FelietonyPublicystyka

Kinowe wspomnienia przez mgłę [MINIREPORTAŻ]

Maciej Szymkowiak
Wspomnienia
"Cinema Paradiso" reż. Giuseppe Tornatore/fot. materiały prasowe

Niniejszy tekst będzie próbą literackiego ujęcia w całość rozbieżnych i mglistych wspomnień moich dziadków z czasów, kiedy jeszcze chodzili do kina. Często, gdy ich odwiedzam, słyszę utyskiwania babci, że dawno tam nie była; z jednej strony pyta mnie, czy nie ma ostatnio jakiegoś ciekawego polskiego filmu, z drugiej: nie czuje większej mobilizacji, żeby tam iść, bo dziadek słabo słyszy, a i ona z powodu żylaków długo nie usiedzi. Skoro nie mogę z nimi porozmawiać o współczesnej kinematografii, to chociaż zapytam, jakie wspomnienia filmowe przechowują z lat swojej młodości.

Zaczynam od ważnego filmu, który zapadł babci w pamięci i słyszę z jej ust: „a to ci nie powiem, dawno to było, co puszczali, to się oglądało”. Pomyślałem, że trudno będzie, ale nie należy się poddawać. Podejście drugie, zapytuję bardziej w kwestii samego kina; jakie było, jak ludzie je traktowali, kogo się oglądało. Coś ruszyło. Babcia na sofie zaczyna spełniać swój obowiązek i wnukowi odpowiada, takim, nazwijmy to, „strzało-myślami”. Tu coś wspomni, tu opowie, tam jej się o czymś nagle przypomni. Dziadek w tym czasie myśli nad zadanym pytaniem i czeka na swoją kolej. Do kina się chodziło odświętnie ubranym, nie aż tak elegancko, jak przy wigilijnym stole, ale codzienny strój to też nie był. Kino to było coś („nie to, co teraz” – mimochodem dodaje moja babcia)!

Nie było popcornu, nie było hałasów, a jak ktoś papierkiem szeleścił, to cała sala uciszała niekulturalnego widza prostym dźwiękonaśladowczym syczeniem. Wygodnie też za bardzo nie było, bo siedzenia twarde, składane, więc po seansie, jak ludzie wstawali, to klaskanie następowało i bez udziału publiczności. Komfort wygody nie miał znaczenia, bo chodziło o możliwość obejrzenia czegoś niesamowitego, czego w telewizji nie było.

Wspomnienia
Kino “Warta” przy ul. 27 Grudnia w Poznaniu/ fot. ze zbiorów Miejskiego Konserwatora Zabytków / Jerzy Miecznikowski / WKZ Poznań

Dopytuję o kwestie mnie nurtujące: skąd wiadomo, na jaki film iść, kto z kim do kina chodził, czy były dyskusje po seansie, choćby takie niezobowiązujące „przy piwku” – i tutaj włącza się mój dziadek: „Nie chodziło się na żadne piwo po seansie, ale dyskusja, oczywiście, była w większej grupie na ulicy”. Zgłębiam czego dotyczyły rozmowy, ale otrzymuję jedynie zdawkową odpowiedź: „Wiadomo, że rozmawialiśmy wtedy o fabule”. Odbijam zatem od tych tematów i wracam do dalszej podróży w głąb kinowych refleksji. Skoro dziadek dołączył do naszej rozmowy, warto oddać mu należne prawo głosu; bądź co bądź, nie tylko babciny obowiązek musi być spełniony, ale dziadkowy też. Zatem ja – wnuk – zamieniam się w słuch.

Jeżeli film był na dziewiętnastą, to na dziewiętnastą każdy był, puszczano kronikę filmową, a ewentualnie potem otwierano drzwi dla paru spóźnialskich dusz. Kurtyna się rozsuwała i wraz z martwą ciszą na sali zaczynała się projekcja filmowa. I nikt by nie pomyślał, żeby w trakcie filmu iść do łazienki! Nie ma zmiłuj, przyszedłeś do eleganckiego miejsca, to zachowuj się, jak przystoi, musisz wysiedzieć do końca, nie przeszkadzając innym.

Mój dziadek uwielbiał oglądać komedie i westerny, niestety nie może sobie przypomnieć żadnego tytułu. Na szczęście z pomocą przychodzi babcia, która wymienia kilka pozycji – a na początku naszego spotkania zarzekała się, że niczego sobie nie przypomni – więc jestem pewien, że machina wspomnień ruszyła: Przeminęło z wiatrem: „z wielkim rozmachem zrealizowane”, Lecą żurawie: „to był piękny film z Tatjaną Samojłową” – mówi mi babcia (ja skądinąd potwierdzam, bo też widziałem, choć nie w kinie). „No dobrze, to skoro jesteśmy przy aktorach i aktorkach, to może jakieś nazwiska pamiętacie?” – pytam. Bez konkretnych filmów już pojawia się wysyp nazwisk, które skrzętnie notuję: Fernandel i Jean-Paul Belmondo, Marcello Mastroianni, z kobiet głównie polskie aktorki: Alina Janowska, Zofia Kucówna, Irena Kwiatkowska, Barbara Ludwiżanka i Janina Traczykówna. Szkoda, że ja nie mam pamięci do polskich nazwisk…

Wspomnienia
„Skarb” reż. Leonarda Buczkowskiego, 1948 r., fot. Kazimierz Wawrzyniak, źródło: Fototeka FN

„A z polskich filmów, to które były ważne, co zapamiętaliście?” – pytam, chociaż spodziewam się odpowiedzi. Pojawiają się dwa arcydzieła Wajdy: Kanał i Popiół i diament, ale i przy tej odpowiedzi pojawia się dla mnie zaskoczenie, Skarb (1948) z Danutą Szaflarską, nieznany mi kompletnie film, który trafia na listę tych nieobejrzanych. Ciekaw jestem, do jakich kin chodziła babcia i dziadek, i tutaj pojawia się rozłam, on wolał „Bałtyk” i „Rialto”, choć najmilej wspomina „Miniaturkę”, ona zdecydowanie „Gwiazdę”. Kolejno słyszę enumerację i nieobecnych kin Poznania: „Warta”, „Gong” i tych, które przetrwały te wszystkie lata: „Muza”, „Malta”. Przy okazji zastanawiam się, czy i moje ukochane kina przetrwają trudne czasy, czy przepadną i zostaną tylko we wspomnieniach.

Na zakończenie tej międzypokoleniowej podróży pytam dziadków o jakiś emblemat tamtego czasu, który mocno utkwił im w pamięci. Dziadek zwraca uwagę na fakt, że w drugiej połowie lat 50. były ograniczenia wiekowe i sprawdzano legitymacje, a jako 16-latek nie mógł wejść na poszczególne seanse. Babcia natomiast zadziwia mnie historią z lat nastoletnich; w zeszycie trzymała wycinanki (z czarno-białych gazet) z wizerunkiem aktorów i aktorek, i pamięta, że kobiety malowały się tak, jak Sophia Loren. Żyję nadzieją, że i ja kiedyś będę mógł swoje widzowskie wspomnienia opowiedzieć, lub chociaż przetrzymać głęboko w skrytce swojej pamięci.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.