Advertisement
Recenzje

„Malowany Ptak” – Uniwersalna opowieść w grobowej ciszy [RECENZJA]

Maciej Szymkowiak

Ekranizacja książki Kosińskiego pojawiła się dopiero po 25 latach. Przygotowania objęły 9-letni okres, do którego swojej cegiełki nie dołożył Polski Instytut Sztuki Filmowej. Koprodukcja czesko-słowacko-ukraińska – wykorzystująca, po raz pierwszy w historii kinematografii język międzysłowiański; w celu głębszego naddania uniwersalizmu i kluczowego apolitycznego oddzielenia się od konkretnego narodu – swoją światową premierę miała podczas tegorocznej 76. edycji M.F.F. w Wenecji. Jeżeli, gdzieś mogła wybrzmieć ze zdwojoną siłą, to z pewnością w otoczeniu pięknej i szacownej publiki, która zagościła na Lido.

W opowieści napisanej przez polskiego pisarza, do czynienia mamy z „autobiograficzną” historią o samotnym chłopcu, który przechadza się po wsi wschodniego państwa (niesprecyzowanego, ale od lat w Polsce uchodzącego za „kłamliwy obraz Polski”) w czasie trwania II wojny światowej. Makabryczne i sadystyczne doświadczenia, i tortury, jakim poddawane jest dziecko, stopniowo go odczłowieczają, a także kruszą jego dziecięcą wrażliwość. Całość podsumowałbym jako pamflet na ludzką niegodziwość i najczystszą w formie nienawiść, umiejącą utworzyć piekło na Ziemi.

Z ekranizacjami i adaptacjami często jest ten problem, że przeważnie czytelnikowi i widzowi jednocześnie, brakuje tej jednej strony opisu, rozdziału, postaci czy całego wątku – co jest skutkiem rozbieżności między medium filmowym a literackim. W tym wypadku Václav Marhoul który w jednym z wywiadów zaznaczał, że książkę traktuje jako fikcyjną opowieść dość wiernie pozwala na wybrzmienie makabry sygnowanej piórem Kosińskiego. Już pierwsza scena, w której grupa rówieśników spala pupila głównego bohatera, informuje widza, że ma do czynienia z zadziornym i bezkompromisowym dziełem, które nie pozwoli szybko o sobie zapomnieć. Podzielony na dziewięć rozdziałów film nie zwalnia tempa i ogłusza widownie, coraz to twardszymi obrazami gehenny.

Odyseja bohatera meandruje między poszczególnymi postaciami, które stanowią jego przystań i pozwalają na indukcyjne układanie świata przedstawionego. Od nimfomanek, po oficerów wojsk, od dobrodusznego księdza, po bestialskiego sadystę. Zmagania bohatera poprowadzone są w pięknych kadrach autorstwa Wladimíra Smutnego, a minimalizm dialogów wypełniają diegetyczne szmery, co stwarza niebywałą dychotomię i dyskomfort dla odbiorcy. Fotogeniczne plany pełne, ogólne i zbliżenia w końcu ustępują bezpośredniej i obrzydliwej scenie, pastwienia się nad chłopakiem lub innym z bohaterów. Brak muzyki potęguje tylko niepokojący moment grobowej ciszy. Brak molowej tonacji muzycznej, która rozładowałaby częściowo ładunek emocjonalny, coraz bardziej przygnębia widza w jego nieeskapistycznej wędrówce kinowej.

Przeczytaj również:  „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” – Dwa wilki [RECENZJA]

Bo właśnie, jeżeli jakiś zarzut, ktoś będzie miał do filmu, to prawdopodobnie głównie o kanonadę cierpienia, która przygniata co chwila widza, a poszczególne sceny sadomasochistycznego wydźwięku, zaczynają nużyć i zniesmaczać. Dostrzeżenie i krytyczne spojrzenie na przesadzenie w epatowaniu owymi środkami filmowymi, jak najbardziej jest dla mnie uzasadnienie i nie sposób nie dostrzec pewnej zuchwałości reżyserskiej w tym, jak często i z jaką częstotliwością popełnia poszczególne sceny, ale w tej krytycznej opinii, łatwo można zapomnieć, z jakim, pewnego rodzaju eksperymentalizmem obcuje widz. Otóż mamy do czynienia przez niemal trzy godziny z katorgą, która nie zdaje się zmierzać do konkretnego zakończenia, prokurując obawę, o cykliczne oglądanie wciąż tego samego, w nowej odsłonie. Wyłomem są poszczególne pozytywne postacie, które jednak milkną w hałasie cierpienia.

Film uniwersalny w swojej antywojennej wymowie ma w sobie pewnego rodzaju negatyw Harfy birmańskiej. O ile Kon Ichikawa, przedstawiający w kinie japońskim antywojenną i antynuklearną treści, odznaczał się niebywałym spokojem, zgodnym z buddyjską filozofią, tak à rebours do niego, Czech, swój antywojenny charakter filmu prokuruje w sposób dosyć bezkompromisowy i krzyczący. Mimo tego jego głęboki humanizm stanowi łącznik między obiema pozycjami.

Nominowany do Złotego Lwa projekt przestrzega w czasach coraz częstszego populizmu i odgradzania się od drugiego człowieka murem, przed szablonem człowieka, gotowego w imię statusu quo zniszczyć drugiego. Nie ma tutaj niestety głębokiego symbolizmu, jak choćby u Klimowa w Idź i patrz (a którego tytuł mógłby być podtytułem Malowanego ptaka), ani też bardziej rozbudowanego psychologizmu społecznego zaznaczonego u Smarzowskiego w Wołyniu. Zabrakło też mocniejszej subiektywizacji znanej z Syna Szawła, ale mimo tego wszystkiego Malowany ptak wnosi swój wkład w wojenną kinematografię. Przekaz antywojenny i humanitarny. Przy tym antykonformistyczny. Uniwersalizm przecież podkreśla znaczący fakt, że imię bohatera poznajemy dopiero pod koniec filmu, pytanie w jakim stopniu to imię cokolwiek jeszcze znaczy, skoro osąd ludzi już swoje nazewnictwo zastosował, a i głównego bohatera duszy pozbawił.

Przeczytaj również:  „Rodzina do wynajęcia” – Bardziej słodko niż gorzko [RECENZJA]

+ pozostałe teksty

Student kształcący się na filmoznawcę. Szukający sensu życia w kinie, z uwielbieniem zaglądający w rejony azjatyckie. Kino doskonałe widzi u Kurosawy, poezję dla zmysłów u Chan-wook Parka. Siły witalne czerpie z humoru Allena, a Weltsmchmerz pogłębia u Herzoga. Na świat patrzy oczami Burtona i Lyncha. W wolnej chwili słucha rocka, głośno, bo samemu żyje po cichu.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.