Podsumowanie 76. Festiwalu w Wenecji [RELACJA]

Wenecja jest jedyna i niepowtarzalna. Podróż vaporetto przez Grande Canale, plac św. Marka, błądzenie w krętych uliczkach i wiele innych atrakcji czeka na zamożnych klientów. Luksusowy powiew nadlatuje jednak z wyspy Lido, gdzie odbywa się coroczna edycja festiwalu filmowego. Miałem okazję uczestniczyć po raz pierwszy w najstarszym festiwalu filmowym na świecie.

76. edycja pozwoliła mi odnotować parę następujących wniosków. Organizacja nie należy do najlepszych. Jest choćby gorsza niż ta w Berlinie. Trudniej zdobyć ważny bilet, łatwiej wejść nie do tej kolejki, gdzie się powinno. Włosi lubią wolne tempo i niekoniecznie chcą używać angielskiego. Jednak, gdy już się poczuje odpowiedni rytm, można zaczynać przygodę.


Przeczytaj również: “Ad Astra” – Bo to gwiazd naszych wina [RECENZJA]

Organizatorzy festiwalu zdecydowanie bardziej stawiają na możliwość zaprezentowania na czerownym dywanie gwiazd z różnych zakątków świata (zwłaszcza Hollywood), tracąc przy tym na bardziej niszowym, artystycznym kinie. Niemniej i pośród tego całego luksus, blichtru, złota, srebra, pięknych sukien, eleganckich garniturów, kieliszków Spritza można odnaleźć to, po co się przyjeżdża. Magię kina, doświadczenie różnych życiowych sytuacji przedstawionych w dziełach społecznych i eskapistyczne zanurzenie w materii filmowej.

Malowany ptak
“Malowany ptak”

Wyczekiwałem szczególnie na dwie pozycje: Jokera i Malowanego ptaka. Obie mnie nie zawiodły, choć tak bardzo się od siebie różnią. Pierwszy zreinterpretował komiksową postać, aby pokazać rozkład społeczno-ekonomiczny, drugi zabrał mnie w wędrówkę po najmroczniejszej stronie duszy ludzkiej. Miałem możliwość zobaczyć kino amerykańskie, zarówno to Hollywoodzkie (Ad Astra), które oglądało się jedynie w celach rozrywkowych, jak i to spod szyldu Indiewood (Pralnia), które pod płaszczykiem rozrywki oferowało wnioski bynajmniej nie komfortowe. Konkurs główny był też otwarty na włoskie kino, jednak w moim odczuciu zbyt hermetyczne (Il sindaco del Rione Sanità, La mafia non è più quella di una volta), ograniczone do lokalnej społeczności. Otrzymałem też namiastkę mojej ukochanej części “X Muzy”“Made by Asia”: piękne czarno-białe zdjęcia w romantycznym, szpiegowskim filmie Lou Ye, Saturday Night z udziałem zjawiskowej Li Gong oraz nietypowa, powolna, oniryczna animacja autorstwa Yonfana, No. 7, Cherry Lane.


Przeczytaj również: “Joker” – Z uśmiechem mu bez twarzy [RECENZJA]

Swoje miejsce otrzymały również pozycje szpiegowskie: Wasp Network z Penelope Cruz, film opowiadający o konflikcie na linii Kuba-USA, Oficer i szpieg Romana Polańskiego, czarujący scenografią i kostiumami w opowieści o głośnej aferze Dreyfusa.

Były też pozycje mi bliższe, skupiające się bezpośrednio na człowieku, stąd też: rozpad i walka o utrzymanie małżeństwa w Historii małżeńskiej, nieumiejętność odnalezienia się w zastanej rzeczywistości, w dziele będącym m.in. kontynuatorem neorealizmu włoskiego, Martinie Eden, w dekadenckiej, taneczno-teledyskowej perełce wizualnej pt. Ema czy ascetycznym i bolesnym, jak w twórczości Bergmana, obrazie atrofii uczuciowej, Om det oändliga. Portugalskie A Hardade przy użyciu politycznego kontekstu też skupiło się na gospodarce rodzinnej, która skrywając wieloletnie sekrety, skazana jest na tragiczny finał.

Niestety trafiły się też filmy, które chciały, ale nie potrafiły opowiedzieć w sposób przejmujący poważnych tematów, i tak na festiwalu pojawiła się Gloria Mundi, gdzie motywacje bohaterów są rozpisane w scenariuszu, jakby na oślep, pretensjonalne Babyteeth, które broni się jedynie dobrymi kreacjami aktorskimi, Gość honorowy mający w obsadzie świetnego Davida Thewlisa, ale wątpliwej konstrukcji protagonistkę.

Festiwal zamknęło mi ambiwalentne doświadczenie. Otóż ostatnim filmem konkursowym było bardzo udane kino z udziałem Marka Rylance’a i Johnny’ego Deppa w Waiting for the Barbarians, jednakże w ostatni dzień, pokaz zamykający miał film z Mickiem Jaggerem. Przykład po prostu złego kina. Na szczęście tego filmu nie było w konkursie głównym, stąd mogę śmiało stwierdzić, że mimo przepychu, jakim się odznacza festiwal filmowy w Wenecji, nadal jest tu miejsce na kino wielkie, i nie, nie mam na myśli “głośnych nazwisk”. Koniecznie obejrzyjcie takie filmy, jak choćby Martin Eden, Ema, Malowany ptak, czy też Om det oändliga, a przekonacie się, że nie potrzeba na plakacie nazwiska Brada Pitta, żeby przyciągnąć uwagę widza.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.