American Film Festival 2019Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką – “Czas Apokalipsy” czterdzieści lat później…

Paweł Gościniak

Korea, Wietnam, Iran, Irak, Libia, Afganistan Konflikty zbrojne, które wybuchły w ostatnich kilkudziesięciu lat, można by wyliczać niemalże w nieskończoność. Czyżby doświadczenie przez ludzkość dwóch wojen na skalę światową nie wystarczyło, aby przekonać ją do złożenia broni raz na zawsze? O tym, jak łatwo jest zbliżyć się do “jądra ciemności”, pisał już w 1902 roku Joseph Conrad-Korzeniowski. Uniwersalny charakter jego utworu wykorzystał Francis Ford Coppola, który pokazał na ekranie podróż przez ludzką duszę i piekło wojny w Wietnamie. Jak aktualny jest przekaz reżysera po czterdziestu latach? Czy faktycznie czeka nas Czas Apokalipsy?

Wydawałoby się, że bez wojen ludzkość nie istnieje. To właśnie one kierują historią praktycznie każdego państwa na świecie. Jeśli któregoś imperium nie zniszczyły warunki klimatyczne – tak jak to było w przypadku Egiptu czy cywilizacji minojskiej – to o jego zniknięciu z mapy decydowały często walki zbrojne. Do upadku Starożytnego Rzymu przyczyniły się najazdy ludów ościennych, a na utratę potęgi Rzeczpospolitej wpływ miały liczne starcia z naszymi sąsiadami. Mimo znacznej rozpiętości tych wydarzeń na osi czasu, wszystkie one sprowadzają się zawsze do tego samego – do dbania o interes osób siedzących na szczycie, tych, którzy na prosty lud patrzą z góry i decydują o ich losie. Tak swoją pozycję wśród globalnych potęg w ostatnim wieku podkreślały m.in. Chiny, ZSSR, czy w końcu Stany Zjednoczone.

Czas Apokalipsy wykorzystuje konflikt w Wietnamie do przedstawienia realiów wojny i tego, jakie skutki niesie ona dla każdego, kogo dotknie. W szczególności zmienia ona tych, którzy do boju stają w pierwszym szeregu. Oczami kapitana Willarda (Martin Sheen) podróżujemy przez kolejne kręgi piekła na ziemi. Na front trafiają wszyscy, a większość “ochotników” z poboru zupełnie nie jest przygotowana na to, co ją czeka. Żołnierze rozmawiają o swojej przeszłości i tym, co jest w stanie odwrócić ich uwagę od okrucieństwa, które mają przed oczami. Pełni ambicji i chęci do spełnienia swojego amerykańskiego snu młodzi mężczyźni muszą wypełniać czyjeś rozkazy w imię “szczytnych” idei, a, jak wiemy, poleceń przełożonych w wojsku się nie kwestionuje. Przynajmniej w teorii.


Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Rób, co należy” Spike’a Lee

W Jądrze ciemności swoje zachowania kolonizatorzy tłumaczyli “niesieniem cywilizacji” zacofanej Afryce. Stany Zjednoczone zaś jako powód swojej interwencji w Wietnamie podawały zwalczanie komunizmu. W obydwu przypadkach “zbawcy” początkowo mieli na celu jakąś pomoc, albo przynajmniej tak im się wydawało. Jednakże na im więcej sobie pozwalali, tym bardziej zbliżali się do “jądra ciemności”. Siłę tego obłędu podkreśla podpułkownik Kilgore (Robert Duvall), który cieszy się zapachem napalmu o poranku, a następnie – przy Cwale Walkirii Wagnera – zsyła Wietnamczykom śmierć z niebios. W kinowej wersji Czasu Apokalipsy Coppola przedstawił go jako człowieka bez skrupułów, dbającego jedynie o swoich ludzi. Z kolei w wersji Redux, rozszerzonej o sceny wcześniej wycięte, Kilgore wykazuje resztki człowieczeństwa i ratuje niemowlę należące do obozu wroga.

To właśnie ukazanie niebezpiecznej drogi, która pozornie prowadzi do szczytnych celów czy potęgi, a ostatecznie wiedzie donikąd, świadczy o sile jednego z najwybitniejszych filmów Coppoli. W tę podróż wybiera się również kapitan Willard, który, podobnie jak u Conrada Charles Marlow, płynie statkiem wzdłuż rzeki. Jego celem jest wyeliminowanie szalonego pułkownika Kurtza (Marlon Brando), co ostatecznie sprowadza się do testu jego duszy.

