Advertisement
KulturaMuzykaRecenzje

Dom woskowych Mansonów. Recenzja płyty “We Are Chaos”

Maciej Szymkowiak
Marilyn Manson
fot. Marilyn Manson / Promo

Jeżeli chcecie zobaczyć szok, strach, płonący cyrk – włączcie media, bo nadeszły niespokojne czasy. Jeśli chcecie wkroczyć w intrygujący dom dziwów, po którego salach oprowadzi was Mr. Manson, koniecznie sprawdźcie jego najnowszy album „We Are Chaos”

Marilyn Manson świecił triumfy w latach 90. Wówczas jego kariera osiągnęła szczyt, o jakiej każda gwiazda rock’n’rollowej sceny może zamarzyć. Wyprzedane koncerty po wielu kontynentach, najwyższe notowania muzyczne, przychylność prasy i artystyczne samospełnienie, aż do momentu masakry w Columbine, która zastopowała świetnie zapowiadającą się muzyczną drogę i odwróciła świat Antychrysta do góry nogami. Niemniej do 2004 roku – kiedy to artysta wydał kompilację The Best Of – muzyk dalej był w stanie chodzić po wodzie, aż do momentu problemów prywatnych, które rzuciły długi cień na twórczość wokalisty i zanurzyły go po samą szyję w niepochlebnych ocenach recenzentów muzycznych. Od płyty Eat Me, Drink Me do Born Villain dyskografia artysty jest klasyfikowana różnie. Nie można zarzucić natomiast, że muzyk każdą płytę ujmuje w innym kluczu stylistycznym i lirycznym, przez co nawet, jeśli skrytykuje się techniczną warstwę jego kompozycji, to dalej utrzymywał on swoją eksperymentatorską wizję – polegającej na ciągłym kamuflażu – zaczerpniętą od swojej największej inspiracji – Davida Bowiego.

Najnowszy album We Are Chaos jest prawdopodobnie (po Mechanical Animals) największym ukłonem w stronę brytyjskiego piosenkarza, a zwłaszcza jego płyty z 1974 roku, Diamond Dogs. Wcześniej w powrocie na szczyt Mansonowi pomógł kompozytor Tyler Bates (komponował soundtrack muzyczny do takich filmów jak: 300, Strażnicy Galaktyki, Watchmen. Strażnicy, John Wick), z którego wkładem wydał dwa świetne albumy: z bluesowym zacięciem The Pale Emperor (2015) oraz indrustrialowo metalowy Heaven Upside Down (2017). Tym bardziej zadziwić mógł pomysł Mansona, żeby zmienić swojego muzycznego towarzysza. Mimo tego wybór nie padł przypadkowo, a ekscentryczny wokalista wybrał na współproducenta swojego przyjaciela Shootera Jenningsa. Obaj panowie już wcześniej połączyli siły przy coverze Bowiego pt. Cat People. Tym razem zadanie było trudniejsze, bo należało nagrać nie jedną piosenką, a longplaya. Wynik jest zachwycający, dojrzały, a przy tym bardzo świeży.

Red, Black And Blue/Marilyn Manson
Red, Black And Blue/Marilyn Manson fot. Lindsey Usich

Płytę promuje tytułowy singiel, nawiązujący swoim brzmieniem do późnej twórczości The Beatles i dokonań The Flaming Lips. Lirycznie idealnie wpasowuje się w pandemiczne nastroje, mimo że powstał o wiele wcześniej (płyta była skończona już w styczniu, ale pandemia wstrzymała jej wydanie, aż do września). Manson opowiada o swoich relacjach względem drugiego człowieka, percepcji świata, o tym, przez co przechodził i co czuł: But once you’ve inhaled death/Everything else is perfume. Całość okraszał teledysk, który podzielił fandom artysty, z jednej strony pop-surrealistyczne efekty, z drugiej ogromny nawias, w którym umieścił swoje emploi artysta: „Am I a man or a show, or moment? Drugim singlem wypuszczonym w przeddzień premiery (teledysk do niego właśnie powstaje) jest Don’t Chase the Dead, który już kompletnie nie pozostawiał złudzeń, że największe inspiracje na tworzenie się tej płyty to wcześniej wspomniany Bowie (przy tym utworze słychać zwłaszcza erę berlińską), ale też vibe Alice’a Coopera i new wave. Artysta przyznał, że zależało mu na stworzeniu popowego brzmienia, ale takiego, które będzie miało w sobie ponury wydźwięk znany choćby z piosenki How Soon Is Now? zespołu The Smiths. Rozpoczynający kawałek krzyk artysty zapowiada podróż słuchacza w historię o końcu świata: If tonight lasts forever/It won’t matter if there’s no tomorrow. Całość okrasza akustyczna gitara i fortepian.

Przeczytaj również:  "Koniec lipca" – Polski komiks medytacyjny [RECENZJA]

Marilyn Manson chciał uchwycić album jako dzieło konceptualne, tak jak jego jedne z ulubionych płyt: Welcome to My Nightmare Alice’a Coopera czy The Wall Pink Floydów. Etap pisania tekstów zaczął od prozy, która nadała szkielet dla jego liryk. Całość ma stanowić, jak zapowiadał; dom jego woskowych wcieleń, pełen zakamarków, szuflad i luster, w których się przegląda. Nad wszystkim unosi się motyw śmierci. Mimo że album ma wymiar osobisty, to „dom strachów” przygotowany przez 51-letniego autora, u każdego objawi się czymś innym. Jest to bardzo uniwersalna podróż, która pozwoli na eskapistyczne doświadczenia z dala od nieszczęść, w które obfituje 2020 rok. Na tej płycie, chociaż znajdują się odwołania do spraw religijnych i politycznych, oraz występują gry słów, to nie ma ich, aż tyle jak na poprzedniej płycie Heaven Upside Down. Pod tym względem We Are Chaos o wiele bliżej do Bladego Cesarza z 2015 roku.

