Klasyka z Filmawką – “Magnolia” Paula Thomasa Andersona

P. T. Anderson zapisał się na kartach współczesnej amerykańskiej kinematografii wielkimi pozycjami filmograficznymi, ale to „Magnolia” uznawana jest najczęściej, jako jego opus magnum. W momencie dystrybucji „Magnolii” Amerykanin miał dwadzieścia dziewięć lat, co wydaje się szczególnie intrygujące, spoglądając na wielowątkowość jego filmu oraz analogię do filmu Roberta Altmana „Na skróty” (1993), którą mistrz polifonii stworzył w wieku 68 lat!

Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki

Na celowniku autora pod koniec ubiegłego wieku znalazła się tematyka rodziny, przypadku i nici łączącej pojedyncze osoby. Brak jednego bohatera i rozłożenie historii na wiele poszczególnych akcentów tworzy mozaikową konstrukcję, która przybliża widzów do monumentalnej prawdy, lecz wypowiedzianej bez patetycznej postawy. Historia zaczyna się od narracyjnej retrospekcji ukazującej trzy różne przypadki, które stanowią interludium dla fabularnej części zasadniczej.

Magnolia

Bohaterem zbiorowym są mieszkańcy fikcyjnego miasta San Bernardo Valley. Wielogłos narracyjny opowiada o jednym dniu z życia każdego z poszczególnych bohaterów. Anderson wychodząc w ekspozycji filmu od znaczenia przypadkowości, powoli przechodzi do nakreślania  nici zależności, która otacza na pozór oddalonych od siebie bohaterów. I tak, mamy umierającego producenta programu – „Co dzieci wiedzą?” (Jason Robards), który przed śmiercią pragnie pojednać się z synem. Jego młodsza żona przeżywa załamanie nerwowe (Julianne More), gdyż uświadamia sobie, że jednak wcale nie wyszła za mąż jedynie dla pieniędzy. Opiekę nad chorym sprawuje samotny, ale dobroduszny pielęgniarz (Philip Seymour Hoffman). Prezenterem wcześniej wspomnianego programu (Philip Baker Hall) jest kolejna osoba stająca przed widmem śmierci i poszukiwaniem wybaczenia od własnej córki-narkomanki (Melora Walters). Do niej stara się zbliżyć policjant, chcący pomagać innym zgodnie z własnym sumieniem (John C. Reilly). Uczestnikiem teleturnieju jest wybitne dziecko (Jeremy Blackman) wykorzystywane przez ojca-agenta (Michael Bowen). Synem producenta jest karykatura influencera, który naucza mężczyzn, jak „uwieść i posiąść kobietę” (Toma Cruise). Klamrę bohaterów zamyka echo przeszłości w postaci dawnej gwiazdy dziecięcego teleturnieju, którego życie, w wyniku tłamszenia emocji, nie ułożyło się tak, jak powinno (William H. Macy). Anderson celowo opóźnia poszczególne informacje, żeby spotęgować efekt skomplikowanej siatki narracyjnej, lecz nawet już po odsłonięciu wszelkich kart, na widzu nadal spoczywa obowiązek rozszyfrowania fabularnego lejtmotivu.


Przeczytaj również: Klasyka z Filmawką – “Leon zawodowiec”

Znaczący dla filmograficznego dorobku reżysera jest motyw ojca-surogata i quasi-rodziny. Anderson staje w obronie konserwatywnych wartości, które zaczynają korodować wraz z długo skrywanym żalem, poczuciem goryczy, ale też nienawiścią. Nie bez przyczyny osobami, które starają się ofiarować miłość, są osoby wyłączone z kręgu rodzinnego. Podążając za myślą reżysera odnieść można wrażenie, że w momencie psucia się relacji rodzinnych, całe życie człowieka dąży do niewysłowionej gehenny i zblokowania emocji, tudzież ucieczki w świat maski. Niemniej autor „Magnolii” nie ocenia swoich bohaterów, pozwalając w metanarracji filmowej na synaptyczne oddziaływanie poszczególnych konfliktów i szukanie przysłowiowego „światełka w tunelu”.

Magnolia

W końcu nawet najbardziej karykaturalna postać, jaką jest twórca programu „Uwiedź i zniszcz” dostąpi możliwości samopoznania. Anderson zaznacza też granicę między dziecinnością a dorosłością. Pierwszy etap jest oznaką nieukrywanej szczerości i dobroci, która może zostać zniszczona, jeżeli rola ojca (rodzica) nie jest przepełniona szczerą troską. To właśnie pokutę za grzechy ojców przeżywają poszczególne postacie, a ojcowie uzmysłowiwszy sobie, wyrządzone krzywdy, szukają przebaczenia. Ukryta liczba 82 odwołuje uważnego widza do nadchodzącej plagi, która zmusi bohaterów do zrewidowania własnych zachowań, odcinających ich od szczęścia.

Dzieło Andersona naznaczone jest jego charakterystycznym kunsztem. Wykorzystuje operatorskie oko Roberta Elswita (zdobywcy Oscara za „Aż poleje się krew” oraz wieloletniego współpracowania Andersona), kontynuując swoją manierę dynamizujących ujęć najazdów kamery. Ta raz podąża za bohaterami, innym razem ich ukazuje w stylu kina zerowego, pozwalając na skupienie się na aktorskich popisach. Każdy z aktorów ma przynajmniej jedną scenę, w której musi pokazać warsztat i zdolność do odegrania rozpaczy. Melancholijny i egzystencjalny nastrój filmu przełamywany jest kontrapunktowym wykorzystaniem muzyki, jak na przykład wykorzystanie hitu muzyki pop Dreams w momencie wypadku samochodowego czy też teledyskowa konwencja, która dopełnia prośbę każdego bohatera – Save me.


Przeczytaj również: ZNIKNIĘCIE / THE VANISHING / SPOORLOOS [CAMPING #38]

P. T. Anderson stworzył egzystencjalne dzieło, które stara się skonfrontować z nieodłącznymi elementami ludzkiego życia. Zdradami, rozczarowaniami, długo skrywanymi żalami, ucieczką w inny świat, szukaniem wybaczenia, ale też potrzebą jego ofiarowania, miłosnymi rozterkami, zagubieniem samego siebie i ponownym szukaniem własnego szczęścia. Anderson nie wyśmiewa bohaterów. U największego czarnego bohatera dostrzega skazę, która go ukształtowała i nadała rys tragiczny. Czułość reżyserska jest wręcz ojcowska. Ostatecznie doskonałe kino Amerykanina nie zamyka się na możliwość happy endu, nawet jeśli jego nadejście miałoby być kwestią „przypadku”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.