia się nam jako nierozgarnięty, ambitny i rewolucyjny jak na swoje czasy lekarz, który ma jasno postawiony cel – spopularyzowanie hipnozy jako środka zwalczającego histerię. Pierwszy epizod pokazuje bohatera ambiwalentnego. Na co dzień ćpa on kokainę oraz wykorzystuje przeróżne sztuczki, aby oszukać pozostałych naukowców i dowieść słuszności swoich metod. Mimo wszystko psychoanalityk robi to dla dobra ludzkości.

Początkowe sceny sugerują, że będziemy mieli do czynienia z biografią bohatera, dla którego tłem, i wyłącznie tłem, będą śledztwo kryminalne czy spór arystokracji Austrii i Węgier. Twórcy, niestety, dopiero po trzech czy czterech epizodach mówią nam jasno, że to wcale nie jest serial o Zygmuncie Freudzie. Dają znam znać, że lekarz będzie w nim grał wyłącznie coś pomiędzy pierwszo a drugoplanową rolą.

Co prawda 8-odcinkowa opowieść względnie funkcjonuje jako kryminał sam w sobie, ale tak często zmienia kierunek fabuły, że ciężko się w tym wszystkim połapać, a co dopiero cieszyć. Najpierw obserwujemy Freuda, który wykorzystuje nowatorskie metody terapii, aby położyć grunt pod psychoanalizę. Niestety, historia sprowadza się do śledzenia nudnej i nieangażującej pseudo-walki o wyzwolenie Węgier spod austriackiego buta.

Główne role “ruchu oporu” należą do nie najlepiej grających i jeszcze gorzej napisanych postaci hrabiego oraz hrabiny von Szápáry. Walka o niepodległość wybrzmiewa najgłośniej w wykrzykiwanym przez parę górnolotnym haśle “wolność dla Węgier!”. Z ust osób zamkniętych z własnej woli we własnej posiadłości to zawołanie brzmi po prostu durnie. W węgierskiej arystokracji widać mało rozgarniętych, uciskanych przez władzę nacjonalistów. Filarem ich drogi do niepodległości jest sierota z magicznymi mocami, którą wykorzystują, kiedy sami całymi dniami przebywają w swojej rezydencji. Istny archetyp bohatera narodowo-wyzwoleńczego. Toć już Konrad z Dziadów Mickiewicza był ciekawszy.

Freud
Fot. Kadr z serialu “Freud”

Netflix za mocno odleciał, choć nie można odmówić mu kreatywności

Poza wspomnianym sporem austriacko-węgierskim, twórcy rzucają w nas wątkami paranormalnymi, a wręcz nachalnie nimi atakują. Z początku serial sugeruje, że będzie trzymał się wyłącznie rzeczywistości, a jedyną abstrakcją będą wyobrażenia powstałe w podświadomości pacjentów Freuda. Czary i magiczne rytuały sprawiły, że czułem się, jakbym oglądał przesadnie rozciągnięty w czasie odcinek Supernatural. Jeden z tych, które już dawno powinny się skończyć.

“Moce” wspomnianej węgierskiej sieroty miały służyć do przedstawienia widzowi konceptu osobowości wielorakiej. Zdolności te zamiast zaburzenia przypominają mi jednak magię dziecka przeznaczenia, dzięki której Pavetta w Wiedźminie rzucała na uczcie wszystkim i wszystkimi dookoła. Podkreślę raz jeszcze – dla urozmaicenia fabuły scenarzyści zdecydowali, że wątki paranormalne będą miały związek z węgierską arystokracją i ich planem na odzyskanie wolności. Na papierze wygląda to absurdalnie, a na ekranie wybrzmiewa jeszcze gorzej. Myślę, że bez elementów nadprzyrodzonych serial mocno by zyskał i stał się znacznie ciekawszy.

Trzeba jednak przyznać, że wszystkie wątki fabuły całkiem zgrabnie się zazębiają i ostatecznie prowadzą nas do zakończenia. Finał stanowi ciekawe i alternatywne wyjaśnienie tego, dlaczego Freud porzucił stosowanie hipnozy u pacjentów. W rzeczywistości psychoanalityk tłumaczył się dojściem do wniosku, że metoda ta jest zwyczajnie nieefektywna, ponieważ skutkuje wyłącznie na części pacjentów. Serial wyjaśnia to inaczej, w sposób nieco spiskowy i mocno naciągany. Rzecz w tym, że gdybym nie chciał napisać tej recenzji, to nie dotrwałbym do zakończenia. Odpuściłbym sobie gdzieś po trzecim odcinku i nie dowiedział się o tym mrugnięciu do widza.