Utworem otwierającym płytę jest glam-metalowy Red, Black And Blue, który zaczyna się w „starym, dobrym stylu” przywodzącym opus magnum Mansona: Holy Wood (In the Shadow of the Valley of Death); fatalistycznym komunikatem: And I will cover the earth in honey/And everyone will eat themselves/My eyes are mirrors/All I can see are gods on the left/And demons on the right. Silne dudnienie perkusji oraz ścieżka basowa przywodzi na myśl rytmiczne granie Rammsteina. Drugim utworem utrzymującym poziom mocnego grania jest Infinite Darkness (tytuł również obrazu namalowanego przez Mansona, a także okładka albumu). Kawałek w momentach wykrzyczanych przez wokalistę brzmi zupełnie, jak za jego młodych lat i ma w sobie coś z garażowego chaosu, co już samo w sobie jest wyjątkowym przeżyciem dla miłośników ostrzejszego grania. W pewnej partii utworu słychać śmiechy dzieci, nadające złowieszczego klimatu  i chociaż utwór jest mroczny w swoim przekazie, to znalazło się też w nim miejsce na ironiczną uwagę: Just ’cause you’re famous doesn’t mean you’re worth anything/In this world or the next one or the one before.

fot. Marilyn Manson/promo
fot. Marilyn Manson/promo

Są to zaledwie dwa, mocniejsze utwory na płycie, co nie może zbytnio dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę wcześniej wymienione wpływy muzyczne, których brzmień można się doszukiwać. Zaskakującym utworem jest Paint You With My Love, którego początek przywodzi na myśl mix zawierający opening Twin Peaks i piosenkę miłosną Donny i Jamesa z tegoż to serialu. Jest to o tle niebywała kompozycja, że gdy wokalista puścił ją swojemu przyjacielowi Twiggy’emu, ten zapytał: „kto to śpiewa?”, bo nie był w stanie rozpoznać barytonu Mansona. Jeszcze lepiej jest po tej piosence, kiedy z głośników rusza: Half-Way & One Step Forward zaczynające się od dźwięków pianina, a wokal artysty momentalnie zaczyna się kojarzyć z mieszanką Eltona Johna i Justina Timberlake’a. A w liryce piękne nawiązanie do Leonarda Cohena i jego Anthem z 1992 roku: Ring all the bells you can ring/There’s a crack in everything/That’s how the sunlight gets in.

Manson podzielił swoje dzieło na dwie części, stronę A i B. B zaczyna się od Infinite Darkness już omówionego, kolejna jest piosenka Perfume. Z dance’owym brzmieniem podobnym do Slaves Only Dream To Be King wymieszanym z The Devil Beneath My Feet. Najważniejszą partię ogrywa gitara, bas i wysoki głos wokalisty wołający: Get behind me, Satan. Po tym utworze następuje równie taneczno-basowe Keep My Head Together z przestrogą: Don’t try changing someone else/You’ll just end up changing yourself. Słychać ducha legendarnej kapeli T-Rex. Ostatnimi utworami na płycie jest Solva Coagula i Broken Needle. Oba utwory w ponurej atmosferze ballad, do których idealnie jest skrojony głos Marilyn Mansona. Brzmienia godne The Cure i Depeche Mode, a także mieszanki country, bluesa i rocka. W Solve Coagula wokalista śpiewa: I’m not special, I’m just broken/And I don’t wanna be fixed. Wyczuć można, że artysta śpiewa swoje prawdziwe emocje, a wtóruje mu gitara, która maluje słuchaczowi obraz stworzony z melodii. Napisami końcowymi, którymi jest Broken Needle, artysta dał świadectwo, że nadal jest w stanie w starej formule rockowej, zawrzeć emocjonujące zakończenie. Takiej piosenki nie powstydziłby się sam noblista, Bob Dylan. Bardzo dojrzałe domknięcie muzyczne, które brzmi jak zakończenie nie tylko płyty, ale też pewnego etapu w życiu, które zmuszało do ciągłego buntu: Are you alright?/’Cause I’m not okay/All of these lies/Are not worth fightingfor, oraz rozrachunek z dawnymi miłościami życia: I am a needle/Dig in your grooves/Scratch you up/Then I’ll put you away. Aż przypomina się cover pt. Hurt w aranżacji Johnny’ego Casha.

Przeczytaj również:  „Po kablach” – Elektryzująco o skorodowanym społeczeństwie [RECENZJA]

Konkludując najnowsze wydawnictwo rockmana, jest dziełem bardzo dojrzałym i emocjonującym. W czasie fatalnego roku 2020, który odmienił życie milionów ludzi, taka kompozycja jest wręcz zbawienna. Artysta, który przeważnie wnosił swoimi piosenkami mrok i skłaniał do pesymistycznych refleksji przez swoje symboliczne liryki pełne politycznych, religijnych i społecznych wątków, tym razem przynosi coś, co można nazwać promykiem nadziei. Dom dziwów Mansona ma wyczuwalną obecność jego ektoplazmy, od słuchacza i jego doświadczeń, zależeć będzie, czy wyczuje on poltergeista czy anioła stróża.

Ocena

9 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.