Każdy kilometr, który zbliża Williarda do serca wyspy, podkreśla okrucieństwo wojny. On sam niejednokrotnie zmuszony zostaje do zabicia drugiego człowieka w obronie własnej. Nie ma też innego wyboru, jak bezsilnie oglądać śmierć swoich towarzyszy, ofiar szaleństwa, strzelających bez wyraźnego powodu do cywilów. Wśród tych wszystkich pochłoniętych przez wojnę osób znajduje się jednak dwóch mężczyzn, którzy zdecydowali się działać, jak im się wydaje, po swojemu. Pierwszy zrobił to Kurtz. Ten dezerterował i przy użyciu siły, charyzmy oraz barbarzyństwa zbudował swoje królestwo. Wybitny pułkownik porzucił militarną karierę i możliwość zostania generałem. Brał udział w interwencji w Korei, a także we wczesnych działaniach na terenie Wietnamu. Im dłużej wojna była częścią jego życia, tym bardziej go pochłaniała. Decydował się na coraz brutalniejsze metody działania, aż w końcu stał się panem i władcą.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką – "Toy Story 3", czyli przyjaźń nigdy nie umiera

Zobacz również: “Godzina oczyszczenia”, czyli Diabeł też potrzebuje atencji [RECENZJA]

O ile Willard wydaje się w tej historii swego rodzaju bohaterem, o tyle Kurtz w oczach większości jest uosobieniem zła, kimś, kto sięgnął “jądra ciemności”. W przeciwieństwie do szeregowych żołnierzy, wydawał się w pełni świadomy swojej życiowej filozofii i podejmowanych pod jej wpływem działań. W swoim monologu zaznaczył, że nikt nie jest w stanie pojąć, czym jest groza i strach, dopóki ich nie doświadczy. Nikt nie wie, na ile jest człowiekiem, póki nie przyjdzie mu mierzyć się z czymś równie złym co wojna. Podkreślił również, że to moralność sprawiła, że Stany Zjednoczone przez wiele lat nie były w stanie zbliżyć się do zwycięstwa.

Ta moralność, uznana przez Coppolę za sedno Czasu Apokalipsy, powstrzymała Willarda przed pójściem w ślady pułkownika, który dopiero co niesamowicie go fascynował i intrygował. Swoją postawą pokazał, że człowiek zawsze ma wybór. Udowodnił to także Viktor Frankl, autor Człowieka w poszukiwaniu sensu. Austriak przetrwał w Auschwitz, ponieważ uświadomił sobie, że “pomiędzy bodźcem i reakcją jest przestrzeń: w tej przestrzeni leży wolność i moc wyboru naszej odpowiedzi”. Swoim życiem pokazał, że ludzie nie muszą poddawać się okropnym okolicznościom losu, w których zdecydowanie łatwiej byłoby odebrać sobie życie. Nawet jeśli jest się ofiarą wojny toczonej w sprawie czyichś interesów.

Czy jednak rzekoma moralność, tak bardzo obecna w religii i kulturze, wystarcza, aby powstrzymać nasz gatunek przed wzajemnym wyniszczaniem się? Jak widać nie. Czterdzieści lat po premierze Czasu Apokalipsy trwa wojna w Syrii, gdzie giną Kurdowie. Izraelczycy i Palestyńczycy walczą między sobą, zamiast usiąść wspólnie do stołu i rozwiązać konflikt raz na zawsze, a Rosja od kilku lat okupuje Krym. Na całym świecie na sile przybierają ruchy nacjonalistyczne i zwiększa się wzajemna nienawiść różnorodnych środowisk do siebie nawzajem. Tak przecież wybuchła II wojna światowa. Czy setki milionów osób, które zginęły w dziejach ludzkości w wyniku krwawych potyczek, cokolwiek zmieniły? Żyjemy w najbezpieczniejszych czasach, jakie znał człowiek. Uważamy się za niezwykle humanitarnych, moralnych i etycznych. Mimo to potrafimy skutecznie wywoływać konflikty, zamiast je rozwiązywać, przy okazji żonglując losami niewinnych istot.


Zobacz również: “Lighthouse” – Cienie, krzyki, trzaski [RECENZJA]

Coppola przedstawił masowe mordy, bombardowanie wiosek, ciała nabite na pale, a także zwłoki rozsiane po całej wyspie za pomocą niezwykle wiarygodnych, przepięknych w swym okrucieństwie scen. Po szokującym, choć bynajmniej nie aż takim trudnym do zniesienia, seansie Czasu Apokalipsy nikogo nie zdziwi fakt, że około trzydziestu procent osób obecnych w latach 1955-1975 w Wietnamie cierpiało później w wyniku zespołu stresu pourazowego. Kilka milionów ludzi straciło życie, a tysiące osób dotknęła niepełnosprawność po kontakcie z bronią biologiczną. Czy coś na naszej planecie uległoby zmianie, gdybyśmy pokazali Czas Apokalipsy głowom wszystkich jej mocarstw? Wątpię.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.