Pokazanie na ekranie poglądów Freuda i hipnozy to primaaprilisowy żart

Naprawdę rozumiem, że to tylko serial. Jednak skoro twórcy wykorzystują postać historyczną i tworzą wokół niej laurkę mówiącą: “Dowiecie się kim był i co robił Zygmunt Freud”, to niech będą w tym spójni. Początkowo psychoanalityk nie jest w stanie nikogo zahipnotyzować zegarkiem kieszonkowym, a po kilku dniach udaje mu się to z praktycznie każdą osobą przy pomocy palca. Wykorzystuje do tego jeden prosty trick – dotyka w ułamku sekundy czoła rozmówcy i krzyczy: “Śpij!”… i ta osoba zasypia. Serio. Po jakimś czasie twórcy porzucają ten zabieg, jakby sami doszli do wniosku, że jest on po prostu idiotyczny.

Idee i postulaty Freuda były jak na swoje czasy niezwykle rewolucyjne oraz odkrywcze. Na pewno austriacki lekarz miał swój wkład w rozwój i popularyzację psychoterapii, choć wielu szanowanych naukowców się z nim nie zgadza, a wręcz podważa całokształt jego działań. Jednym z zarzutów stawianych ojcu psychoanalizy jest fakt, że stosował on nieetyczne metody wobec pacjentów. Przykładem może być proces leczenia Emmy Eckstein. Freud pozwolił eksperymentować na pacjentce swojemu przyjacielowi, laryngologowi Wilhelmowi Fliessowi. Ten m.in. w trakcie “operacji”, ze względu na “nieuwagę”, na 14 dni zostawił półmetrową gazę w jamie nosowej pacjentki.

Freud
Fot. Kadr z serialu “Freud”

Nie chcę tu dyskutować o moralności nauki i poświęceniach, na które trzeba być gotowym dla rozwoju, bo to temat na osobny artykuł. Chodzi mi jednak o to, że Freud został przedstawiony w serialu jednowymiarowo. Obserwujemy rycerza na białym koniu, którym mężczyzna w rzeczywistości nie był. Co prawda pojawiają się pstryczki w jego stronę typu zdradzanie narzeczonej czy nadużywanie kokainy, ale zawsze wychodzą mu one na korzyść. Swoją drogą nie wiem, czy Freud przejmowałby się wytknięciem mu zażywania narkotyków, skoro sam napisał książkę pod tytułem Cocaine papers. Nie bierzcie mnie za spiskowca, bo do tego miana mi daleko, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że prapradziadkiem założyciela Netflixa był sam… Zygmunt Freud. Być może miało to wpływ na to, jak terapeuta został ukazany na ekranie.

W trakcie śledztwa i magicznej zabawy arystokratów węgierskich, powierzchownie poznajemy przekonania ojca psychoanalizy. Na krótką chwilę rzucamy okiem na początki tej dziedziny terapii i poznajemy Josefa Breuera, przyjaciela i współpracownika Freuda. Wspólnie opracowali oni tzw. metodę katartyczną (od katharsis) oraz napisali Studia nad histerią, gdzie opisali kilka przypadków pacjentów cierpiących na tę chorobę.

W serialu natrafiamy także na kompleks Edypa czy interpretację marzeń sennych, jedne z najpopularniejszych teorii Freuda. Koncepcje te są jednak chaotycznie rozrzucone po całym serialu. Miejscami wydają się nawet upchane po to, byleby je pokazać. Świetnym przykładem jest scena, w której bohater uprawia seks z własną matką. Ta “przesadna miłość” do własnej rodzicielki wyraża jedno z kluczowych przekonań Freuda. Głosił on, że ludzie stykają się z seksualnością już w dzieciństwie i w jakimś stopniu pociągają ich rodzice, a w przypadku chłopców przeważnie matka. Jest to poniekąd intrygujący sposób przedstawienia tej teorii, ale część widzów może to zwyczajnie odrzucić od zagłębienia się w temat.

Freud
Fot. Kadr z serialu “Freud”

Siłą Freuda jest strona audiowizualna i wątek PTSD weterana armii cesarskiej

Ponarzekałem, trochę wytłumaczyłem, to teraz możemy przejść do plusów. Mieszanina niemieckich dialektów, przeplatana co jakiś czas językiem węgierskim czy jidysz, brzmi cudownie. Zawsze doceniam w kinie nieograniczanie się wyłącznie do mowy ojczystej. Na uznanie zasługuje również gra światłocieniem. Nie jest to co prawda poziom usuwania Marlona Brando w cień w Ojcu Chrzestnym, aczkolwiek austriackie dzielnice w blasku lamp wyglądają wspaniale. Scenografia została dopięta na ostatni guzik – zarówno ulice Wiednia, jak i szpital psychiatryczny czy kamienice, prezentują się wyśmienicie. Przypadły mi do gustu także stroje, szczególnie policji i armii cesarskiej, w której służył Alfred Kiss (Georg Friedrich).

Kiss to najmocniejsza strona całego Freuda. To właśnie jego wątek zachęcił mnie do dalszego oglądania serialu. Mężczyzna zbliżający się powoli do wieku emerytalnego służył w armii, gdzie zmuszano do okropnych rzeczy, przez co nabawił się zespołu stresu pourazowego. Alfreda poznajemy już jako detektywa policji. Niechętnie rozmawia on o przeszłości i zamyka się w sobie, nawet przed swoim partnerem. Jego traumatyczne przeżycia objawiają się skurczem dłoni, który przeszkadza mu w pracy. Problemy weterana wojennego są złożone, a twórcy poświęcają im wystarczająco dużo czasu. Stopniowo odkrywają jego tajemnice i pokazują, jak walczy on ze swoimi wewnętrznymi demonami.

Los łączy Kissa i Freuda podczas rozwiązywania śledztwa, które, chyba, stanowi główną oś fabularną serialu. Detektyw stopniowo odsłania się przed psychoanalitykiem i wytwarza coś na wzór klasycznej, męskiej przyjaźni. Takiej, w której nie mówi się za wiele, ale wiadomo, że można na sobie polegać. Gra aktorska obydwu panów zasługuje na wyróżnienie – z całej obsady serialu zdecydowanie radzą sobie oni najlepiej. Nieźle wypada również Ella Rumpf, która wciela się w rolę Fleur Salomé, węgierskiego medium i jednej z kluczowych dla fabuły postaci. Przyjemnie było śledzić także Rainera Bocka, grającego sceptycznego profesora Meynerta, terapeutycznego przeciwnika Freuda.

Freud
Fot. Kadr z serialu “Freud”

Koncept Freuda jest intrygujący, zabrakło mu jednak konsekwencji

Jak już wspomniałem, serial gubi się niejednokrotnie i nie wie, do czego zmierza. Rozwiązanie konfliktu austriacko-węgierskiego jest nudne i przewidywalne, a samo zakończenie serialu choć ciekawe, sprawia wrażenia naciąganego. Zastanawiam się, co by było z Freuda, gdyby twórcy nie postawili na wątki nadprzyrodzone. Starałem się tłumaczyć sobie, że być może dzieje się to wyłącznie w głowie jednego bądź kilku bohaterów. Niestety, nawet częściowe wskazówki fabularne, które skłaniają do rozważenia takiej opcji, są bardzo mgliste i nie pomagają mi bronić serialu.

Nowe dzieło Netflixa stara się w pseudo głęboki sposób nawiązywać do przemyśleń i postulatów Freuda, co nie raz wychodzi mu komicznie i nieco przesadnie. Moim zdaniem twórcy powinni byli obrać jedną z dwóch ścieżek. W pierwszej wersji mogli postawić na kompleksowe wprowadzenie postaci psychoanalityka w fabułę i skupienie się przede wszystkim na nim. W drugim wariancie wypadałoby zupełnie zrezygnować z marketingowego wykorzystywania słynnego nazwiska w celu promocji serialu, w którym Freuda mogłoby równie dobrze nie być. Wtedy byłaby to produkcja szczera i bardziej spójna. Nie czułbym się wraz z częścią widzów oszukany.

Jeśli mimo wszystko zamierzacie dać tej opowieści szansę, to zostawiam was ze znalezionym w internecie komentarzem, który opisuje, jakie nastawienie przed seansem warto przyjąć: “Zacząłem cieszyć się z oglądania dopiero wtedy, gdy przestałem widzieć serial jako przedstawienie życia Freuda”.

Protip: Nie szukajcie tu głębi, to tylko rozrywka.

Ocena

5 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Detektyw" sezon 1, "Tabu", "Dark", "Sherlock"

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.